Iłżanin zostanie upamiętniony w Gdańsku

Iłżanin zostanie upamiętniony w Gdańsku

Zygmunt Kiepas ps. „Róg”, „Krzyk” vel Józef Wróbel vel Zygmunt Kwieciński ur. 02.04.1917 r. w Iłży, zm. 29.01.1989 r. w Gdańsku. Syn Ziemi Iłżeckiej, harcerz – drużynowy i instruktor, strażak, żołnierz, konspirator, dowódca partyzancki, nauczyciel z powołania, kombatant, inwalida wojenny. W swoim życiu kilkukrotnie więziony, torturowany przez Gestapo, NKWD i UB. „Posługiwał się wieloma nazwiskami. Na Jego piersi przypięto najwyższe odznaczenia wojskowe: Srebrny Order Virtuti Militari, Krzyż Walecznych, Medal Zwycięstwa i Wolności. Był ciężko ranny – stracił jedno oko. Walczył za Polskę i za Nią siedział w Polskim Więzieniu”. Tak pisano o Nim niegdyś w jednej z gazet.[1]

Fot. 1 Szary i Krzyk podczas okupacji

W latach okupacji był najbliższym współpracownikiem i przyjacielem Antoniego Hedy „Szarego”. Sukcesy oddziału partyzanckiego, którym razem dowodzili były Ich wspólnym osiągnięciem. Wieloma działaniami tej grupy leśnej Kiepas dowodził osobiście często zastępując Hedę. A jednak w przeciwieństwie do „Szarego” nie wybudowano Mu pomnika, Jego nazwiskiem nie nazwano: ronda, ulicy, izby pamięci, szkoły itp. Mimo swoich zasług przez wiele lat nie został w żaden sposób indywidualnie, imiennie, należycie uhonorowany, zarówno w Jego rodzinnej Iłży, jak i w żadnej innej miejscowości, w której walczył ramię w ramię z legendarnym dziś „Szarym”.

Fot. 2 Antoni Heda i Zygmunt Kiepas w trakcie uroczystości kombatanckich.

Ten stan rzeczy postanowiło zmienić społeczeństwo jednej z dzielnic Gdańska, z którą iłżecki bohater związał się po wojnie, fundując Mu pamiątkową tablicę. W Oruni – Świętym Wojciechu – Lipcach, Zygmunt Kiepas dał się poznać przede wszystkim jako nauczyciel  i wychowawca młodzieży. Ukrywając się przed komunistyczną władzą pod fałszywym nazwiskiem – Wróbel Józef, w 1945 r. osiedlił się na przedmieściach Gdańska gdzie wraz z nauczycielami pochodzącymi z Wilna współorganizował i tworzył Szkołę Podstawą nr 40, która istnieje do dzisiaj. W szkole tej uczył do 1953 r., do momentu gdy został aresztowany za działalność w Armii Krajowej. W trakcie pokazowego procesu sądowego został skazany na 3 lata wiezienia. Po wyjściu na wolność powrócił do prawdziwego nazwiska. Początkowo nie mógł wykonywać zawodu nauczyciela ze względu na swoją przeszłość. W 1956 r. po ogłoszeniu kolejnej amnestii przez sejm PRL, kara sądowa Kiepasa została mu darowana w całości. Dzięki temu, w 1957 r. mógł powrócić do pracy w szkolnictwie. W Gdańsku pracował w Szkole Podstawowej nr 10, Szkole Podstawowej nr 40 i Szkole Podstawowej nr 41. Dnia 1 września 1977 r. przeszedł na zasłużoną emeryturę.

Fot. 3 Tablica upamiętniająca Zygmunta Kiepasa na budynku dawnej Szkoły Podstawowej nr 10 przy ul Gościnnej.

Z pewnością wielu z Jego podopiecznych siedząc w szkolnej ławie nie znało  wojennych dokonań swojego nauczyciela. Niechętnie wracał on pamięcią do lat wojny i okupacji. Był skromny. Pomimo tego iż w 1939 r. bronił Warszawy, a w kolejnych latach okupacji został partyzanckim dowódcą, nigdy nie lubił się wywyższać. Nie chciał też by Go wywyższano. Jednak wraz z upływem lat Jego podopieczni poznali kim był naprawdę. Dziś z pewnością mają pełną świadomość tego, iż uczył ich prawdziwy bohater, który swoim życiem udowodnił co znaczy hasło „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Kiepas zwykł mawiać „Twarde życie wychowuje twardego człowieka”. Z pewnością nikt bardziej niż On sam nie poznał znaczenia tej sentencji. Wielokrotnie patrzył śmierci prosto w oczy. Epizodami jego życiowych, często tragicznych doświadczeń, można by obdzielić dziesiątki osób. Z pewnością jako „belfer” zajmuje szczególne miejsce w sercach i pamięci wychowanków skoro zostanie upamiętniony na budynku dawnej Szkoły Podstawowej nr 10, w której uczył i pracował. Sama data odsłonięcia tablicy również nie jest przypadkowa ponieważ poprzedzi Dzień Edukacji Narodowej – Święto Nauczyciela. Inicjatorem i pomysłodawcą stworzenia pamiątkowej płyty jest mieszkaniec Oruni Krzysztof Kosik – regionalista i miłośnik tej dzielnicy Gdańska, były radny miasta Gdańska i oczywiście w dzieciństwie uczeń Zygmunta Kiepasa. Środki na ufundowanie tablicy pomogła zorganizować Rada Dzielnicy Orunia – Św. Wojciech – Lipce.

Tak lata szkolne i swojego nauczyciela wspomina Krzysztof Kosik: „Pan Zygmunt uczył mnie i mego starszego brata w latach 60-tych w Szkole Podstawowej nr. 10 w Oruni. Uczył matematyki, fizyki i tzw. prac ręcznych. Dał się poznać jako nauczyciel z wielkim autorytetem, był surowym ale sprawiedliwym wychowawcą. Spokojny, opanowany, dla oruńskich „chuliganów” miał ojcowskie podejście. Jak nic nie skutkowało sięgał po argument, który niejednego wyprostował przy całkowitej aprobacie rodziców. Dziś to by było nie do pomyślenia. Uczył mnie i kolegów na zajęciach technicznych sztuki introligatorskiej. Uważał, że mężczyzna oprócz wykształcenia ogólnego powinien posiadać umiejętności techniczne, które w trudnych nawet czasach pozwolą na uczciwe zarobienie na chleb. Łagodniejszy, ale tak samo sprawiedliwy stosunek miał do dziewczyn. Klasy gdzie był wychowawcą stały za Nim murem. Przykład – uczeń z klasy niższej pozwolił sobie na drwiny z wojennej kontuzji Pana Zygmunta zza drzwi krzyczał: „Pirat, pirat”. Paru uczniów dorwało delikwenta, na klatce schodowej. Kara była mocna i zasłużona, odechciało się mu głupich zachowań. Był to człowiek szanowany również przez rodziców uczniów, kolegów i koleżanki z pracy. Nie spotkałem nigdy osoby, która niechętnie wyrażałaby się o nauczycielu Zygmuncie Kiepasie. Taki był. Po latach poznałem dramatyczną a zarazem heroiczną biografię Pana Kiepasa i uznałem iż jego postać zasługuje na upamiętnienie. Raz, że mamy taki obowiązek moralny jako uczniowie, dwa mamy obowiązek jako mieszkańcy Oruni”.

Uroczyste odsłonięcie tablicy nastąpi 13 października 2021 r. o godzinie 11.00 w dzielnicy Gdańsk – Orunia, przy ulicy Gościnnej 17, na budynku dawnej Szkoły Podstawowej nr 10. Organizatorzy zapraszają poczty sztandarowe i środowiska kombatanckie. (Spotkanie organizacyjne oficjeli i pocztów sztandarowych o godz. 10.15 pod wyżej wskazanym adresem).

Jest mi niezwykle miło przypomnieć, iż biogram Zygmunta Kiepasa publikowany był na stronie Iłżeckiego Towarzystwa Historyczno-Naukowego, w setną rocznicę urodzin „Krzyka”, w 2017 r. Była to pierwsza internetowa odsłona przedstawiająca całościowo Jego życie. Dla osób zainteresowanych Jego biografią dołączam link do wspomnianego artykułu:

 http://www.ilzahistoria.pl/aktualnosci/100-lecie-urodzin-zygmunta-kiepasa-krzyka/

W latach kolejnych życiorys „Krzyka” publikowany był również na stronie AK Okręg Kielce:

http://www.akokregkielce.pl/kiepas-zygmunt-krzyk.html oraz na stronie Ośrodka Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej (OMPiO Dawne Więzienie w Kielcach):

http://ompio.pl/wiezniowie/kiepas-zygmunt/

W latach ubiegłych powstało również kilka innych publikacji internetowych bezpośrednio związanych z Zygmuntem Kiepasem. ITHN opublikował artykuł dotyczący potyczki w Edwardowie 26 lutego 1944 r., podczas której „Krzyk” został ciężko ranny: https://www.ilzahistoria.pl/?s=edward%C3%B3w

Jeden z artykułów publikowany był na portalach w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Dotyczył jednego z ostatnich żyjących przyjaciół i towarzyszy broni „Krzyka” – Sergiusza Paplińskiego „Kawki”. Jest to prawdopodobnie ostatni żołnierz wyklęty, który wciąż żyje w Anglii:

http://ponury-nurt.blogspot.com/2020/06/ojcowska-przyjazn-zygmunta-kiepasa.html

                                                                                   Tomasz Pietrzykowski 


[1] C. Mączka: Nieuchwytni. „Wieczór Wybrzeża” 1988/89, nr 254 (943), s. 4

W artykule wykorzystano:

1. Mączka C., Nieuchwytni, „Wieczór z Wybrzeża” 1989, nr 254 (9453), s.4.

2. Pietrzykowski T. Cień „Szarego” Zygmunt Kiepas ps. „Krzyk”, (obszerny maszynopis w trakcie opracowywania w posiadaniu autora).

3. Portal mojaorunia.pl, Był więziony przez hitlerowców i prześladowany przez komunistów. Nauczyciel z Oruni i Św. Wojciecha doczekał się upamiętnienia. P. Olejarczyk, [on-line], 20.09.2021, http://mojaorunia.pl/index.php?option=com_orunia&Itemid=24&task=artykul&id=14696&fbclid=IwAR2MF9HHnu6_33lc9XHi7JyfyykcawE3AuHqJjfk0AJPkyYz02WQLJnKa4M

Major Bolesław Wodecki

Major Bolesław Wodecki

Por. B. Wodecki w 1927 r. [fot ze zbiorów autora]

Bolesław Wodecki urodził się w Iłży [1897 r.] w rodzinie Marcelego i Marianny, z domu Jakubowskiej. Ukończył szkołę powszechną w Iłży oraz gimnazjum w Radomiu. W 1914 r. w wieku 17 lat, rozpoczął naukę w 1. Rosyjskim Korpusie Kadetów Księcia Konstantina Konstantynowicza w Kijowie, którą ukończył w stopniu chorążego (praporszczyk) w 1917 r. W 1918 r., awansowany do stopnia podporucznika, rozpoczął służbę w 3. pułku ułanów wchodzącym w skład dywizji ułanów I Korpusu Polskiego w Rosji gen. Józefa Dowbór-Muśnickiego.

W latach 1928 – 1934 był wykładowcą w Szkole Podchorążych Piechoty w Komorowie – Ostrowi Mazowieckiej. Był tam dowódcą kompanii szkolnych oraz instruktorem broni maszynowych. Przyczynił się do wychowania i wyszkolenia sześciu roczników przyszłych polskich oficerów piechoty. W 1935 r ukończył kurs dowódcy batalionu w Centrum Wyszkolenia Piechoty Rembertowie. W latach 1936 – 1937 dowodził Dywizyjnym Kursem Podchorążych Rezerwy 25 Dywizji Piechoty przy 29 Pułku Strzelców Kaniowskich w Szczypiornie pod Kaliszem.

Odznaka pułkowa 29 pSK

Od roku 1919 związany z 29. Pułkiem Strzelców Kaniowskich w Kaliszu, początkowo jako dowódca pułkowego plutonu pionierów a następnie, od 1923 r. pułkowego plutonu łączności. Walczył w wojnie polsko – bolszewickiej w szeregach 29 pSK, podczas której został ranny.

W okresie od 20.11.1937 r. do 02.05.1938 r. pełnił obowiązki dowódcy III batalionu 29 pSK. Na stopień majora został mianowany ze starszeństwem z 19 marca 1939 i 38. lokatą w korpusie oficerów piechoty. W samym czasie objął dowództwo III batalionu 29 pSK.

Uczestnik kampanii wrześniowej, walczył m.in. w Bitwie nad Bzurą, Bitwie pod Młocinami/Placówką oraz w obronie Warszawy.

W bitwie pod Młocinami/Placówką – Warszawskie Termopile – I batalion 30 pSK mjra Bronisława Kamińskiego i III batalion 29 pSK mjra Bolesława Wodeckiego, w całodziennym boju i za cenę rozbicia obu batalionów, umożliwiły przedarcie się jednostek Armii Poznań i Armii Pomorze do Warszawy. W bitwie tej mjr Wodecki został ranny w prawe przedramię.

Żonaty z Jadwigą Wodecką ze Szczepańskich, miał dwoje dzieci: Włodzimierza (1928-1988) i Krystynę (1934-2009).

Kpt . B. Wodecki [fot. ze zbiorów autora]

Odznaczenia

Medal Zwycięstwa (za I wś)

Odznaka za Rany i Kontuzje

Krzyż Walecznych (za wojnę polsko-bolszewicką)

Srebrny Krzyż Zasługi

Medal Pamiątkowy za Wojnę 1918–1921

Medal 10-lecia służby – brązowy

Srebrny Medal za Długoletnią Służbę

Krzyż Walecznych (za obronę Warszawy)

Order Virtuti Militari V klasy nr DK-0365 (pośmiertnie)

Awanse

Mjr B. Wodecki [fot. ze zbiorów autora]

1917 r. – chorąży (praporszczyk) w armii rosyjskiej

1918 r. – ppor.

1919 r. – por. – starszeństwo z dn. 01.06.1919 r. (?)

1931 r. – kpt. – starszeństwo z dn. 01.01.1931 r.

1939 r. – mjr – starszeństwo z dn. 19.03.1939 r.

2018 r. – ppłk – pośmiertnie

Upamiętnienie

Grób w kwaterze wojskowej (10B-1) na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Grób na cmentarzu św. Antoniego przy ul. Solec w Łodzi. – niestety, mimo, że była to mogiła wojskowa, został zlikwidowany kilka lat temu – skandal.

Tabliczka pro memoriam na nagrobku rodzinnym na Cmentarzu Miejskim w Kaliszu przy ul. Górnośląskiej. Niejasne są okoliczności śmierci oraz miejsce pochówku Bolesława Wodeckiego. Według oficjalnych dokumentów zmarł 3 stycznia 1940 r. na skutek odniesionej rany w szpitalu w Łodzi. Mamy te dokumenty. Jednak według informacji PCK Bolesław Wodecki zmarł w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie również 3 stycznia 1940 roku. Mamy tę informację. Najprawdopodobniej został przemycony (przez personel szpitalny) do struktur polskiego państwa podziemnego – stąd szeroka akcja dezinformacyjna. Dalsze jego losy pozostają niestety nieznane.

Dwóch szwagrów – kpt. Bolesław Wodecki i por. Teodor Fox (zginął w Katyniu). Chłopiec z lewej to Ryszard Fox, który większą część okupacji spędził w Iłży, chłopiec po prawej to Włodzimierz Wodecki. [fot. ze zbiorów autora]

Wojciech Miller

Nieznany Bohater

Nieznany Bohater

Ppor. Wacław Wojciechowski ps. „Wacek” urodził się 24.08.1923 roku w Seredzicach koło Iłży. Był synem Józefa i Franciszki z domu Kiepas. Uczęszczał do szkoły powszechnej w Seredzicach,  a następnie do gimnazjum w Iłży. Dalszą naukę kontynuował w Technikum Mechanicznym  w Radomiu gdzie zdał maturę w 1942 r. Do konspiracji wstąpił już w 1940 r. Jako „Gryz” trafił do oddziału NOW/AK (Narodowa Organizacja Wojskowa/Armia Krajowa) „Filip” dowodzonego przez ppor. Jana Kaima, działacza Stronnictwa Narodowego. Członkowie grupy pochodzili głównie z okolic Iłży, a także z Radomia i Starachowic. Oddział „Filip” wykonywał zadania  dywersyjno – rekwizycyjne,  oraz szkoleniowe (kursy podchorążych). Zdobywaną w ten sposób broń, żywność i pieniędze przeznaczano na potrzeby organizacji. Żołnierze oddziału często w niemieckich mundurach dokonywali ekspropriacji w fabrykach, magazynach i bankach. Działali na terenie całej Generalnej Guberni. Przeprowadzili wiele brawurowych akcji. Zdobytą przez nich broń wykorzystano później  w Powstaniu Warszawskim do uzbrojenia oddziałów NOW/AK. W 1943 roku grupę przeniesiono do Warszawy gdzie przyjęła nazwę „Wiktor”. Oddział został plutonem specjalnym przy Komendancie Głównym NOW/AK. Sprawował funkcję  ochrony Komendy, a także kontynuował dawną działalność. Wacław Wojciechowski teraz jako „Kosiński” został dowódcą sekcji, której zadaniem było zdobywanie środków finansowych dla centralnego kierownictwa Stronnictwa Narodowego. Na początku 1944 r. ukończył konspiracyjną Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty Agricola i został mianowany na stopień kaprala podchorążego. Uczęszczał także na tajne komplety Politechniki Warszawskiej na kierunku architektura. 1 sierpnia 1944 r. „Wacek” – nowy pseudonim Wojciechowskiego, wraz ze swoim oddziałem znajdował się w Warszawie. Całe Powstanie walczył na pierwszej linii, należąc do Plutonu Specjalnego  „Juliusz” – „Tygrysy Woli” z batalionu „Gustaw”. Był zastępcą dowódcy plutonu, a przez pewien czas także jego dowódcą.  Przeszedł morderczy szlak bojowy: Wola – Stare Miasto – kanały – Śródmieście Północ. Rozkazem Komendanta Głównego AK gen. Tadeusza Bora‐Komorowskiego za heroizm i odwagę otrzymał Krzyż Walecznych i mianowany został na stopień podporucznika.  

Jan Kaim
Jan Kaim „Filip”,”Wiktor”

Po powstaniu osadzony został w niemieckim obozie. Wyzwolony przez wojska angielskie pozostał na zachodzie. Nie godzi się z narzuconym ustrojem i zniewoleniem ukochanej Ojczyzny. Podejmuje walkę przeciw sowieckiej okupacji. Jako kurier Stronnictwa Narodowego kilkukrotnie przez zieloną granicę przedziera się do Polski. Organizuje tu struktury konspiracyjne walczące z nowym ustrojem. Ścigany przez służby bezpieczeństwa ucieka z kraju, ale nawet w Niemczech musiał ukrywać się przed komunistycznymi siepaczami. Był silnie związany z emigracją polską w Londynie. Współpracował między innymi ze znanymi działaczami Stronnictwa Narodowego Adamem Mireckim i Władysławem Lisieckim. Wacław Wojciechowski zajmował się zagadnieniami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi Polski okupowanej przez Sowietów. Uzyskiwane przez niego wiadomości bez ingerencji cenzury służyły do opracowań i artykułów prasowych zamieszczanych w periodykach emigracyjnych. Współpracował także z Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa. Jego relacje wielokrotnie były tam wykorzystywane. Tymczasem w kraju komuniści podejmują represje wobec rodziny Wacława. Brat Marian zostaje skazany na karę śmierci, jego żona Krystyna otrzymała wyrok 8 lat więzienia, a najmłodszy brat, a mój ojciec Mieczysław, skazany został na 12 lat. Rodzice zostali aresztowani i byli przetrzymywani w UB w Starachowicach.

Po tym jak prysły ostatnie nadzieje na odzyskanie niepodległości, ze względu na brak możliwości  powrotu do kraju, Wacław decyduje się na pozostanie na emigracji. W 1957 roku wyjechał do USA.  „Nagrodami” jaką otrzymał od nowej Polski były kara śmierci, banicja i list gończy, który obowiązywał aż do 1992 roku.

Obecnie staram się, aby jak najwięcej rodaków poznało historię tego bohaterskiego żołnierza, mojego stryja. Dzięki takim ludziom jak Wacław Wojciechowski Polska jest dzisiaj niepodległym i demokratycznym krajem. W tym roku [2020 r.] z pomocą płk. Demediuka z Urzędu d/s Kombatantów złożyliśmy wniosek do Prezydenta RP o odznaczenie Wacława Wojciechowskiego. W dniu 16.07 2020 r. otrzymałem potwierdzenie z Kancelarii Prezydenta RP o nadaniu ppor. Wacławowi Wojciechowskiemu Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta. Niestety podporucznik Wacław Wojciechowski nie doczekał uroczystej dekoracji która miał się odbyć 2.10.2020 r. w Chicago. Odszedł od nas na wieczną wartę 23.09.2020 r.

Cześć Jego pamięci!!! Niech trwa pamięć o tym niezłomnym żołnierzu.

Wacław Wojciechowski [fot. ze zbiorów autora]

Ważnym epizodem w wojennych przeżyciach Wacława Wojciechowskiego był udział w Powstaniu Warszawskim. Poniżej przedstawiam kilka wspomnień, które zebrałem od stryja.

” Dnia 3 sierpnia 1944r pluton specjalny 1908, którym tego dnia dowodziłem zajął stanowiska w budynku Ubezpieczalni Społecznych na rogu ul. Wolskiej i ul. Działdowskiej. Znaleźliśmy się za liniami wroga. Za nami barykadę na ul. Młynarskiej zajmował batalion „Zośka”, a obok nich pozycje zajmowała kompania „Anna” z naszego batalionu. Nagle ok. godz. 9 od strony ul. Leszno zobaczyliśmy zbliżających się Niemców. Był to konwój złożony z dwóch czołgów i dwóch ciężarówek pełnych żołnierzy niemieckich. Myśmy weszli na drugie piętro budynku i otworzyli do nich ogień. Ten drugi czołg uszkodziłem granatem, który rzuciłem i spadł pod nim. To był straszny wybuch. Miałem przygotowany węgierski granat. Włożyłem go w puszkę po konserwie i owinąłem 0.5 kg plastiku, dorzuciłem tam jeszcze różne śrubki i to wszystko zadrutowałem. Drugi czołg podpalili moi chłopcy butelkami z benzyną. Uszkodzone czołgi dojechały jeszcze do barykady „Zośki” i tam się poddały. Straty wśród Niemców były wielkie, nieznane. Jeden czołg został użyty przez batalion „Zośka” do wyzwolenia Gęsiówki. „

„Tygrysy Woli” [fot. ze zbiorów autora]

Wszędzie w relacjach z Powstania podaje się, że czołg zdobyli żołnierze „Zośki”, a całkowicie pomija się zasługi plutonu 1908, którym wtedy dowodził „Wacek”. Od tego dnia pluton zyskał nazwę „Tygrysy Woli”. Istnieje także wersja, że nazwali ich tak mieszkańcy Woli, gdyż jako pierwszy powstańczy oddział umundurował się w niemieckie panterki zdobyte w magazynach na Stawkach.

Potyczka na Placu Bankowym 9 sierpnia 1944 r. Tego dnia pluton „Tygrysy Woli” zajmował pozycje obronne w okolicach Placu Bankowego. Ok. godz. 15 jeden z żołnierzy oddziału melduje dowódcy ppor. „Juliuszowi” (Urbanyi Zygfryd), że dwa autobusy wypełnione żołnierzami niemieckimi i wóz pancerny wjechały na plac od strony pałacu Brüchla. Wjechali wprost na placówki plutonu nie przypuszczając, że mogą tu natknąć się na ogień powstańców. Pluton „Tygrysy Woli” ze swoich pozycji otworzył bardzo silny ogień, który zmusił autobusy do zatrzymania się, a Niemcy powyskakiwali z nich i ukryli się w zaroślach na środku placu. Ppor. „Juliusz” daje rozkaz aby natychmiast ściągnąć CKM. Pluton rozpoczął ostrzał w kierunku ukrytych Niemców. CKM sieje spustoszenie siekając zarośla i Niemców tam ukrytych. Po tym ostrzale ppor. „Juliusz” z okrzykiem hura podrywa do ataku pluton. Biegnie na czele z pistoletem w ręku, a ramię w ramię z nim biegnie jego zastępca „Wacek”,  strzelając do Niemców z karabinu maszynowego. Po tym ataku na placu pozostaje 30 zabitych żołnierzy niemieckich. Zdobyto 2 autobusy i sporą ilość broni. Nagle zza drzew Ogrodu Saskiego wyjeżdża samochód pancerny, a za nim osobowy. Pod silnym ostrzałem powstańców samochody zatrzymują się, a jadący w nich Niemcy wyskakują na plac i próbują się wycofać. „Wacek” podbiega do samochodu osobowego i serią z karabinu maszynowego

Herbert Hummel zastępca L. Fishera zastrzelony przez „Wacka” na Placu Bankowym [fot. Wikipedia]

zabija kierowcę i jednego z pasażerów. Siedzący z tyłu mężczyzna zostaje ranny, ale udaje mu się uciec w kierunku pozycji niemieckich. Tym drugim pasażerem według relacji „Wacka” i żołnierzy plutonu był gubernator Warszawy Ludwig Fischer. Za akcję na placu bankowym dowódca plutonu ppor. „Juliusz” napisał wniosek o odznaczenia  Wacława Wojciechowskiego Krzyżem Walecznych. Następnego dnia ginie „ Juliusz” i wniosek nie dociera do sztabu dowództwa. Nikt też już nie może  potwierdzić tego faktu. Wacław Wojciechowski twierdzi, że rozmawiał później z ppłk. Wachnowskim (Karol Ziemski, dowódca obrony Starego Miasta), który stwierdził, że tego dnia wysłana do „Juliusza” łączniczka zaginęła, a wraz z nią rozkazy. Od dnia 9 do 12 sierpnia „Tygrysy Woli” bronią barykad na ul. Leszno, Pasta, Tłomacka i Rymarska, zamykających Niemcom dostęp do Placu Bankowego. Mimo bardzo silnego ostrzału artyleryjskiego i naporu Niemców z brygady Drilewangera, złożonej z kryminalistów, mimo ciężkich strat, wytrwali na powierzonych im pozycjach. Przez cztery dni bohatersko bronili swoich barykad umożliwiając innym oddziałom umocnienie się na Starym Mieście.

„O świcie 12 sierpnia 1944 r. rozpoczął się huraganowy koncert artylerii , moździerzy, ciężkich karabinów maszynowych. Ogień nieprzyjaciela koncentrował się na Lesznie, Rymarskiej i Pałacu Mostowskich. Dowódcą pododcinka był mjr „ Zawisza”. Barykady na Lesznie, Rymarskiej,  Pastę, Tłomacką bronił Oddział Specjalny „Juliusz”-„Tygrysy Woli”, którego byłem tymczasowym dowódcą. To nie był nasz chrzest bojowy. Zamiast ginąć w piekle ognia jak głodne wilki byliśmy gotowi rzucić się do ataku. Widząc chwiejącego się od wybuch granatu na Lesznie mjr. „Zawiszę” zameldowałem: Panie Majorze opuszczamy barykadę – Nie opuści pan barykady, krzyknął. – Ale Panie Majorze chcemy przejść do kontrataku!!! Nie dał mi dokończyć. – Do historii przejdzie Pan jako bohater albo zmieszany z błotem okryje się pan wieczna hańbą. Nie mogłem wydać głosu i po chwili ryknąłem:  – Rozkaz Panie Majorze! Pozycje utrzymaliśmy poprzez wysunięcie dwóch silnych patroli do ul. Orlej, wbrew rozkazowi nieustraszonego legionisty.”

Inna relacja już z końcowego okresu Powstania, w której Wacław Wojciechowski opisuje patrol na Czerniaków.

Dnia 17.09.1944 pluton Specjalny „Juliusz”, którego byłem z-cą dowódcy zajmował pozycje na Śródmieściu Północ. Broniliśmy barykad na linii ulic Mazowiecka ‐ Świętokrzyska – plac Napoleona.    W dniu 16.09 dowiedzieliśmy się, że na Czerniakowie w nocy z 15 na 16.09. wylądowali żołnierze z 1 Armii Wojska Polskiego. Powróciły nadzieje, że jeszcze możemy to powstanie wygrać i wspólnie z nimi pokonać Niemców. Niestety Czerniaków na którym lądowali żołnierze Berlinga jak ich wtedy nazywano był odcięty od reszty Warszawy. Po południu 17.09 do mojego plutonu dociera łączniczka od płk. „Radwana” (Franciszek Pfeiffer) dowódcy grupy Śródmieście-Północ, z rozkazem, że nasz pluton ma wyznaczyć patrol, który podejmie próbę dotarcia na Czerniaków i zbadania możliwości przebicia się większych oddziałów powstańczych i ewentualne połączenie ponownie ze Śródmieściem. Do zadania tego zgłosiłem się na ochotnika i wyznaczono mnie na dowódcę patrolu. Do patrolu wyznaczyłem dwóch żołnierzy, moich dobrych kolegów: plut. pchor. „Marka” (Andrzej Kowalew) i plut. pchor. „Staśka” (Stanisław Kunicki). Dwaj bardzo doświadczeni i odważni żołnierze, z którymi byłem w konspiracji od dwóch lat i w wielu akcjach walczyliśmy ramię w ramię. Postanowiłem, że przedostaniemy się na Śródmieście Południowe i stamtąd od północnej strony Instytutu Głuchoniemych spróbujemy przebić się na Czerniaków idąc równolegle do ulicy Książęcej. Aby dostać się na Śródmieście Południowe należało przejść przez al. Sikorskiego (dziś Al. Jerozolimskie) w jedynym możliwym miejscu kontrolowanym przez powstańców. Był to płytki przekop w poprzek ulicy osłonięty płytami chodnikowymi i ziemią. Przekop chronił przed ostrzałem ciężkich karabinów maszynowych i snajperów niemieckich od strony Dworca Głównego. Przejścia tego strzegli żołnierze z plutonu żandarmerii AK i tylko ze specjalną przepustką można było przedostać się na drugą stronę. Z rozkazu płk. „Radwana”,  który mieliśmy przy sobie, dowódca plutonu żandarmerii wydał nam przepustkę upoważniającą do przejścia na drugą stronę.

Przepustka, która upoważniała do przejścia przez aleje Sikorskiego (Al. Jerozolimskie) [fot. ze zbiorów autora]

Było już ciemno ok. 21.00 przekroczyliśmy al. Sikorskiego. Na razie wszystko szło zgodnie z planem ale najgorsze było dopiero przed nami. Po przekroczeniu naszych pozycji obronnych znaleźliśmy się na ziemi niczyjej. Przed nami pozycje Niemców. Były marne szanse aby się przebić lub przejść niepostrzeżenie. Postanowiłem, że będziemy udawać patrol niemiecki. Ubrani byliśmy w mundury niemiecki zdobyte w pierwszych dniach powstania z magazynów na Stawkach. Zdjęliśmy z ramion opaski biało ‐ czerwone a hełmy zakryliśmy pokrowcami maskującymi. Na akcję wzięliśmy broń niemiecką. Każdy z nas dysponował pistoletem maszynowym MP40 – Shmeisser, a ja miałem jeszcze pistolet parabellum. Wyglądaliśmy jak prawdziwy patrol niemiecki. Mówiłem trochę po niemiecku. Nie była to moja pierwsza akcja gdzie musiałem udawać Niemca. Przed powstaniem wielokrotnie brałem udział w atakach na niemieckie magazyny, zakłady produkcyjne, banki i różne placówki także przebrany w mundur niemiecki. Było to bardzo ryzykowne, ale jak do tej pory bardzo skuteczne. Była już późna noc. Szliśmy wcześniej wyznaczoną trasą wzdłuż ul. Książęcej. Niedaleko od nas na południu w kierunku Poselstwa Chińskiego duże oddziały powstańcze, nie wiem z jakich batalionów, próbowały przebić się tak jak my na Czerniaków. Słuchać było ciężki ostrzał z karabinów maszynowych i odgłosy walki. Cała uwaga i siła ognia Niemców była skupiona na oddziałach przebijających się w kierunku Czerniakowa. Jak później dowiedzieliśmy się natarcie okupione dużymi stratami w oddziałach powstańczych załamało się. Powstańcy musieli wycofać się na Śródmieście, nam udało się przejść bezpiecznie. Mimo, że po drodze mijaliśmy wielokrotnie pozycje niemieckie nikt nas nie zatrzymał. Zachowywaliśmy się bardzo swobodnie i Niemcom nawet do głowy nie przyszło, że jesteśmy patrolem powstańczym. Po jakimś czasie dotarliśmy szczęśliwie do ul. Czerniakowskiej a za nią do pozycji zajmowanych przez batalion „Parasol” ze zgrupowania „Radosław”. Dalej udaliśmy się już przez teren zajmowany przez powstańców. Dotarliśmy do dużej grupy garaży znajdujących się za jakimś kościołem. Następnie skierowałem mój patrol na południe równolegle do Wisły. Nad rzekę dotarliśmy na wysokości ulicy Przemysłowej. Niestety nie spotkaliśmy na naszej drodze żołnierzy z 1 Armii Wojska Polskiego i postanowiliśmy wracać. Już teraz zdałem sobie sprawę, że przebicie się większych oddziałów jest niemożliwe. Tuż nad Wisłą chłopcy znaleźli duże drewniane wrota z jakiegoś garażu. W związku z tym, że powrót był bardzo ryzykowny i było duże prawdopodobieństwo, że nie zdołamy przejść ponownie i zginiemy, chłopcy wpadli na pomysł aby wykorzystać bramę jako tratwę i próbować przepłynąć Wisłę. Przez chwilę i mnie spodobał się ten pomysł, sytuacja Powstania była dramatyczna i marne były szans na zwycięstwo. Jednak to ja byłem dowódcą patrolu i ja decydowałem co robić dalej. Dotarło do mnie ,że nie możemy tego

Krzyż Walecznych ppor. Wacława Wojciechowskiego

zrobić gdyż w mojej ocenie była by to dezercja. Nie mogłem zostawić swojego oddziału i towarzyszy broni z którymi tyle przeszedłem dlatego wydałem rozkaz powrotu. Wracaliśmy tą samą drogą i dzięki Bogu bez większych problemów udało nam się przejść przez pozycje niemieckie. Mieliśmy naprawdę niesamowite szczęście. Już zaczęło świtać kiedy dotarliśmy ponownie do przejścia przez al. Sikorskiego i już bez przygód do swojego oddziału. Rano zdałem raport z mojego patrolu i potwierdziłem to co już wiedziało dowództwo, że przebicie i połączenie się z Czerniakowem jest niemożliwe. Natarcie nie ma szans powodzenia i spowoduje tylko olbrzymie straty w oddziałach powstańczych. Z tego co dowiedziałem się później niestety desant Berlingowców skończył się klęską i ponosząc ciężkie straty wycofali się po kilku dniach za Wisłę. Prysły wszelkie nadzieje na zwycięstwo powstania. Mimo to do końca broniliśmy naszych barykad i nie wpuściliśmy Niemców na Śródmieście. To było nasze małe zwycięstwo. Mogliśmy z podniesionymi głowami opuścić nasze pozycje i Warszawę.

Rozkazem z 20.09.1944 roku generał Bór-Komorowski, dowódca Armii Krajowej, przyznał ppor. Wacławowi Wojciechowskiemu Krzyż Walecznych.

Grzegorz Wojciechowski

Projekt „Zaślepianie”

Projekt „Zaślepianie”

Ochrona ruin zamków średniowiecznych jest zadaniem złożonym i trudnym. Każdy z nich niszczeje w specyficznych warunkach przyrodniczych i takie samo musi być też podejście konserwatorskie, dopasowane do konkretnych okoliczności i miejsc. Dla wielu osób ruiny nie mają większej wartości i są traktowane dosłownie jak „kupa gruzu”. Nie zasługują na ochronę, bo co właściwie w nich chronić? Właśnie główny problem tkwi w tym aby ruina poprzez konserwację nie rozleciała się, a została utrwalona. Po to też wymyślono termin ruiny trwałej. Obiekty zaklasyfikowane do tej grupy, chronione są zarówno przed całkowitym zniszczeniem jak i przed pokusą odbudowy.

Jaki ważny przymiot posiadają ruiny, że tak  stanowczo walczą o nie konserwatorzy, nie pozwalając na ich odbudowę, by nie stały się „nowymi zamkami”. Fundamentalną  wartością ruin zamków jest ich autentyczność – prawdziwość. Z niej z kolei wynikają wartości naukowe i historyczne, które stanowią, że dany obiekt możemy nazwać zabytkiem. Poza tym ruiny  są niepowtarzalnym układem estetycznym, tworzonym długie lata przez relacje człowieka i przyrody. Jest to dzieło sztuki jedyne w swojej formie i treści, które często staje się źródłem przeżyć emocjonalnych i artystycznych.

 Współczesne zasady ochrony ruin, poza działaniami ściśle konserwatorskimi, dopuszczają pewien zakres rekonstrukcji, ale zachowującej autentyzm ruin. Warunek ten jest spełniony jeżeli dobudowania zawierają się  w dawnej formie obiektu, są wykonane z takiego samego budulca wraz z zastosowaniem identycznych rozwiązań konstrukcyjnych i technologii jakie miała rekonstruowana architektura.  Autentyzm wyraża się również w zachowaniu albo odtwarzaniu układów funkcjonalnych, np. ciągów komunikacyjnych. Nowe elementy (dobudowane) nie powinny dominować nad starymi ani nadmiernie zmieniać krajobrazu. Pogodzenie wszystkich zasad ochrony ruin zamków wymaga nie tylko dużej wiedzy specjalistycznej, ale i wyczucia estetycznego. Dla zminimalizowania możliwość popełnienia błędów w projektowaniu przemian powinno powoływać się  kolegia opiniotwórcze, które lepiej i trafniej niż jedna osoba mogą ustalić skalę przekształceń ruin. Praktyka wydaje się jednak  inna, gdyż mamy wiele przykładów niewłaściwych działań konserwatorsko-rekonstrukcyjnych ruin zamków.  

Obecnie jesteśmy świadkami rozpoczęcia prac mających na celu odtworzenie i konserwację części murów zamku górnego. Każdy, komu leży na sercu dobro Zamku Iłża powinien odczuć ulgę, bo  wreszcie jego destrukcja zostanie powstrzymana. Entuzjazm jednak przygasa po dokładniejszym zapoznaniu się projektem. Można w nim dostrzec wiele błędów i braków, świadczących o niedostatecznym rozpoznaniu historycznej formy obiektu. Rzetelna kwerenda stanowi punkt wyjściowy prac projektowych i jest zalążkiem sukcesu. Im gruntowniejsza wiedza o obiekcie tym bardziej autentyczna rekonstrukcja. Zaznaczmy, że projekt jest wypadkową trójstronnych ustaleń: konserwatora, projektanta i inwestora. Najważniejszy i decydujący głos należy do urzędu konserwatorskiego, który ponosi odpowiedzialność za jakość projektu.

To już trzecia odbudowa murów zamku nie uwzględniająca otworów okiennych. Lokalizacja okien jest możliwa do ustalenia na podstawie  archiwalnej dokumentacji  inwentarzowej. „Zaślepianie”  zamku to już tradycja. W latach 2012-2013 w jednym z pomieszczeń nie zrekonstruowano okna, w innym nie odtworzono strzelnicy. W 2015 r. zapomniano o oknie w wieży głównej, które dopiero później zostało wykute. Obecny projekt pomija aż pięć otworów okiennych, które powinny znaleźć się w zaplanowanych rekonstrukcjach murów: elewacja 1-1 (okno w kuchni), elewacja 3-3 (okno w kredensie), elewacja 5-5 (okno w pomieszczeniu, w którym będą znajdować się schody na górę), elewacja zachodnia (okno klatki schodowej – mogło znajdować na obecnym zakończeniu schodów lub miedzy drugiego a trzecim spocznikiem), i ostatnie nie uwzględnione  okno (strzelnica ?) znajdowało się  w północnej fasadzie  wieży bramnej, odkryte podczas badań w 2015 r. Prawdopodobnie taki sam otwór znajdował się w południowej ścianie wieży. Nie możemy jednak potwierdzić tego domysłu ponieważ nie zachował się oryginalny mur, a inwentarze o tym milczą.   

Na czerwono zaznaczono okna, których nie uwzględniono w projekcie. [źródło: wykorzystano fragmenty planów z Projektu budowlanego opracowanego przez Biuro Inżynierskie Anny Gontarz-Bagińskiej]

W projekcie nie wykazano także wiedzy o specyficznej formie dwóch rekonstruowanych  otworów  drzwiowych. Jeżeli dokumentacja pozwala na to, a w tym wypadku pozwala, powinno się skrupulatnie wykorzystać wszelkie informacje, które konkretyzują odtwarzane przestrzenie.

O niedostatecznym rozpoznaniu obiektu świadczą również zaplanowane działania w obrębie pomieszczenia kredensu i bramy głównej. W pierwszym przypadku przewidziane jest położenie nowej posadzki, co stanie się  powodem zniszczenia oryginalnej  ceglanej posadzki istniejącej jeszcze w tym miejscu. Trzeba podkreślić, że jest to jedyne pomieszczenie  na zamku z oryginalnym pawimentem na całej powierzchni. Należy więc dołożyć wszelkich starań  aby  przeprowadzić renowację zabytkowej posadzki, a następnie wyeksponować ją. Zniszczenie tego oryginalnego elementu wyposażenia będzie wielką stratą dla autentycznej substancji zamku. 

W przypadku bramy głównej projekt ogólnie jest błędny. Koncepcja musi zostać wypracowana na bieżąco (oby po wnikliwym rozpoznaniu miejsca).  Planowana jest rekonstrukcja portalu bramy głównej. Jeżeli portal będzie zbyt nowy nie zintegruje się  estetycznie z resztą obiektu. Należy raczej skupić się na renowacji istniejącej kamieniarki i anastylozie. Przede wszystkim w portalu powinna znaleźć się odnowiona płycina kartuszowa, która obecnie rozczłonkowana leży na dziedzińcu dolnym.

W przejeździe bramnym zachowała się czeluść mostu zwodzonego, czego nie rejestruje projekt. Warto ją zachować w stanie niezasypanym.  

Charakter zwieńczenia murów. W przypadku nadbudowy ruin, zakończenie murów powinno być nieregularne, postrzępione  jako oznaczenie niekompletności. Postrzępione mury są naturalną cechą ruin i jeśli odbudowujemy je w niepełnej wysokości czy szerokości fakt ten powinien zostać oznaczony mniej lub więcej łamaną linią (np. strzępiami). Błąd równego muru popełniono  w 2012 r. przy odbudowie muru obwodowego od południa. Obecnie projekt konsekwentnie brnie w tym samym kierunku co doprowadzi do zubożenia formy ruin, ograniczając ich przebieg głównie do długich  linii poziomych i lekko skośnych.

Elewacja północno-zachodnia [źródło: Projekt budowlany opracowany przez Biuro Inżynierskie Anny Gontarz -Bagińskiej]

Słabość koncepcji projektu widoczna jest także przez pominięcie autentycznego układu komunikacyjnego, który można było z łatwością odtworzyć. Niezrozumiałe jest budowanie  schodów w pomieszczeniu lodowni, gdy obok biegną schody na wieżę. W przeszłości, właśnie nimi  wchodziło się także na piętro zamku skrzydła północnego. Podobnie sprawa przedstawia się ze schodami w skrzydle zachodnim. Zamiast zaprojektować je  w pomieszczeniu rejterady, w którym autentycznie było wejście na górę, zaplanowane zostały   w sąsiednim pomieszczeniu, które nie miało nigdy połączenia z piętrem. Innym dobrym i wydaje się oczywistym rozwiązaniem byłaby budowa drewnianych schodów, jako rekonstrukcja głównej klatki schodowej.  Niestety, nie skorzystano z tych rozwiązań, zarzucając w ten sposób możliwość odtworzenia autentycznych ciągów komunikacyjnych.    

Efekty rozpoczętych prac na zamku ukształtują jego formę prawdopodobnie na długie lata. Dlatego należy zakończyć z utrwalaniem w jego murach błędów rekonstrukcyjnych i niekompetencji zarządzających obiektem. Jest już dość negatywnych przykładów, począwszy od „parasolki” na wieży głównej, a skończywszy na ostatniej skandalicznej „konserwacji” muru kurtynowego nad kapliczką, budowaniu upiornych murków i wykładaniu skarp kamieniami eratycznymi wyniesionymi z dziedzińca (Czym teraz zostanie wyłożony dziedziniec?). Działania dotyczące zamku powinny być naprawdę dobrze przemyślane, w oparciu o gruntowną wiedzę o obiekcie i właściwe praktyki konserwatorskie. 

Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednej kwestii ważnej dla powodzenia renowacji. Wyrażę ją cytatem z artykułu pt. Opieka nad ruinami Zamku Iłża  ( http://www.ilzahistoria.pl/aktualnosci/opieka-i-konserwacja-zamku-ilza/ ): „Pomijając wady samych projektów,  przyczyna większości  popełnionych błędów leżała w braku rzeczywistego nadzoru budowlanego i konserwatorskiego”.  

Paweł Nowakowski

Wspomnienia o moim ojcu Adamie Szymańskim

Wspomnienia o moim ojcu Adamie Szymańskim

Adam Szymański [zdjęcie ze zbiorów Sz. Szymańskiego]

Urodził się w Iłży dnia 2 stycznia 1898 roku, jako syn Marcelego i Marii z Trześniewskich. Od siódmego roku życia uczęszczał do Szkoły Powszechnej w Iłży, po ukończeniu której zaczął naukę w gimnazjum w Radomiu. Tam też rozpoczął pracę społeczną w harcerstwie jako sekcyjny. W 1916 roku ukończywszy 4 klasy, zaczyna szukać pracy. 1 kwietnia 1917 roku – mając 19 lat, wstępuje w Iłży w szeregi tajnej organizacji POW – Polska Organizacja Wojskowa, Został do niej wprowadzony przez księdza Prospera Malinowskiego – pierwszego komendanta Obwodu Iłżeckiego oraz instruktora Maksymiliana Jakubowskiego. Przed nimi także składał przysięgę. Otrzymał przydział – lokalka Iłża, obwód 8 A, okręg VIII – Radom. W miesiącach letnich tegoż roku dostaje nominację na sekcyjnego drugiej sekcji, z którą kilkakrotnie brał udział w ćwiczeniach tak nocnych jak i dziennych. W okresie działalności w POW przechowywał w domu swego ojca broń i amunicję. Brał udział w organizowaniu przedstawień i innych imprez na rzecz POW. W końcu października 1917 roku, na wyraźne życzenie ojca, wyjeżdża do Seminarium Duchowego w Sandomierzu. Komendant Obwodu POW ps. „HALKA”, udziela mu bezterminowego urlopu z tym, że pozostaje w ewidencji w Iłży.  Przyjeżdżając  na święta i ferie, bierze udział w zebraniach i ćwiczeniach. We wrześniu 1919 roku występuje z Seminarium i 25 września tego roku jako ochotnik wstępuje do 1 pułku Wojsk Łączności w Warszawie. Po zwolnieniu w dniu 2 stycznia 1922 roku z wojska, wraca do Iłży. Otwiera sklep bławatno-galanteryjny. W miarę upływu lat rozszerza asortyment towarów o części rowerowe, zabawki, amunicję myśliwską, radia, gazety itp. Jednocześnie bierze czynny udział w życiu społeczno-kulturalnym miasta: w Klubie Sportowym POLONIA – wiceprezes i bibliotekarz (wydawanie książek odbywało się w niedziele w godz. 10-11), w Towarzystwie Śpiewaczym LUTNIA – prezes, a następnie członek Komisji Rewizyjnej, w Stowarzyszeniu Robotników Chrześcijańskich – członek Zarządu, w Ochotniczej Straży Pożarnej jako Naczelnik, a następnie jako Naczelnik Rejonowy, w 1929 roku współorganizuje Koło Związku Peowiaków i zostaje jego prezesem a po reorganizacji komendantem, jako radny miasta Iłży, w Lidze Obrony Powietrznej Państwa – członek Komitetu, w Lidze Morskiej i Kolonialnej, w Związku byłych Ochotników Armii Polskiej – komendant. Bierze także udział w wystawieniu przedstawień amatorskich, organizowaniu zabaw i zbiórek pieniężnych np. na cele dobroczynne. W 1926 roku żeni się  z Marią Radzimowską, córką Stanisława – właściciela młyna wodnego w Jedlance (Wesołówce). 21 października 1927 roku przychodzę na świat ja.

Janusz Szymański, autor wspomnień [fot. ze zbiorów Sz. Szymańskiego]

Jak daleko sięgam pamięcią, poza pracą w sklepie, widzę ojca w mundurze strażackim bojowym na zbiórkach i ćwiczeniach, które odbywały się w niedziele o godzinie 6 rano (chodziłem na nie od najmłodszych lat), wyjeżdżającego do pożaru lub dowodzącego akcjami gaśniczymi. Bylem obecny przy kilku pożarach. Pamiętam olbrzymi pożar szeregu domów przy ulicy „Przy murach”,  w którego gaszeniu brało udział aż 17 jednostek straży z całej okolicy. Widzę go także w mundurze paradnym, w błyszczącym hełmie z grzebieniem i oficerskim toporkiem przy boku. Prowadzącego defilady z udziałem orkiestry – oczywiście strażackiej z okazji świąt państwowych lub innych uroczystości np. wizyty wojewody kieleckiego (dożynki 1938). Pamiętam jak z latami zmieniało się wyposażenie straży.  Pompę ręczną ssącą wodę ze zbiornika lub beczkowozu i tłoczącą wężami do prądownic, zastąpiła motopompa. Konie częściowo zastąpił samochód strażacki. Został utworzony kobiecy oddział SAMARYTANEK, którego komendantką była p. Ciepielewska. Nigdy nie zapomnę widoków, gdy na glos syreny, strażacy – ochotnicy, rzucali pracę w polu lub domu, zrywali się w nocy, biegli, bo każda minuta była droga, zapinając po drodze mundur. Ba, nawet konie (gdy miał je jeszcze dziadek), wystarczyło odwiązać od żłobu, nałożyć uprząż i otworzyć bramę, a one same już galopowały do remizy. Strażacy wracali niesamowicie zmęczeni, brudni często przemoczeni, czasami poparzeni lub pokaleczeni. By zdobyć fundusze na swoją  działalność, urządzali „cudowne” loterie fantowe, na których można było wygrać od jajek (5 sztuk), do prosiaka. Fanty zbierali wśród mieszkańców miasta, chodząc od domu do domu. Każdy dawał co mógł lub miał na zbyciu. Podobnie rozprowadzali „Kalendarze Strażackie”, za które otrzymywali dobrowolny datek. Rano, w Wigilię

Iłżeccy strażacy ze swoim naczelnikiem (siedzi w środku) Adamem Szymańskim [fot. ze zbiorów MR w Iłży]

Bożego Narodzenia budziła mnie orkiestra strażacka. Grała pod oknem na podwórku z okazji imienin  mojego ojca Adama, a swojego  naczelnika. Ojciec był już ubrany bo zaraz przychodziła delegacja straży z życzeniami i skromnym upominkiem np.: pięknie  wykonaną laurką (jedną z nich posiadam). Potem przychodziły następne delegacje, przyjaciele, koledzy i znajomi, których nigdy me brakowało, no i oczywiście rodzina. Po życzeniach, siadano do skromnie zastawionego stołu (post). Dominowały śledzie w różnej postaci. Pamiętam ojca często wychodzącego na zebrania i spotkania licznych organizacji do których należał. Włączał się także we wszelkiego rodzaju akcje społeczne. W uznaniu zasług został odznaczony: Krzyżem Zasługi, Medalem Niepodległości, Medalem za Wojnę 1918-1921, Krzyżem Waleczności Powstań Narodowych, Medalem za Zasługi dla Pożarnictwa, Medalem X-lecia Odrodzenia Polski. Posiadał Krzyż Legionowy, odznakę pułkową, odznaki strażackie itp. Otrzymał także wiele dyplomów i dowodów uznania, między innymi od biskupa Kubickiego (w moim posiadaniu).

Stosunkowo dużo czasu poświęcał mnie. Do listopada 1938 roku, byłem jedynakiem (siostra zmarła w wieku 2- ch lat). Pamiętam częste rozmowy w „cztery oczy” wieczorem lub rano w łóżku, między innymi dotyczące planów naszych wspólnych wypadów Chcąc być więcej ze mną, zabierał mnie na wyżej wspomniane zbiórki strażackie i różne imprezy organizowane w mieście. Towarzyszyłem mu kilkakrotnie w wyjazdach do Warszawy po towar do sklepu. Wygospodarowany czas poświęcaliśmy na zwiedzanie muzeów i miasta. Bylem także z delegacjami Peowiaków w Wilnie, gdy na cmentarzu na „Rossie” składano serce Józefa Piłsudskiego w groble jego matki oraz w Krakowie na Sowińcu w 1935 roku z urną zawierającą ziemię z pól bitewnych i grobów, na sypanie kopca J. Piłsudskiego. Niewiele miał czasu na własne przyjemności. Jego pasją były książki których miał pokaźny księgozbiór, pamiątki z I wojny światowej, numizmatyka. Zbiory te prawie całkowicie zaginęły (w tym część książek) w czasie rabunków naszego mieszkania w 1939  i 1945 roku. Grał na mandolinie, od czasu do czasu wędkował w Jedlance lub polował.

Delegacja iłżeckich Peowiaków na zjeździe w Wilnie w 1937 r.; od lewej: NN, Jerzy Boguszewski, Helena z Szymańskich Spytkowska, Franciszek Gołębiowski, Adam Szymański, chłopiec – Janusz Szymański [fot. ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Iłży]

Z pierwszego chyba polowania z moim udziałem na dzikie kaczki w Jedlance, pamiętam takie zdarzenie. Ojciec z dubeltówki (2 naboje), wystrzelił  raz do kaczki, która spadła do sadzawki. Popłynął po nią pies. Ojciec postawił strzelbę opartą kolbą na bucie, z lufą odchyloną w bok. Czekaliśmy na aport psa. Podszedłem do dubeltówki i nacisnąłem spust. Śrut przeleciał ojcu obok ucha. Przez pewien czas źle na to ucho słyszał. Zmieszczenie tych wszystkich zajęć w ciągu dnia, było możliwe dzięki dobrej organizacji pracy tak zawodowej jak i społecznej, a przede wszystkim dzięki mojej mamie, która zajmowała się nie tylko dziećmi i domem ale także często zastępowała i pomagała ojcu w sklepie. Pracowała także społecznie. 1 września 1939 rok  wybucha II wojna światowa. Zgodnie z poleceniem władz, ojciec pakuje do skrzynek dubeltówkę, karabinek małokalibrowy (tzw.  flower, który był w zasadzie mój, a tylko na ojca pozwolenie) i amunicję by oddać na posterunek policji, ale już nie ma komu przekazać. Wojska niemieckie są już blisko. Ojciec zakopuje broń i bierze udział w pamiętnej  ucieczce „za Wisłę”(6 września?). Wraca po kilkunastu dniach, zmęczony, brudny i bez pieniędzy. W 1939 roku – prawdopodobnie w październiku – wstępuje do konspiracyjnej organizacji  wojskowej Związek Walki Zbrojnej – ZWZ. Ojciec był do lutego 1940 roku pierwszym komendantem podobwodu III  Iłża – kryptonim DOLINA (patrz W. Borzobohaty „JODŁA” wydanie PAX z 1984 r. str. 138). Ja w tym okresie kilka razy nosiłem tajne dokumenty do kpt. Kazimierza Starowicza, gdyż jako mały chłopak zwracałem mniejszą uwagę Niemców. Zgodnie z poleceniem władz niemieckich, ojciec oddaje odbiorniki radiowe, ale jeden ukrywa u adwokata i burmistrza miasta – Jan Grubskiego, mieszkającego wówczas w naszym domu. U niego słuchają wiadomości z „zachodu”. Prawdopodobnie od niego w końcu maja lub na początku czerwca 1940 r. dowiaduje się o mających się odbyć aresztowaniach. 3 czerwca przeprowadza ze mną dłuższą rozmowę. Mówi, że może lada dzień być aresztowany. Nie będzie się ukrywał, gdyż boi się represji w stosunku do rodziny, że zamiast niego mogą zabrać moją matkę. Spokojnie przekazuje mi co mam mówić i jak się zachować, gdyby mnie Niemcy wypytywali o broń, spotkania ojca, o znajomych itp. Wsiadamy na rower i jedziemy do Jedlanki do dziadka, gdzie przebywała moja mama wraz z młodszym bratem. 4 czerwca o świcie zostałem zbudzony przez ciotkę Reginę  Matacz, u której spałem na podłodze. Nade mną stał żandarm z karabinem wycelowanym we mnie. Kazał się ubrać i zaprowadził do pokoju stołowego dziadka, gdzie nocował ojciec. Przechodząc z jednego mieszkania do drugiego zauważyłem, że dom był obstawiony przez żandarmów. W pokoju ojciec ubierał się,  wyjmując z kieszeni posiadane przedmioty i układał je na stole, przy którym siedział  gestapowiec. Przed nim leżały dwa długie paski papieru. Na jednym z nich było imię i nazwisko mego ojca wraz z pełnymi danymi personalnymi,  a na drugim moje. Pewnie dlatego zostałem sprowadzony.  Przed wojną byłem w harcerstwie, a w pierwszych dniach wojny, na polecenie Komendy Hufca w Radomiu, zorganizowałem i dowodziłem harcerską akcją  kontrolowania napowietrznych linii telefonicznych oraz trzymania wart (z biało-czerwonymi opaskami) przy poczcie, szpitalu itp. Byłem niskiego wzrostu i szczupły. Wyglądałem na mniej niż 12 i pół roku życia. Dlatego pewnie – tak sobie tłumaczę – nie wzięli mnie, a aresztowali Jurka Zaborowskiego, który był ode mnie o rok starszy, o wiele potężniejszy i też był harcerzem. Rozpoczęło się moje przesłuchanie. Pytania po polsku dotyczyły ojca. Z kim się spotykał ? Gdzie chodził ? Kto przychodził do niego ? Gdzie broń ? Odpowiadałem zgodnie z ustaleniami poczynionymi z ojcem, lub – nie wiem. Wyprowadzając  ojca gestapowiec zwrócił się do mnie – „Nie chciałeś mówić, nie zobaczysz ojca więcej”.  Już przed domem zdążyła dobiec matka z bratem na ręku. Nocowali na piętrze u brata mamy.  Pożegnaliśmy się z ojcem. Powiedział: „Dbaj o matkę” i więcej go nie widzieliśmy.  Zaprowadzili ojca do samochodu, który stał kilkaset metrów dalej i odjechali. Razem z ojcem tej nocy w Iłży zostali aresztowani: Antoni Jabłoński l. 36, Karol Męciwoda l. 26, Bolesław Nosowski l. 42, Feliks Renner l. 39, Piotr Sępioł l. 49, Kazimierz Sionek l. 29, Kazimierz Starowicz l. 39, Karol Szlachetko l. 41, Józef Wasatko l. 52, Henryk Szymański l. 26, Jerzy Zaborowski l. 14. Aresztowanych wywieziono  do aresztu w Wierzbniku. Wcześniej został aresztowany Józef Zięba – peowiak.

Tablica z Mauzoleum w Iłży, upamiętniająca pomordowanych na Brzasku 29.06.1940 r. [fot. P.N.]

Wkrótce zwolniono Jurka Zaborowskiego i Henryka Szymańskiego – najmłodszego brata mego ojca. Pozostałych wywieziono do Skarżyska Kamiennej, gdzie byli przetrzymywani w szkole (przy zbiegu ul. Konarskiego i Krakowskiej) razem z aresztowanymi Z innych miejscowości. Ojciec z miejsca zatrzymania napisał kilka „listów” na urwanym z opakowania paczki papierze. Kserokopie części z nich są w posiadaniu Adama Bednarczyka (oryginały u mnie)..

Matka czyniła starania o uwolnienie ojca. Jeździła często do Wierzbnika i Skarżyska. Była także w Gestapo w Radomiu. Niestety bez skutku. 29 czerwca 1940 roku rano – w niedzielę, w Piotra i Pawła  ojciec został rozstrzelany w lesie „Brzask” koło Skarżyska Kamiennej.  Leży we wspólnej ponad 760 osobowej mogile. Na tym olbrzymim grobie został postawiony pomnik, a na nim tablica z napisem – „Przechodniu !  Powiedz Polsce, tu leżym  jej syny: posłuszni i wierni do ostatniej godziny”. Zginął w wieku 42 lat. O działalności ojca wspominają w swoich książkach: Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk – „Echa Puszczy Jodłowej, • Stefan Skwarek – „Ziemia niepokonana”, Wojciech Borzobohaty – „Jodla”, Marian Langer – „Lasy i ludzie”, Adam Bedanrczyk – „Polska Organizacja Wojskowa w Iłży”, „Polska Organizacja Wojskowa na Ziemi Iłżeckiej”, „Studia Sandomierskie t. V”, itp.

Tablica z pomnika na mogile w Brzasku [fot. P.N.]

Ojciec swoim życiem oraz niezapomnianymi rozmowami wywarł na mnie bardzo duży wpływ.  Odziedziczyłem po nim zamiłowanie do książek, które umiejętnie podsycał ofiarując z rożnych okazji wartościowe egzemplarze z własnoręczną  dedykacją . Kilka mam do dzisiaj. Po nim mam manię zwiedzania i kolekcjonowania, chęć  do pracy społecznej, sentyment do Ochotniczych Straży Pożarnych (przez parę lat bylem prezesem Zakładowej OSP) i wielu, wielu innych rzeczy, które traktuję jako swoje dodatnie cechy. Nie przejąłem natomiast zamiłowania do polowań i wędkarstwa. Traktował mnie zawsze jak dorosłego – jak swojego młodszego kolegę Mimo to miałem do ojca olbrzymi szacunek i czułem duży respekt. Uderzył mnie tylko raz – symbolicznie- za niewłaściwe zachowanie w stosunku do matki. Nigdy się go nie bałem. Wystarczyło mi jego spojrzenie. Nigdy świadomie nie chciałem zrobić mu przykrości, bo nie chciałem, by popsuła się choć trochę atmosfera między nami.  Zawsze mieliśmy dużo wspólnych tematów i nigdy jego osobą nie byłem znudzony.  Zawsze było mi go mało i dlatego jego śmierć tak bardzo przeżyłem. Przez całe życie gdy coś robiłem, zapytywałem siebie w duchu jakby On w tej sytuacji postąpił i całe życie żałowałem, że nie widział wyników mojej pracy zawodowej i Społecznej, bo może byłby czasami choć trochę ze mnie dumny.  Wyrastałem w atmosferze spokoju i rodzinnej miłości (jeśli były jakieś nieporozumienia, to poza mną), widząc  w każdym człowieku przyjaciela, w dużym podziwie i uznaniu dla marszałka Józefa Piłsudskiego. Ojciec nauczył mnie szacunku dla matki i starszych, punktualności, dotrzymywania słowa i pojęcia honoru, samodzielności i załatwiania spraw z kolegami we własnym zakresie. Przychodzenie ze skargą na kogoś nie było mile widziane. Chciał o moich przewinieniach wiedzieć pierwszy i ode mnie. Uczył mnie porządku zabawą w wojsko. Ubranie wieczorem było poskładane, buty wyczyszczone i postawione na baczność. Rano łóżko porządnie posłane i to bez krzyków nie mówiąc o biciu. Czy miał wady ? Na pewno tak.  Nie mnie je oceniać. Niech mi wybaczy. Niestety nie zrealizowałem w pełni wszystkich wymienionych jak i pozostałych życzeń. Oczywistym jest, że wpływ mojej mamy na mnie nie był mniejszy, a może nawet większy, była przecież ze mną na co dzień, a od aresztowania ojca, a więc od 12 roku życia miałem tylko Ją. On jednak był dla mnie, młodego chłopca tym niedoścignionym wzorem.

Łódź w maju 1994 roku.                                                     Janusz Szymański

Brama główna Zamku Iłża

Brama główna Zamku Iłża

            Burzliwe dzieje naszego kraju sprawiły, że wiele zabytków, szczególnie obiektów militarnych znajduje się w stanie ruiny. Czasami są to szczątki, z których trudno odczytać byłą formę architektoniczną i rozwiązania funkcjonalne. Możliwe jest jednak odtworzenie dawnych przestrzeni na podstawie materiałów źródłowych, a także wyników badań archeologiczno-architektonicznych. Wprzęgnięcie do tego zadania obróbki cyfrowej, może dać niespodziewane efekty w postaci wizualizacji 3D. Niniejszy artykuł jest próbą zebrania i uporządkowania wiedzy na temat bramy głównej zamku Iłża. Zanim jednak przejdziemy do meritum zapoznajmy się ogólnie z historią obiektu oraz z materiałami źródłowymi.

Zarys historyczny Zamku Iłża

Ruiny zamku biskupów krakowskich należy uznać za najważniejszy i najciekawszy zabytek Iłży. Datowanie założenia pierwszego obiektu obronnego (grodu) na dzisiejszym wzgórzu zamkowym sięga IX w. Prawdopodobnie pod koniec XIII w. biskup krakowski Jan Muskata rozpoczął w tym miejscu budowę zamku murowanego. Po kilkudziesięciu latach, dzieło kontynuował i sfinalizował kolejny ordynariusz krakowski, Jan Grot (między 1326 r. a 1333 r.). Pierwsza informacja o funkcjonowaniu zamku pojawiła się w liście bp. Grota z dnia 15 stycznia 1334 r.[1] Dziesięć lat później twierdza przeszła pomyślnie próbę militarną, skutecznie chroniąc bp. Grot przed wojskami króla Kazimierza Wielkiego. Obiekt w okresie średniowiecza był rozbudowywany. Nie zachowały się ślady, które wskazywałyby jednoznacznie na twórców konkretnych przemian. Oprócz funkcji militarnej zamek spełniał także zadania administracyjne, gospodarcze i rezydencjonalno-reprezentacyjne. Był przede wszystkim rezydencją biskupów krakowskich, którzy w podróżach po swojej rozległej diecezji, znajdowali w nim schronienie i odpoczynek. Budowla stanowiła także centrum klucza gospodarczego i siedzibę starosty, który w imieniu biskupa sprawował władzę. W murach zamku mogły być bezpiecznie gromadzone naturalia oraz daniny pieniężne pochodząca od poddanych. Z racji swego położenia między Radomiem a Sandomierzem, a patrząc szerzej, między Krakowem a Wilnem, zamek pełnił rolę stacji postojowej. Zatrzymywało się w nim wielu dostojników świeckich i duchownych, nie wyłączając królów i nuncjuszy papieskich. (Władysław Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk, Aleksander Jagiellończyk, Zygmunt I, Zygmunt August, Stefan Batory, Zygmunt III Waza, Władysław IV, Jan Kazimierz; nuncjusze: Jan Commendoni, Henryk Gaetano i Germanik Malsupina).

Z okresu średniowiecza nie zachowała się, żadna rycina ani opis obiektu. Jedynie badania archeologiczne, które z przerwami trwają od lat 60. XX w. pozwoliły na postawienie pewnych hipotez dotyczących przemian przestrzennych i architektonicznych zamku. Do najstarszych elementów budowli należy zaliczyć wieżę ostatecznej obrony i mury obwodowe od strony północnej i południowo-wschodniej. Według Stanisława Medekszy zakończenie formowania zamku średniowiecznego nastąpiło podczas pontyfikatu bp. Zbigniewa Oleśnickiego (1423-1455), któremu przypisał wzniesienie wieży bramnej i ukształtowanie wjazdu[2]. Na przełomie XV i XVI w. budowla spłonęła. Podczas pontyfikatu bp. Filipa Padniewskiego (1560-1572) zamek został przebudowany w stylu renesansowym. Wkrótce ponownie padł pastwą płomieni (1588) i odnowiony został przez bp. Myszkowskiego. W 1618 r. wielką renowację przeprowadził bp. Marcin Szyszkowski. W 1656 r. zamek został zniszczony przez Szwedów. Odbudowę po dewastacjach okresu potopu zakończył w 1670 r. bp. Andrzej Trzebicki. Do końca swojego funkcjonowania obiekt przechodzi jeszcze trzy znaczne remonty, w 1737 r., w 1750 i ostatni w 1782 r. Zgodnie z ustawą sejmu z 1788 r., po śmierci bp. Kajetana Sołtyka zamek stał się własnością skarbu państwa. W bardzo krótkim czasie wskutek braku nadzoru i opieki budowla popadła w ruinę. Dzieła zniszczenia dopełnił pożar, którego data nie jest znana.[3] Po tym fakcie mieszkańcy Iłży traktowali pogorzelisko jako miejsce łatwego i bezpłatnego pozyskania kamienia. W 1823 r. Selig Sunderland otrzymał pozwolenia na wykorzystanie wapienia zamkowego na potrzeby fabryki fajansu. Destrukcję zabytku powstrzymał książę Tadeusz Lubomirski, który zakupił ruiny w 1873 r. Jego syn, Zdzisław podarował pozostałości zamku Towarzystwu Opieki nad Zabytkami Przeszłości (1909 r.). Towarzystwo przystąpiło do prac remontowych. Szczególnie wieża główna wymagała natychmiastowej interwencji. W jej podstawie znajdował się wielki wyłom zagrażający statyce budowli. Obejmował 2/3 obwodu, miał ok 3 m wysokości i 2 m głębokości. W 1910 r. założono plombę i zlikwidowano zewnętrzne szczeliny w wieży. Były to opatrznościowe działania gdyż w latach 1914-1915 była ostrzeliwana przez artylerię Państw Centralnych. W 1927 r. TOnZP odsprzedało ruiny zamku Gminie Iłża.

Obiekt doznał zniszczeń we wrześniu 1939 r. Szczególnie ucierpiała wieża główna, która była intensywnie ostrzeliwana przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą. Doczekała się naprawy dopiero w 1958 r. Cztery lata później na zamku rozpoczęły się badania archeologiczno – architektoniczne prowadzone przez prof. Jerzego Rozpędowskiego z Politechniki Wrocławskiej, które z przerwami trwały do 1978 r. W latach 80 XX w. odgruzowano dziedziniec zamku górnego, w 1998 r. udostępniono wieżę dla ruchu turystycznego. W 2009 r. zostały odkopane pomieszczenia skrzydła południowego. W jednym z nich odkryto zamkową studnię.[4] W latach 2012-2013 częściowo odbudowano południowy mur obwodowy, a przylegające do niego pomieszczenia przykryto dachem. Kolejne badania archeologiczno-architektoniczne przeprowadzono w 2015 r. Były one wstępem do planowanych prac budowlanych na zamku górnym. Odkryto wtedy trzy pomieszczenia w części zachodniej, jedno pomieszczenie w części północnej, przejazd bramny i otoczenie wieży bramnej, przebieg muru obwodowego od strony zachodniej i północno-zachodniej. Przeprowadzono także badanie dziedzińca, gdzie odkopano fundamenty pierwotniej zabudowy. W 2019 r. odkryto pozostałości wieży przedbramnej.

Ikonografia obiektu w dobie funkcjonowania

Ryc. 1 Rysunek Dahlbergha z powiększoną wieżą bramną

Najstarsza rycina przedstawiająca zamek Iłża została wykonana przez żołnierza szwedzkiego Eryka Dahlbergha ok. 1656 r. Z pewnością autor nie sporządził jej in situ, gdyż nigdy w Iłży nie przebywał.[5] Musiał więc opierać się na jakimś innym przekazie graficznym, którego nie znamy. Analiza ryciny Dahlbergha i skonfrontowanie jej z inwentarzami zamkowymi pozwala na stwierdzenie, że wizerunek zamku jest bardzo wiarygodny.[6] Potwierdzają ten pogląd ostatnie badania archeologiczne z 2015 r. podczas których odkryto narożnik południowo-zachodni muru obwodowego, oddające rację Dahlberghowi co do narysu budowli.[7] Do tego czasu uważano, że mur w tym miejscu miał przebieg owalny.

Ryc. 2 Rysunek Cz. Thullie z powiększonym fragmentem bramy głównej

Drugą i ostatnią grafiką przedstawiającą zamek w dobie funkcjonowania jest szkic tuszem prof. Czesława Thullie[8]. Podobnie jak u Dahlbergha jest to odrys wykonany z nieznanego oryginału, który znajdował się w kolekcji Cholewitów-Pawlikowskich. Przedstawia widok obiektu od strony północno-zachodniej, prawdopodobnie z drugiej połowie XVIII w. Istotną zaletą tego rysunku jest szczegółowość, która pozwala na bliższe poznanie niektórych detali architektonicznych. Wiele elementów zawartych w grafice Thullie znajduje swoje odbicie w rysunku Dahlbergha jak i w inwentarzach, a część z nich zachowała się do dziś w resztkach budowli.

Źródła opisowe

Stan ikonografii zamku, którą można wykorzystać do odtworzenia jego wyglądu jest bardzo skromny, ogranicza się jedynie do dwóch grafik. Inaczej przedstawia się sytuacja źródeł opisowych. Znanych jest obecnie sześć pełnych inwentarzy zamku i jeden fragmentaryczny. Najstarszy (niepełny) pochodzi z 1577 r.[9], kolejne już kompletne, sporządzono w latach: 1630[10], 1644[11], 1653[12], 1668[13], 1747[14], 1789[15]. Są one bezcennym i wiarygodnym źródłem wiedzy o wyglądzie zamku w XVII i XVIII w., lecz ograniczającym się głównie do bardzo schematycznego opisu, który w wielu miejscach poświęca zbyt wiele uwagi szczegółom takim jak rodzaj drzwi, zamknięcia lub forma zawiasów, natomiast pomija istotne cechy jego wystroju. Jednak niektórzy pisarze do szablonowych opisów dodawali ciekawsze informacje np. o obecności herbów czy inskrypcji. Każdy z dokumentów zawiera pewne objaśnienia, których nie posiadają pozostałe dlatego razem tworzą komplementarną całość.

 Podsumowując w skrócie informacje z inwentarzy, można stwierdzić, że zamek górny przez okres 159 lat uległ tylko niewielkim zmianom architektonicznym. Największe z nich dotyczą hełmu wieży głównej, który posiadał różne formy. Odmiennie przedstawia się sytuacja z zamkiem dolnym. Składał się on w większości z drewnianej zabudowy, ulegającej szybszej destrukcji i wymianie. Nowo wznoszone budynki nie były lokowane dokładnie na miejscu starych.

Brama główna

Brama w budowli obronnej stanowiła najbardziej newralgiczny element. W istocie była luką w obwodzie obronnym, której naturalną słabość rekompensowały towarzyszące jej różnego rodzaju konstrukcje i urządzenia. Budowla obronna, a w szczególności brama oprócz zabezpieczeń fizycznych potrzebowała także protekcji duchowej, której zadaniem było blokowanie i odstraszanie zła oraz wzmacnianie moralne obrońców podczas walki. Tradycja ochrony obiektów obronnych w wymiarze duchowym sięga starożytnych cywilizacjach Egiptu, Mezopotamii, Rzymu i Grecji. Była realizowana poprzez umieszczanie w bramach lub w ciągach murów obronnych kapliczek z bóstwami a później z ikonami i wizerunkami świętych. Także dawni Słowianie widzieli potrzebę magicznej ochrony swoich domostw i grodów składając w ich fundamentach ofiary zakładzinowe. Wierzenia te znalazły odzwierciedlenie w średniowiecznej architekturze militaris m.in. przez urządzanie kaplic w budowlach bramnych.[16] Przykładem jest sławna Ostra Brama w Wilnie, brama zamku biskupów warmińskich w Braniewie oraz bramy zamkowe m.in. w Szydłowcu, Pińczowie, Ogrodzieńcu, Besiekierach i Iłży.

Warunkiem dobrego fortyfikowania bramy było umieszczenie jej w budowli bramnej, którą mógł być dom bramny lub wieża bramna. Budowla i jej otoczenie wyposażone były w cały zestaw środków utrudniających dostęp i wspomagających obronę: fosa, most zwodzony, brona, machikuły, otwory strzelnicze, poterny. Także przebieg drogi dochodzącej do bramy nie pozostawiano przypadkowi. Wyznaczany był w ten sposób, aby cały znajdował się pod kontrolą załogi zamku.

Nie mamy wiedzy o bramach iłżeckiego zamku z okresu jego narodzin i pierwszych przekształceń. Można jedynie domniemać, że towarzyszyły im typowe elementy stosowane w średniowiecznym budownictwie obronnym, takie jak fosy, mosty zwodzone i brony. Rozplanowanie drogi dojazdowej do zamku górnego wykazuje zbieżne cechy z zamkiem w Pińczowie. W obu fortyfikacjach skorzystano z tych samych rozwiązań co do formy drogi – most na filarach i jej kształtu – przebieg wzdłuż murów i ostry skręt w kierunku bramy.[17]

 W XVII w. Zamek Iłża posiadał 5 bram, w tym 3 poprzedzone były mostami zwodzonymi. Do twierdzy można było wjechać dwoma drogami, jedna prowadziła od strony miasta, druga od strony pól (od wschodu).[18] Pierwsza z nich rozpoczynała się przy północnym skłonie wzgórza a następnie biegła wzdłuż zachodniego muru kurtynowego, mijała zamkową kapliczkę i tuż przed basteją zachodnią skręcała w lewo do bramy zachodniej. Druga droga wiodła od wschodu, przechodząc przez most zwodzony i bramę w bastionie bramnym, następnie most stały, docierała do bramy wschodniej. Pozostałe dwie bramy znajdowały się na drodze – moście, łączącej zamek niski z zamkiem wysokim.

Wieża bramna była drugą co do wysokości budowlą zamku. Wzniesiona na skraju urwiska, wzmocniona została dwoma potężnymi przyporami. Posiadała 3 wysokie kondygnacje i zwieńczona była attyką. Na parterze znajdowała się brama główna wraz z przejazdem, na piętrze kaplica, na drugim piętrze pomieszczenie o nieznanym przeznaczeniu, być może był tam kołowrót do obsługi zwodzonego mostu. Brama opisywana w inwentarzach z lat 1630-1789, została wzniesiona podczas remontu zamku wykonanego za pontyfikatu biskupa Marcina Szyszkowskiego. Poniżej zamieszczono fragmenty poszczególnych inwentarzy (pisownia oryginalna) odnoszące się do bramy głównej:

 Trzecia brama do dziedzińca, u której zwod, wrota dwoiste dębowe żelazną blachą pobite, na zawiasach z zamkiem ślepym i kluczem, zaporą żelazną, wrzeciądzem i skoblem.(1630).

Idąc do drugiej bramy w dziedziniec jest most długiemi delami położony, zwod przy samej bramie bez łańcucha. U tejże bramy są wrota wielkie dwoiste na zawiasach grubych żelaznych, żelazem okowane, u tych jest drążek żelazny na łokieć zrobiony do zapierania zewnątrz, a we drzwiach z obydwu stron wielkie szkoble żelazne. Jest i hak u tych wrot żelazny wielki. Podle tych wrot dwie ławie heblowane szerokie przy murze. U tych wrot pomienionych jest zamek wielki z kluczem. (1644)

Do tego z bramy po moście idąc jest druga brama a przed nią zwod przes łańcucha. Ta brama filarami kamiennemi mocno zasprysowana dla warunku bo jest wysoka bardzo i sklepista a nad nią jest facjata z kamienia ciosanego na filarach takichże z herbem takim ut supra [Ostoja]; w niej wrota wielkie stoczyste blachami żelaznemi i pasami żelaznemi powleczone a różami i herbami z blachy rzniętemi przyozdobione, malowane, na zawiasach z ryglem, zaporą i zamkiem wielkim, porządnym. Brukiem kamiennym jako i dziedziniec wszystek położona. (1653)

Brama 2 do tej także jest most drzewiany między murami dwiema od miasta kamieniem listwowany mur, przy nim w miesiąc blokaus. Wrota do dziedzińca blachą żelazne powlecone z ryglem i szkoblami do zamykania, w bramie bruk z kamienia głazowego, listwy na strzelbę, ław dwie (1668)

Z mostu wchodząc jest brama z ściesanego kamienia, w której dwa słupy kamienne floryzowane cum in signiis piae memoriae Illustrissimi Szyszkowski Anni 1618. W tej wrota fasowane na zawiasach, hakach żelaznych z poręczą jedną, w której skobel żelazny na wylot przez wrota do zamknięcia. W tej bramie jest bruk kamienny niedobry; po bokach na murze ław z tarcic dwie. (1747)

Ta brama wspaniała z wieżą kwadratową wymurowana, górne pokoje przewyższająca, dwiema skarpami od fundamentu z ciosanego kamienia podmurowana. W tej odrzwia z ciosanego kamienia, facjata takaż i po boku kolumny duże floryzowane cum Insignisi Illustrisimis Szyszkowski Eppi. Cracoviensis, i napisem tym = A.D. 1618 =. Wrota podwójne fasowane głowaczami zbijane, od dołu nadrujnowane, wrotnia jedna odpadła, od której dwa haki z muru wyjęto, druga wrotnia tylko na jednym haku zawieszona, u obydwóch zaś po zawias, duże grubych żelaznych. Przy tychże wrotach u dołu duże sztuki kamienia ciosanego po obydwóch stronach odwalono. (1789)

Ryc. 3 Ryc. 3 Naczółek drzwi głównych kościoła parafialnego w Iłży

Podsumowując opisy i dodając uzupełnienia z badań własnych można stwierdzić, że oprawę bramy tworzył antykizowany portal składający się z trójkątnego naczółka z herbem Ostoja. Na belce (3 m długości) pod naczółkiem znajdowała się płycina kartuszowa z imieniem, nazwiskiem i funkcją fundatora oraz datą.[19] Naczółek bramy był analogiczny do naczółków znajdujących się w iłżeckim kościele parafialnym. Świadczy o tym zbliżony okres powstawania portali w obu miejscach jak i odrys prof. Czesława Thullie, który wyraźnie ukazuje podobieństwo. Belkowanie pod naczółkiem było wsparte na dwóch kolumnach ozdobionych rzeźbionymi ornamentami. Można dodać, że zgodnie z kanonami architektury renesansowej i manierystycznej kolumny winny być ustawione na cokołach. Miedzy ościeżami znajdowały się dwuskrzydłowe dębowe wrota, obite blachą i wzmocnione siecią żelaznych pasów. W 1653 r. lustrator odnotował, że wrota ozdobione były różami i herbami wycinanymi z blachy. W różnych okresach wrota posiadały różne akcesoria, lustratorzy wymienili następujące: zamek, drążek, wrzeciądz, zapora, rygle, skoble, poręcz, zawiasy.

Ryc. 4 Schemat przejazdu bramnego: 1 most zwodzony, 2 czeluść, 2′ ława w czeluści, 3 dolne pomieszczenie w wieży bramnej, 4 sień, 5 dziedziniec, 6 przypory, 7 basteja południowo-zachodnia, 8 rzygacz, 9 oś obrotu mostu, 10 okna, W1 wejście do klatki schodowej, W2 wejście do arsenału (kredensu), W3 wejście do piwnicy
Ryc. 5 most zwodzony z przeciwwagą na górnej belce [źródło: ilustracja z książki F. Narjoux, Histoire d’un pont]

Za wrotami rozpoczynał się przejazd bramny składający się z trzech części: fragmentu mostu zwodzonego, pomieszczenia w wieży bramnej oraz z sieni pod piętrem zamku. W XVII wieku cały przejazd (oprócz fragmentu mostu zwodzonego) był wybrukowany kamieniami eratycznymi z przebiegającym wzdłuż niego rynsztokiem do odprowadzania wód opadowych.[20] Przejazd bramny rozpoczynał się mostem zwodzonym (1). Wzmianki o nim możemy odnaleźć w pierwszych trzech inwentarzach. Lustratorzy w 1644 i 1653 odnotowali, że „zwod” nie posiadał łańcuchów, więc już wtedy nie pełnił swojej zasadniczej funkcji. Istniało wiele typów mostów zwodzonych. Najpopularniejszym z nich był zwod poruszany za pomocą belek z przeciwwagą, ale ten rodzaj konstrukcji nie został wykorzystany w Iłży. Grafiki zamku nie rejestrują charakterystycznych belek ani pionowych szczelin w murach, które służyły do chowania tychże, dzięki czemu możliwe było domknięcie mostu. Zachowane, oryginalne elementy przejazdu, pozwalają na spekulacje co do charakteru iłżeckiego zwodu. Obecność czeluści może wskazywać na zastosowanie mostu typu huśtawka.

Ryc. 6 Hipotetyczny typ mostu zwodzonego, który mógł być zastosowany w Iłży [rys. P.N.]

Jego oś obrotu dzieliła pomost na dwie części, co pozwalało na jednoczesne podnoszenie jednej części mostu i opuszczanie drugiej. Z reguły fragment wewnętrzny zwodu (opuszczany do czeluści ) był krótszy i masywniejszy, niekiedy miał podwieszone obciążenie aby stanowić przeciwwagę dla dłuższej zewnętrznej części. Czeluść to kwadratowa jama o wymiarach 2,5 x 2,5 m i zróżnicowanej głębokości, 2,8 m po północnej stronie, po południowej 1,90 m. Różnica w głębokości wynika z faktu istnienia kamiennej ławy o wysokości 0,9 m, która zajmuje południową połowę czeluści. Połowa północna stanowiła zbiornik przepływowy dla wód opadowych, które dostawały się do czeluści przez otwór w ścianie wschodniej i wypływały dalej przez rzygacz. Pozostałością konstrukcyjną, która wydaje się być związana z mostem zwodzonym jest fragment łuku arkadowego (nad czeluścią po stronie północnej) ,na którym prawdopodobnie znajdowała się oś obrotu. Możemy podać kilka szacunkowych wymiarów mostu. Jego szerokość wynosiła ok. 2,4 m i ok. 5 m długości. Wysokość zwodu nad czeluścią, po głębszej stronie ok. 3 m, nad ławą ok. 2. Druga część mostu, poza wieżą, wznosiła się nad fosą przynajmniej na 4 m.

Ryc. 5 Czeluść z ławą [fot. P.N. 2015 r.]

Drugim elementem przejazdu bramnego było pomieszczenie w wieży bramnej. W rzucie poziomym posiadało kształt kwadratu o długości boku ok. 5 m. Pomieszczenie było sklepione i w murach bocznych (północnym i południowym) miało po jednym oknie, którymi można było obserwować flanki wieży. Do wyposażenia ruchomego tej części przejazdu należały dwie ławy i „listwy na strzelby”.

Ostatnią przestrzenią przejazdu była sień. Narysem zbliżona była do trójkąta, który jednym z boków przylegał do wieży bramnej, a w przeciwległym wierzchołku znajdował się arkadowy wyjazd na dziedziniec, z zachowanymi do dziś odbojami. Sień była ważną przestrzenią komunikacyjną, z niej wchodziło się do głównej klatki schodowej, do arsenału i do piwnicy. Była dosyć mrocznym pomieszczeniem, z tego powodu w pobliżu wejścia na klatkę schodową znajdowała się latarnia. Na piętrze wieży bramnej została umiejscowiona główna kaplica zamkowa. Z sieni na piętrze prowadziły do niej drewniane drzwi kraciaste „snycerskiej roboty”, ozdobione naczółkiem.

Ryc. 6 Fragment łuku wychodzącego z północnej przypory. [fot. P.N.]

Kaplica ta sklepista, wszystka wewnątrz malowana; w niej okien trzy, dwoje z błonami sklanemi w ołów, a jedno puste. Ołtarzyk w niej cum imagine B.M. Virginis. Foremeczek do klęczenia cum scabellu do klęczenia dwie. (1653)

Ze względu na centralny charakter, kaplica mogła posiadać sklepienie krzyżowo-żebrowe. Jej mury wzmocnione były czterema ankrami. Wyłożona była ceglaną (później kamienną) posadzką. W pomieszczeniu znajdował się ołtarz z obrazem Matki Bożej i dwa podwójne klęczniki. Wszyscy pisarze podkreślają, że całe pomieszczenie było ozdobione malowidłami. Lustrator z 1644 r. w opisie kaplicy, w pierwszej kolejności zauważył, że jest malowana, pisarza w 1668 r. mówił o porządnym malowaniu, a lustrator w 1747 pisał o starym malowaniu. Nie posiadamy żadnych przekazów o treści malowideł. Można jedynie domniemać, że kaplica w zamku biskupów krakowskich posiadała malaturę na dobrym poziomie artystycznym, wyrażającą pewien przekaz ideowy. Podkreślmy, że w zamku iłżeckim oprócz kaplicy było tylko jeszcze jedno pomieszczenie o bogatszej malaturze, w pozostałych malowano jedynie sufity z górnym krańcami ścian.

Ryc. 6 Fragment łuku wychodzącego z północnej przypory. [fot. P.N.]
Ryc. 10 Przejazd bramny od strony dziedzińca [fot. P.N.]

Na najwyższej kondygnacji wieży bramnej znajdowało się pomieszczenie, które zostało opisane tylko w inwentarzu z 1789 r. Wchodząc do altany szyja tarcicami opierzona, gdzie wierzchem i po bokach kilka tarcic brakuje. Drzwi podwójne na zawiasach małych i hakach bez zamknięcia. Posadzka z cegły, powała z tarcic. Okna dwa puste i w tej altanie jest przepierzenie z tarcic, w którym drzwi nie masz i kilku tarcic. Okno 1 puste. Jak już wspominano wyżej, pomieszczeni mogło być związane z obsługą zwodzonego mostu.

Na XIX wiecznych rycinach przedstawiających ruiny zamku nie odnajdziemy całej sylwetki wieży bramnej. Do dziś przetrwały jedynie dolne fragmenty szkarp z zachowaną gdzieniegdzie oryginalną okładziną z piaskowca, który swoją barwą przypomina szare pustaki. Stąd wiele osób sądzi, że jest to element współczesny. W 1911 r. TONzP przeprowadziło remont części południowej pozostałości wieży bramnej. Wzmocniono i podwyższono mur łączący szkarpę z murem obwodowym oraz obmurowano lica szkarpy. Do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku zachowano oryginalną funkcję komunikacyjną przejazdu bramnego, Do tego czasu przez otwór między szkarpami wiodło główne wejście na zamek górny, poprzedzone drewnianą kładką.

 Ocalałym fragmentem portalu, prawdopodobnie z bramy głównej, jest płycina kartuszowa. Przez wiele lat eksponowana była na zamku dolnym. Niestety brak właściwej opieki i konserwacji doprowadziły do rozczłonkowania i zdekompletowania elementu.

Ryc. 7 Płycina kartuszowa stan z końca lat 30 ub. wieku [fot. ze zbioru M. Dobrowolskiej]

Ryc. 12 Płycina kartuszowa, stan obecny [fot. P.N.]

Paweł Nowakowski

[1] Kodeks Dyplomatyczny Katedry Krakowskiej św. Wacława, cz. 2, Kraków 1883, s. 11.

[2] S. Medeksza, Le château des évéques de Cracovie à Iłża, „Akta Universitatis Lodzensis”, Folia Archeologica, z. 14, 1991, s. 36.

[3] W literaturze tematu pojawiają się trzy daty pożaru: 1796, 1798, pocz. XIX w. (1809?)

[4] Prace archeologiczne w studni prowadzono w latach 2019-2020

[5] Heyduk B., Dahlbergh w Polsce, rozdział Dziennik E. Dahlbergha

[6] zob. P. Nowakowski, Iłża miasto kościelne, rozdział: Iłża według Dahlbergha

[7] zob. artykuł internetowy http://www.ilzahistoria.pl/historia-ilza/rewizja-do-dahlbergha/

[8] prof. Thullie do rysunku dołączył notatkę dotyczącą oryginału – „rysunek ołówkiem, prawdopodobnie XIX w., jest cennym materiałem archiwalnym wobec dzisiejszego stanu ruin zamku”; pod szkicem napisał –„Iłża 3416 Zamek i miasto w woj. sandomierskim. Stary rysunek ołówkowy (XVIII w.?) zob. Majdowski Andrzej, Widoki polskich miast i zabytków architektury ze zbiorów graficznych Biblioteki Pawlikowskich we Lwowie, Szkicownik prof. Czesława Thullie.

[9] J. Muszyńska, W. Urban, Najstarszy inwentarz biskupów krakowskich z 1577 roku [w:] Radom i region radomski w dobie szlacheckiej Rzeczypospolitej, T. 2.

[10] Archiwum Krakowskiej Kapituły Katedralnej (AKKK), sygn. Inv. B. 16.

[11] AKKK, sygn. Inv. B. 1.

[12] AKKK, sygn. Inv. B. 17

[13] AKKK, sygn. Inv. B. 2

[14] AKKK, sygn. Inv. B. 18

[15] AP w Radomiu, sygn. ZDP 4

[16] zob. P. Lasek, O apotropaicznej funkcji niektórych kaplic zamkowych w średniowiecznej Polsce – zarys problematyki.

[17] J. Kuczyński, Wyniki badań dawnego zespołu zamkowego w Pińczowie,[w:] Rocznik Muzeum Świętokrzyskiego, 1968, T. 5, s. 213.

[18] Oprócz dróg dojazdowych było jeszcze wejście dla pieszych od strony miasta, dobrze uwidocznione na rycinie Dahlbergha. Biegło ono od Bramy Opatowskiej do kapliczki zamkowej.

[19] Żaden z inwentarzy nie podaje pełnej treści napisu, który brzmiał: MARTINVS SZYSZKOWSKI EPISCOPVS CRACOVIENSIS A.D. 1618

[20] Rynsztok z dziedzińca wchodził niemal centralnie w przejazd, następnie biegł ukośnie ku jego północnej stronie.[1] Kończył się prawdopodobnie studzienką odprowadzającą opady do czeluści pod mostem zwodzonym, skąd wypływały rzygaczem poza obwód wieży. Dalej woda kierowana była do bastei, z której uchodziła przez specjalny otwór na zbocze góry.