Strona internetowa miłośników Iłży

 

Mija kolejna rocznica bitwy o Iłżę 17 stycznia 1864 r. Powracamy do tego wydarzenie przez artykuł napisany z okazji 150 rocznicy bitwy i opublikowany na stronach ilza.com.pl . Wznawiając artykuł na portalu ilzahistoria.pl pragniemy odświeżyć to ważne zdarzenie i zapoznać z nim nowych czytelników.

 

Bitwa o Iłżę 17.01.1864 r.

 

Zbliżająca się 150 rocznica bitwy iłżeckiej z 1864 r. jest doskonałą okazją do przypomnienie przebiegu i uczestników tego wydarzenia. Okoliczności całodziennych starć z 17 stycznia między Pułkiem Stopnickim, dowodzonym przez ppłk. Karola Kalitę de Brenzenheim – „Rębajłę” a rotami Pułku Smoleńskiego dowodzonymi przez płk. Suchonina, znamy głównie z dwóch relacji. Pierwsza z nich to raport sporządzony przez dowódcę Pułku Stopnickiego dla gen. Hauke-Bosaka. Drugim źródłem są pamiętniki Karola Kality, wydane przez A. Medyńskiego pt. Ze wspomnień krwawych walk. Pozostałe wzmianki o wydarzeniu, które możemy znaleźć w literaturze poświęconej Powstaniu Styczniowemu opierają się także na wymienionych dwóch przekazach. Choć autorem obu dokumentów jest płk Rębajło ich treść jest różna. W pewnych fragmentach opisy uzupełniają się w innych zaprzeczają sobie. Różnice z pewnością wynikają z charakteru dokumentów jak również z czasu ich sporządzenia. Raport jest zwięzły i oddaje istotę meldunku wojskowego, bez wdawania się w szczegóły. Napisany został wkrótce po bitwie (21 stycznia), zawiera więc świeżość oceny wydarzeń. Pamiętniki natomiast posiadają znacznie rozbudowaną narrację. Dzięki temu możemy dowiedzieć się że ów dzień był mroźny, czy że zbliżając się do Iłży, słychać było już z daleka obracające się młyńskie koło. Mimo, że wątki te mają niewielką wartość historyczną ich obecność ożywia wyobraźnię. Kalita spisał swoje wspomnienia jakiś czas po Powstaniu Styczniowym lecz można odnieść wrażenie, jakby rejestrował je na bieżąco. Zaskakują nas bowiem, ilością przywołanych szczegółów, nazw topograficznych a nawet cytatów z rozkazów i wypowiedzi. Trzeba do tych danych podejść jednak z pewną rezerwą. Już pobieżna weryfikacja nazwisk i nazw geograficznych pozwala na wykrycie nieścisłości. Co do wydarzeń musimy tylko polegać na słowie autora. Trudno jednak posądzić Rębajłę o koloryzowanie. Jako twardy żołnierz i realista daleki był od tanich przechwałek. Mimo to należy mieć na uwadze, że nie obce mu były słabości, sympatie i uprzedzenia, które miały wpływ na postrzeganie i zapamiętywanie tamtych wydarzeń.

Noc z 16 na 17 stycznia Pułk Stopnicki – 400 strzelców i 40 kosynierów, spędził w Brodach Iłżeckich. Od kilku już dni partia ppłk. Karola Kality Rębajły próbowała wytropić oddział płk. Suchonina, który opuścił garnizon w Opatowie. Po pobudce i wspólnej modlitwie partyzanci mogli spożyć śniadanie przygotowane przez miejscową ludność. Kadra dowódcza została zaproszona do dyrektora tamtejszej huty. Posiłek zakłóciło przybycie jeźdźca, który zameldował Rębajle, że z Iłży około godziny ósmej wyruszyło wojsko moskiewskie w sile 180 żołnierzy i niedługo dotrze do Brodów. Iłżę z Brodami łączyły trzy różne drogi. Pierwsza z nich – główna, pokrywała się z przebiegiem dzisiejszej trasy krajowej nr 9. Drugą stanowił Trakt Ostrowiecki, a trzecia wiodła środkiem lasów iłżeckich i wychodziła z nich w okolicy przysiółka Bory (prawdopodobnie chodzi o Budy Brodzkie). Właśnie przy niej zasadzić się miały główne siły Rębajły. Pozostałe dwa dukty będą również kontrolowane przez polskie oddziały.

Po krótkiej naradzie ustalono, że w okolicach Lubieni przygotowana zostanie zasadzka. W tym celu Kalita wyznaczył zadania poszczególnym batalionom. Pierwszy batalion miał stanowić pierwszą linię. Jego 2 komp. pod dowództwem kpt. Ruszkowskiego obsadziła zabudowania wsi Lubienia, znajdujące się przy głównej drodze łączącej Brody z Iłżą. 1 komp. pod dowództwem kpt. Jagielskiego oraz 3 i 4 kompania zajęła zabudowania przysiółka Bory (Budy). Drugi batalion stanowił wsparcie i zabezpieczenie dla pierwszej linii. Jego 1 kom. pod dowództwem kpt. Beździedy przesunęła się kilka kilometrów na wschód w rejon osady Kaplica. 2 i 3 komp. skryły się za wzgórzami przy Borach (Budach) jako wsparcie dla 3 i 4 kompani I batalionu. 4 kompania wraz z kosynierami znajdowała się przy Rębajle w pobliżu przysiółka.

Około godziny 10:30 z przewidywanego kierunku, wyłonił się kozacki zwiad, który wykrył obecność przeciwnika. Z tego powodu Suchonin postanowił obejść miejsce spodziewanej zasadzki. Przeszedł skrajem lasu (na południe) ku zabudowaniom Borów od strony Brodów i tam dopiero uderzył. Obrońcy jednak nie dali się zaskoczyć. Pierwszy strzały oddał pluton por. Beli (Węgra). Błyskawicznie zareagowały także kompanie wsparcia, które swoją zdecydowaną kontrą odrzuciły Rosjan z powrotem do lasu. Suchonin jednak nie skierował się na północ w kierunku Iłży lecz podążył na wschód do Traktu Ostrowieckiego. Tam w okolicy zabytkowej kapliczki zatrzymała go kompania kpt. Beździedy. Celne salwy wywołały popłoch w kolumnie rosyjskiej i bezładną ucieczkę w kierunku Iłży. Położenie Suchonina mogło być jeszcze trudniejsze gdyby pierwotny plan Rębajły został w pełni zrealizowany. Niestety dowódca 2 kompani I bat., kpt. Ruszkowski nie wykonał rozkazu przemieszczenia się „na przód” (na wschód), co więcej wycofał swój oddział z zajętych pozycji na lewym skrzydle i stracił kontakt z pułkiem. Manewr zaplanowany przez Rębajłę mógł doprowadzić do zamknięcia drogi odwrotu moskalom i w konsekwencji zmusić ich do przebijania się przez szeregi polskiej tyraliery. Z pewnością konfrontacja ta przyniosłaby duże straty po obu stronach lecz trzeba pamiętać, że Pułk Stopnicki posiadał znaczną przewagę liczebną.

Powróćmy jednak do tego co się wydarzyło. Po odepchnięciu moskali z rejonu przysiółka Kaplica, powstańcy kontynuowali pościg. Wielu z uciekinierów nie wytrzymując tempa próbowało ukryć się w lesie i przeczekać. W tym dniu nie było litości dla moskali i postępowano zgodnie z hasłem „Nie ma pardonu dla wroga”, złapanych nieszczęśników wieszano. Był tylko jeden przypadek wzięcia do niewoli. Młody żołnierz schwytany osobiście przez Kalitę prosił o litość przyznając jednocześnie, że jest Polakiem z Kresów. Dowódca rozkazał nie czynić mu krzywdy i odesłał na tyły.

Podczas walk w okolicy Borów (Bud) Rosjanie stracili 11 zabitych i rannych. Przepadł także pułkowy furgon z żywnością. Straty polskie to 1 zabity. Nie znane są straty jakie ponieśli Rosjanie w trakcie ucieczki, między Kaplicą a wioską Koszary. Niektórzy powstańcy przechwalali się dużą liczbą uśmierconych żołnierzy Suchonina. Rębajło sceptycznie podszedł to tych oświadczeń i w raporcie pominął wielkość strat nieprzyjaciela w tej fazie potyczki.

Po około dwugodzinnej pogoni Rębajło dotarł do skraju lasu w pobliżu Koszar. W następnej wiosce – Błazinach zauważono Rosjan ustawionych w tyralierę. Pułkownik zadecydował o wydzieleniu dwóch kompanii pod dowództwem kpt. Płachetki, które miały obejść Błaziny od strony południowo-wschodniej a następnie zająć północno-wschodnią część Iłży i uchwycić drogę wychodzącą na Radom. Reszta pułku miała kontynuować pochód za Rosjanami w szyku rozwiniętym. Po prawej stronie znajdowały się dwie kompanie pod dowództwem kpt. Jagielskiego, po lewej kompania kpt. Beździedy. Nieco z tyłu za pierwszą linią podążał Kalita z kosynierami.

Tymczasem pozorowane przygotowania moskali do przyjęcia walki miały na celu spowolnienie pochodu Polaków. Kiedy powstańcy ostrożnie zbliżyli się do żołnierzy Suchonina, ci śpiesznie zwinęli tyralierę i wycofali się w kierunku Iłży. Powtórnie zatrzymali się dopiero na wzniesieniu (na zboczu którego obecnie znajduje się wapiennik) i ponownie symulowali chęć konfrontacji. Rębajło spodziewał się, że Suchonin tym razem wykorzysta dogodną pozycję i rzeczywiście przystąpi do walki. Odbył naradę ze swoimi oficerami i zdecydował się na zdobywanie wzgórza i miasta. Jednocześnie zameldowano o rozpoznaniu w pobliżu wsi Seredzice wojsk nieprzyjaciela. Prawdopodobnie uprzednie działania Rosjan, opóźniające natarcia Polaków, miały umożliwić Suchoninowi okrążenie rozlewisk Iłżanki i dotarcie do wioski Seredzice. Kalita szybko odgadł intencję przeciwnika, który planował zaatakować go od tyłów, gdy będzie forsował przejście wzdłuż prawego brzegu Iłżanki. Aby wyprzedzić to posunięcie wydał rozkaz dla dwóch kompanii, rozwinięcia natarcia w kierunku na Seredzice. Ruszył również szturm na wzgórze, które ku zaskoczeniu wszystkich osiągnięto bez jednego wystrzału. Rosjanie bez walki wycofali się bliżej centrum miasteczka i tam dopiero zaczęli stawiać opór. Natarcie natomiast idące lewym brzegiem Iłżanki przerodziło się w gonitwę. Powstańcy usiłowali odciąć drogę odwrotu do Iłży oddziałowi moskiewskiemu przyczajonemu pod Seredzicami. Co prawda manewr ten nie został zrealizowany lecz zbliżono się do przeciwnika na odległość skutecznego strzału. Wtedy też został dwukrotnie ranny w nogę płk. Suchonin, co miało dla niego tragiczne skutki. Koziebrodzki Władysław w Szkicach z niedawnej przeszłości: 1863-1864 zranienie Suchonina przypisuje Włochowi o nazwisku Carboni. Pościg zatrzymał się koło młyna gdzie rozgorzała zacięta walka. Według pamiętników Rębajły w tym miejscu poległo najwięcej Rosjan i połączyły się w jeden front dwa polskie natarcia. Po chwili wytchnienia na sygnał trąbki „atak na bagnety” kontynuowano walkę przemieszczając się w kierunku Rynku. Ze względu na panujące ciemności i zmaganie się w terenie zabudowanym, skuteczniejszą bronią od karabinów okazały się kosy i pałasze. Cytat z pamiętników daje wyobrażenie krwawych wyczynów kosynierów.

Tu byli kosynierzy – zuchy w swoim żywiole, zagrzewani ustawicznie przez swego kapitana słowami „Chłopcy! Wpierw kosą podcinaj nogi, to ci nie ucieknie, a potem w łeb!”

Zażarta walka przeciągała się, a upływający czas był sprzymierzeńcem Rosjan. Suchonin już po wyjściu z lasów iłżeckich pchnął gońca do Lipska z żądaniem odsieczy. Tymczasem w ciągu ok. 2 godzin Polacy zdołali wyprzeć Rosjan tylko z południowej i wschodniej części śródmieścia. Pierwszy do zabudowań Rynku dotarł kpt. Jagielski, później kapitanowie Beździeda i Postawka. Swoimi żołnierzami obsadzili wschodnią i południową pierzeję Rynku. W domach zachodniej pierzei zabarykadowali się Rosjanie, północna część zabudowy placu była niczyja. Dwie kompanie wysłane przed Błazinami do opanowania m.in. północnej części miasta, w tym zakresie nie wypełniły rozkazu. Przez kolejne dwie godziny strony ostrzeliwały się z ustalonych pozycji. Zdarzało się, że w ciemnościach, powstańcy strzelali do siebie nawzajem. Sytuację komplikowały dodatkowo mróz i zmęczenie żołnierzy. Główne wysiłki powstańców skupiły się na zdobyciu domu burmistrza (róg ul. Warszawskiej i Rynku), w którym bronił się płk. Suchonin ze swoim sztabem. Rębajło dowodził z sąsiedniego budynku (róg Rynku i ul. Ratuszowej, w tym miejscu znajduje się obecnie Magistrat). Nieskuteczność ostrzału kazała szukać innych rozwiązań. Padła propozycja podpalenia obleganego budynku lecz nie znaleziono środków do wywołania pożaru ani drabin. Nie było też pomocy od mieszkańców Iłży, którzy uciekli z miasta bądź pochowali się w piwnicach. Aby przełamać zaistniały impas trzej oficerowie szaleńczym wyczynem próbowali poderwać współtowarzyszy. Opis tego epizodu pozostawmy Rębajle.

Trzech oficerów moich, major Jagielski, porucznik Włodzimierz Witowski i drugi Mondon (Francuz) bez wiedzy mojej postanowili pójść na ochotnika w tej nadziei, że za nimi pójdą inni. Otworzyli więc bramę naszego domu, pokładli się na ziemię i tak z nabitymi karabinkami przyczołgali się aż pod mur domu moskiewskiego, a odpocząwszy chwilkę wszyscy trzej powstali z najeżonymi bagnetami w jednem rozbitem przez kule oknie i strzelili do wewnątrz. W tejże chwili z wnętrza domu padło kilka strzałów, padł porucznik Mondon a Jagielski i Witowski stojąc z boków okna uniknęli niechybnej śmierci a położywszy się na ziemi bokiem dotarli do nas. Okazało się, że Mondon był tylko ranny i także został uratowany. Witowski, czołgając się po ziemi, zgubił zegarek. Za czyn z jednej strony bohaterski, z drugiej szalony, skarciłem ich, gdyż jeżeli nie od kul moskiewskich, to od naszych mogli go łatwo przepłacić życiem i narazić pułk na stratę tak dzielnych oficerów.

Rębajło rozumiejąc, że w zaistniałych okolicznościach nic więcej nie osiągnie, postanowił ok. 20:30 dać sygnał do odwrotu. Miejsce koncentracji wyznaczył koło młyna. Wyczerpani, zmarznięci i wygłodniali żołnierze musieli jeszcze odeprzeć atak oddziału sztabskapitana Muchy, który powracał do Iłży po daremnym wymarszu do Brodów na odsiecz Suchoninowi.

Według raportu polskiego pułk przeszedł do Prędocina. Tam zorganizowano podwody dla rannych, których przetransportowano do szpitala w Wąchocku. Następnego dnia oddział przemieścił się do wioski Lipie. Straty polskie to 9 zabitych (2 kosynierów i 7 strzelców), 5 rannych (1 oficer i 4 strzelców) i 8 zaginionych. Tę samą liczbę zabitych powstańców potwierdza księga zgonów kościoła parafialnego. Natomiast rejestr rannych pod Iłżą sporządzony przez Rosjan w dniu 24 stycznia 1864 r. w Lazarecie Górniczym w Wąchocku obejmuje 10 osób. Osiem z nich miało rany postrzałowe (Kazimierz Chrystociński, Wojciech Skowroński, Adam Jaski, Franciszek Dobosz, Wincenty Frasik, Andrzej Malczyk, Henryk Rengemant, Adam Jaroszek), a dwie odmrożenia (Jakub Feliga, Franciszek Papiński). Jak już zaznaczyłem wyżej, w miasteczku podczas starcia nie było ludności lub była poukrywana. Odnotowany został jeden przypadek postrzału cywila. Niejaka Anna Bodo została ranna w nogę.

Straty rosyjskie z pewnością były znacznie większe. Rębajło w pamiętnikach pisze o 170 żołnierzach. Wydaje się, że liczba ta jest mocno zawyżona. Wśród poszkodowanych znalazł się dowódca płk. Suchonin. Z informacji, który w późniejszym czasie Karol Kalita otrzymał od naczelnika okręgu okazało się, że był to wyjątkowo „szlachetny przeciwnik”. Dowodząc pułkiem trzymał swoich żołnierzy w karności i nie dopuszczał do popełniania przestępstw wobec polskiej ludności. Podczas ucieczki spod Seredzic został ranny. Amputacja nogi po trzech dniach była już zabiegiem spóźnionym. Na łożu śmierci wyznał swoje winy i skierował słowa przestrogi do kolegów oficerów, za które został przez gen. gubernatora Berga zdegradowany, pozbawiony szlachectwa i odznaczeń. Pułkownika Suchonina pochowano potajemnie gdzieś na iłżeckim cmentarzu w bezimiennej mogile.

Bitwa iłżecka uznana została przez władze powstańcze za znaczące zwycięstwo. Fakt ten został szeroko nagłośniony co chwilowo podniosło morale i podsyciło nadzieję w możliwość kontynuowania skutecznej walki. Wygrana nie mogła jednak odmienić złej sytuacji strategicznej strony polskiej. W zmaganiach 17 stycznia byliśmy stroną ofensywną, która zmusiła przeciwnika do wycofania się i rozpaczliwej obrony. Nie osiągnęliśmy jednak pełnego zwycięstwa, polegającego na całkowitym rozbiciu lub zmuszeniu do ucieczki z miasta oddziału Suchonina. Uwaga ta nie jest zarzutem lecz tylko stwierdzenie faktu. Bez wątpienia postawa powstańców zasługuje na uznanie i wyróżnienie. Wykazali się cechami bitnego i dobrze zaprawionego żołnierza. W tym dniu walczyli z powodzeniem nie tylko z Rosjanami, ale także z zimnem, głodem i zmęczeniem.

Karol Kalita otrzymał za bitwę awans na stopień pułkownika. Jego pułk w następnym miesiącu, został rozbity w bitwie opatowskiej. W tym czasie Rębajło z powodu ciężkiej choroby nie pełnił funkcji dowódcy. Udało mu się ujść represji carskich i wyemigrował do Turcji. W 1871 r. osiadł we Lwowie gdzie doczekał niepodległości. Zmarł 25 maja 1919 r. i pochowany został na górce powstańczej Cmentarza Łyczakowskiego.

Paweł Nowakowski

Bitwa pod Iłżą w 1939 r. posiada bogatą bibliografię. Na jej podstawie, możemy odtworzyć przebieg walki i najważniejsze jej epizody. Mimo upływu 77 lat od tego wydarzenia pojawiają się jednak nowe przekazy, które uzupełniają obraz tamtej rzeczywistości. O ich publikacje nie zabiegają już naoczni świadkowie lecz członkowie rodzin i pasjonaci, zatroskani o przetrwanie pamięci. Takim przykładem jest artykuł Pana Józefa Stępnia zamieszczony w Czasopiśmie Artystycznym „Nestor”, nr 1(35)2016 , którym  utrwalił przeżycia swojego ojca w kampanii wrześniowej 1939 r.

 

Zapraszamy do lektury.

 

Józef Stępień

Kampania wrześniowa jednego z żołnierzy 7 Pułku Piechoty Legionów w Chełmie

 

Józef Stępień na manewrach (fot. archiwum autora)

Józef Stępień na manewrach (fot. archiwum autora)

W przedwojennym 7 pp Leg. dyslokowanym w Chełmie służyło wielu synów ziemi krasnostawskiej, a jednym z nich był mój ojciec – Józef Stępień. Urodził się  w 1915 r. w Antoniówce, gm. Gorzków, w rodzinie Franciszka i Franciszki Stępniów.  Miał czworo

rodzeństwa: Czesława, Mariannę, Lucjana i Mieczysława. Czesław podczas wojny został zabrany na roboty do Niemiec, pojechał tam w zamian za najmłodszego brata Mieczysława, którego to do wywózki wyznaczyli Niemcy. Służbę wojskową Józef odbył w 1939 r. tuż przed wybuchem wojny. Po napaści Niemców na Polskę został zmobilizowany. Ojciec Józefa,  mój dziadek Franciszek, przedwojenny sołtys Antoniówki, odwiózł go do Krasnegostawu, skąd udał się do Chełma. Służbę wojskową odbywał w kompanii ckm, pod dowództwem por. Białasa. Po zmobilizowaniu został przydzielony do plutonu moździerzy, z którym po załadowaniu do wagonów wyruszył na front. 7 Pułk Piechoty Legionów wraz z 8 pp Leg. z Lublina i 9 pp Leg. z Zamościa tworzyły 3 dywizję, która z kolei weszła w skład południowego zgrupowania Armii „Prusy”, był to odwód Naczelnego Wodza pod dowództwem gen. Dęba Biernackiego. Już w trakcie przejazdu na front żołnierze byli kilkakrotnie bombardowani,  na szczęście straty były nieznaczne. Uszkodzenie torów nie pozwalało jednak na dotarcie do stacji docelowej, skąd też wszyscy zostali wysadzeni w polu i wraz z całym majdanem wojskowym udali się na piechotę do wyznaczonego miejsca. 3 września   1939 r. front Armii „Karpaty” oraz Armii „Łódź” wręcz trzeszczał, szczególnie na styku. Ostatecznie został przełamany i droga na Kielecczyznę stanęła przed Niemcami otworem. Dywizje południowego zgrupowania Armii „Prusy” nie w pełni skoncentrowane, z poważnymi brakami, szczególnie w artylerii jak również w kompaniach przeciwpancernych, zostały zmuszone do własnej obrony przed rozbiciem przez lekkie i pancerne dywizje nieprzyjaciela.

Pluton 7 pp Leg. Józef Stępień stoi trzeci z lewej strony (fot. archiwum autora)

Pluton 7 pp Leg. Józef Stępień stoi trzeci z lewej (fot. archiwum autora)

W związku z niekorzystnym rozwojem wydarzeń i szybkimi postępami wojsk niemieckich, gen. Skwarczyński zarządzał odwrót południowego zgrupowania Armii „Prusy”. Stało się tak, ponieważ Niemcy postanowili odciąć całe zgrupowanie od wiślanych przepraw. Na trasie odwrotu polskiego wojska leżała Iłża, którą trzeba było utrzymać. Dowódca 7 pp Leg. płk Władysław Muzyka otrzymał rozkaz obrony Iłży za wszelką cenę. Do wykonania tego zadania dostał dodatkowo batalion żołnierzy mjr. Karandyszowskiego, grupę żołnierzy mjr. Kiczaka, kompanię saperów i baterię dział. Po rozmieszczeniu żołnierzy na lewo i prawo wzdłuż trasy Iłża-Piłatka, front ten został wzmocniony plutonem moździerzy, w którym walczył kanonier Józef Stępień. Kilkakrotne ataki wroga były odpierane przez bardzo dzielnie wałczących polskich żołnierzy. Z opowieści mojego ojca zapamiętałem, że walki toczone w Iłży były niezwykle zacięte. Zaczęło brakować amunicji, szczególnie na pierwszej linii i nie było możliwości jej dostarczenia, ponieważ Niemcy byli tak „wstrzelani” z czołgowych kaemów, że każda próba wyjścia z zaopatrzeniem do pierwszej linii kończyła się zabiciem, bądź ciężkim zranieniem polskich żołnierzy. W trakcie bitwy płk Muzyka został dwukrotnie ranny, tamował krew paskiem od karabinu, a rozkazy wydawał klęcząc. Dalsze losy mojego ojca po rozbiciu pułku to przedzieranie się małymi grupami przez lasy małomierzyckie do Wisły. Podczas tego przebijania się żołnierze zostali okrążeni w pobliżu Wisły przez czołgi nieprzyjaciela, a takiej sile nie mieli czym się przeciwstawić. Każde wychylenie z lasu skutkowało ostrzelaniem z kaemu czołgowego, po którym gałązki drzew niczym deszcz spadały na głowy Polaków. Po naradzie, dowódcy postanowili zakopać broń, nawet orkiestra zakopała swoje instrumenty, następnie każdy na własną rękę miał się przebijać dalej. Ojciec mój nie miał szczęścia      i podobnie jak wielu żołnierzy dostał się do niewoli. Niemcy zamknęli Polaków  w wiejskiej stodole, pilnowali ich żołnierze, którzy umieli mówić po polsku (zapewne pochodzili ze Śląska). Niektórzy uwięzieni byli przeziębieni, noce były dość zimne, a oni z całym majdanem wojskowym ciągle przechodzili wiele kilometrów na dobę, bez ciepłej strawy jak również bez jakiegokolwiek wypoczynku. Siedząc w tej stodole, ojciec mój spotkał kolegę o nazwisku Rusak, z którym razem wyruszył na wojnę W dzień, przez dziury w deskach stodoły dostrzegli las na horyzoncie. Postanowili w nocy spróbować ucieczki.  Wykorzystując harmider, jaki powstał w stodole, powoli wypchali plecami deski w ścianie. Kiedy otwór był na tyle duży, że można było się przecisnąć, kolega ojca jako pierwszy zaryzykował ucieczkę. Po kilku chwilach, ojciec nie słysząc strzału, ani niczego podejrzanego, postanowił uciekać jako drugi. Po opuszczeniu stodoły i odbiegnięciu kilkunastu metrów nagle się zatrzymał – zobaczył śpiącego niemieckiego żołnierza uzbrojonego w karabin. Nie było odwrotu, wtulił głowę w ramiona i ostrożnie pobiegł dalej. Udało mu się jakoś dotrzeć na skraj lasu widocznego w dzień. W lesie na ojca czekał Rusak i obaj po krótkim odpoczynku udali się w dalszą drogę. Nad ranem dotarli do jakiejś wsi, po krótkiej obserwacji weszli na podwórze

Powojenna książeczka wojskowa J. Stępnia (fot. archiwum autora)

Powojenna książeczka wojskowa J. Stępnia (fot. archiwum autora)

najbliższego gospodarstwa. Wkrótce pojawiła się kobieta, która na widok polskich żołnierzy wypuściła wiadro z ręki i rozpłakała się mówiąc, że jest uciekinierką z Warszawy, a jej mąż też jest na wojnie. Zaprosiła ich do domu, nakarmiła ziemniakami ze zsiadłym mlekiem, dała cywilne ubrania, a wojskowe zabrała w celu zszycia i pocerowania dziur. Kiedy kobieta wyprała i pocerowała mundury wyszła na dwór, lecz zaraz wróciła, krzycząc z wielkim strachem, że Niemcy okrążają wieś oraz – „uciekajcie, bo jak was zobaczą to spalą zabudowania”. Ojciec wraz z kolegą wybiegli na podwórze, zobaczyli, że faktycznie tyraliera Niemców na koniach zaczyna okrążać wieś. Widząc to, zaczęli się czołgać za stodołę, był tam wykopany dół na ziemniaki, w którym znaleźli tymczasowe schronienie. Z ukrycia zauważyli, że jeden z Niemców obserwuje wieś przez lornetkę, patrząc czy nie widać jakiegoś polskiego żołnierza. W tym momencie Rusaka chwycił kaszel, z wielkim wysiłkiem, powstrzymał się od kaszlnięcia, zatykając sobie ręką usta. Niemiec znajdujący się w odległości ok. 100 m od ukrytych dał znak ręką i wszyscy na koniach wjechali do wsi. Trzeba było uciekać i ojciec wraz z kolegą poczołgali się w wzdłuż wysokiej miedzy w pole. Dotarli do zagajnika, gdzie przeczekali, a następnie udali się w dalszą drogę. Po dotarciu do Wisły, przeprawili się na drugi brzeg na drzwiach od stodoły, które już wcześniej do tego celu służyły innym żołnierzom. Ruszyli w dalsza drogę, bez większych przygód, omijając Lublin, doszli do lasu świdnickiego. Tam zobaczyli olbrzymie warsztaty, które były przytwierdzone do sosen, z pełnym wyposażeniem i częściami do samolotów, wówczas nikt już tego nie pilnował. Po dotarciu do Częstoborowic, skąd pochodził Rusak, pożegnali się i ojciec wrócił do Antoniówki. Rozkaz, jaki wydany był po rozwiązaniu oddziału nakazywał zbiórkę w okolicach Chełma. Ojciec postanowił odpocząć, uporządkować się,  a następnego dnia wyruszyć do miejsca koncentracji. Następnego dnia od strony Borowa i Gorzkowa słychać było strzały. Do wsi dotarła wieść, że Niemcy całymi kolumnami przemieszczają się w kierunku Krasnegostawu. Ponieważ Niemcy byli na trasie marszu przyszłej zbiórki, ojciec postanowił jeszcze zostać w domu. Być może ta doba, którą spędził w niewoli uratowała mu życie. Żołnierze z okolicznych wsi, którzy wrócili dzień wcześniej, poszli na zbiórkę do Chełma. Wkrótce pod dowództwem mjr. Grabińskiego z wielką determinacją walczyli pod Antoniówką za Zamościem o przebicie się do Rumunii łub na Węgry. Dla wielu była to ostatnia bitwa, w której polegli razem ze swoim dowódcą mjr.

Józef Stępień (syn) na polu bitwy (09.2014)

Józef Stępień (syn) na polu bitwy, wrzesień 2014 (fot. P.N.)

Grabińskim. Natomiast aresztowany płk Muzyka, dowódca 7 pp Leg. w niewoli niemieckiej należał do obozowego ruchu oporu, w obawie przed torturami popełnił samobójstwo.

Po śmierci mojego ojca w 1994 r. postanowiłem pojechać do Iłży, zobaczyć miejsce walki na zamkowym wzgórzu, jak również trakt Iłża-Piłatka, którym na wschód chcieli się przebić polscy żołnierze. O zaciętości tych walk może świadczyć to, że w natarciu Polaków w Piłatce zginął niemiecki pułkownik Wilhelm von Ditfurth. Kiedy Niemcy otrzymali pomoc w postaci batalionu czołgów, Polacy, nie mając czym ich zwalczać, dokonywali niebywałych wręcz czynów. Podczas nocnej walki, jeden z polskich oficerów wskakiwał na niemieckie czołgi i otwierając włazy, ostrzeliwał załogi z visa. Niestety, jedna celna niemiecka seria odebrała życie temu niezwykle dzielnemu oficerowi, a był nim kpt. Bereszyński. Ten bohater, podobnie jak wielu poległych żołnierzy pochowany jest na cmentarzu w Iłży. Odwiedzając miejsca tych walk, muszę przyznać, że są bardzo dobrze upamiętnione licznymi tablicami ufundowanymi przez miejscową społeczność dla dzielnego 7 pp Legionów z Chełma.