GROBSZTYN ZUBOWICZÓW

GROBSZTYN ZUBOWICZÓW

Grobsztyn Zubowiczów

 

Płytę trzymały mocno korzenie lipy

Płytę trzymały mocno korzenie lipy

Kościółek p.w. Matki Boskiej Śnieżnej stoi na najstarszym iłżeckim cmentarzu.  Aby zachować  świadectwa pochówków, które się tam odbywały, niegdyś wniesiono  do wnętrza świątyni dwie płyty nagrobne, a kilka innych wmurowano  w ściany zewnętrzne.  W kościele znalazł schronienie nagrobek  Szkota Roberta Gordona z 1663 r. i proboszcza szpitalnego ks. Kazimierza z nieczytelną datacją.

Od czwartku, 22 września we wnętrzu świątyni znajduje się także grobsztyn wójta iłżeckiego Szymona Zubowicza i jego żony Zofii, który do tej pory spoczywał pod  pobliską lipą.  Przeniesienie epitafium podyktowane było troską o zachowanie czytelności zawartych na nim treści.  Pozostawanie płyty na wolnym powietrzu spowodowałoby dalsze zacieranie, już i tak, w niektórych miejscach, słabo widocznych tekstów. Niestety grobsztyn jest wyszczerbiony, brakuje w nim prawego, górnego rogu.

W opracowaniu rzeźbiarskim płyty widać wyraźną różnicę między bordiurą obiegającą kamień a napisami i amatorsko wykonanymi wizerunkami trupich główek z piszczelami. Na bordiurę składa się  dokładnie rozplanowany motyw  ornamentu cekinowego, który w narożach i środkach boków przerywany jest czteropłatkowymi bratkami. Można przyjąć, że nad płytą pracowały dwa warsztaty. Jeden z nich profesjonalnie obrobił kamień i wykuł bordiurę, drugi wykonał  napisy i prymitywne wizerunki.  Czytelność tekstu uległa degradacji od końca lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to Waldemar Kowalski i Wojciech Wionczek z Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Kielcach zarejestrowali  jego brzmienie. Następnie epigraf zamieszczony został  w opracowaniu Corpus Inscriptionum Poloniae, skąd poniżej przytaczam jego treść:

D[EO] O[PTIMO] M[AXIMO]

PAMIATKA NA POTOMNE CZASY SŁAWETNEGO SZYMONA

ZVBOVICA WOYTA IŁZECKIEGO Y ZOFIEY BREWCZANKI

SLACHETNEGO DOMV BREVKOW Z SZYDLOWCA MIASTA

NIE TAYNO NIKOMV LAT 20 PRZEZYWSZY W MALZENSTWIE

WIECZNEGO POSZLI MIESZKANIA SZVKAC V BOGA SWOYEGO

CZASV POWIETRZA ZMARLI

ZOSTAWILI WIELE JEDNO KREWNYM  A DRVGA PAMIATKA W KOSCIELE

R[OKU] P[PAŃSKIEGO] 166[?] 15 MAY

Zachował się testament wójta Szymona, który potwierdza przekaz z płyty  o zapisaniu  znacznego majątku krewnym i duchownym. Dokument sporządzony został 5 maja 1661 r. Testator wspomina w nim, że wskutek morowego powierza, które przyszło do miasta stracił przyjaciela – żonę. Sam czując się chorym postanowił rozdysponować swój majątek. Zubowicze nie mieli własnego potomstwa dlatego większą część spadku wójt Szymon zostawił dla dzieci brata swojej żony. Były one adoptowane przez Zubowiczów po śmierci Omieckich – rodziców.                                                                                                                                                       Testator przeznaczył znaczne zapisy na rzecz księży posługujących w iłżeckim kościele. Altarzysta ołtarza Św. Trójcy należącego do Bractwa Literatów otrzymał mieszkanie w kamienicy wójta, trzy kawałki ziemi na utrzymanie i parę wołów i konia. Księża, opiekunowie Bractwa Różańcowego i Bractwa św. Anny otrzymali pospołu mieszkanie w folwark na przedmieściu i ogród. W zamian za te dobra Zubowicz po swojej śmierci oczekiwał od nich modlitwy.                                                                                                         Jako dobry chrześcijanin Szymon nie zapomniał o najuboższych. Polecił sprzedać dwa kawałki  ziemi  „i z tej sumy dziadom  suknie i babom tak do fary, jako inszym ubogim mieszczanom natenczas potrzebnym sprawić, a z sumy ostatka Msze za mnie i duszę żony mojej odprawiać na każdy dzień …”.

Nie zapomniał też o wiernej służącej Jadwidze Kozusce, której przepisał dwa ogrody, plac, wapno zmagazynowane w jednym z folwarków, suknię i 20 zł. Na dzień przed śmiercią wójt uzupełni testament, dodając dyspozycję aby wynagrodzić Mateuszową Bryskową młynarkę z Dzieżkówka.

 

Grobsztyn po usunięciu ziemi i konarów lipy

Grobsztyn po usunięciu ziemi, korzeni i odrostów lipy

Bordiura i trupia główka

Bordiura i trupia główka

Grobsztyn umieszczony został w Kaplicy św. Rozalii

Płyta umieszczona została w Kaplicy św. Rozalii

Paweł Nowakowski

Wrzesień 1939 r. we wspomnieniach żołnierza 7 pp Leg. Józefa Stępnia

Wrzesień 1939 r. we wspomnieniach żołnierza 7 pp Leg. Józefa Stępnia

Bitwa pod Iłżą w 1939 r. posiada bogatą bibliografię. Na jej podstawie, możemy odtworzyć przebieg walki i najważniejsze jej epizody. Mimo upływu 77 lat od tego wydarzenia pojawiają się jednak nowe przekazy, które uzupełniają obraz tamtej rzeczywistości. O ich publikacje nie zabiegają już naoczni świadkowie lecz członkowie rodzin i pasjonaci, zatroskani o przetrwanie pamięci. Takim przykładem jest artykuł Pana Józefa Stępnia zamieszczony w Czasopiśmie Artystycznym “Nestor”, nr 1(35)2016 , którym  utrwalił przeżycia swojego ojca w kampanii wrześniowej 1939 r.

 

Zapraszamy do lektury.

 

Józef Stępień

Kampania wrześniowa jednego z żołnierzy 7 Pułku Piechoty Legionów w Chełmie

 

Józef Stępień na manewrach (fot. archiwum autora)

Józef Stępień na manewrach (fot. archiwum autora)

W przedwojennym 7 pp Leg. dyslokowanym w Chełmie służyło wielu synów ziemi krasnostawskiej, a jednym z nich był mój ojciec – Józef Stępień. Urodził się  w 1915 r. w Antoniówce, gm. Gorzków, w rodzinie Franciszka i Franciszki Stępniów.  Miał czworo

rodzeństwa: Czesława, Mariannę, Lucjana i Mieczysława. Czesław podczas wojny został zabrany na roboty do Niemiec, pojechał tam w zamian za najmłodszego brata Mieczysława, którego to do wywózki wyznaczyli Niemcy. Służbę wojskową Józef odbył w 1939 r. tuż przed wybuchem wojny. Po napaści Niemców na Polskę został zmobilizowany. Ojciec Józefa,  mój dziadek Franciszek, przedwojenny sołtys Antoniówki, odwiózł go do Krasnegostawu, skąd udał się do Chełma. Służbę wojskową odbywał w kompanii ckm, pod dowództwem por. Białasa. Po zmobilizowaniu został przydzielony do plutonu moździerzy, z którym po załadowaniu do wagonów wyruszył na front. 7 Pułk Piechoty Legionów wraz z 8 pp Leg. z Lublina i 9 pp Leg. z Zamościa tworzyły 3 dywizję, która z kolei weszła w skład południowego zgrupowania Armii „Prusy”, był to odwód Naczelnego Wodza pod dowództwem gen. Dęba Biernackiego. Już w trakcie przejazdu na front żołnierze byli kilkakrotnie bombardowani,  na szczęście straty były nieznaczne. Uszkodzenie torów nie pozwalało jednak na dotarcie do stacji docelowej, skąd też wszyscy zostali wysadzeni w polu i wraz z całym majdanem wojskowym udali się na piechotę do wyznaczonego miejsca. 3 września   1939 r. front Armii „Karpaty” oraz Armii „Łódź” wręcz trzeszczał, szczególnie na styku. Ostatecznie został przełamany i droga na Kielecczyznę stanęła przed Niemcami otworem. Dywizje południowego zgrupowania Armii „Prusy” nie w pełni skoncentrowane, z poważnymi brakami, szczególnie w artylerii jak również w kompaniach przeciwpancernych, zostały zmuszone do własnej obrony przed rozbiciem przez lekkie i pancerne dywizje nieprzyjaciela.

Pluton 7 pp Leg. Józef Stępień stoi trzeci z lewej strony (fot. archiwum autora)

Pluton 7 pp Leg. Józef Stępień stoi trzeci z lewej (fot. archiwum autora)

W związku z niekorzystnym rozwojem wydarzeń i szybkimi postępami wojsk niemieckich, gen. Skwarczyński zarządzał odwrót południowego zgrupowania Armii „Prusy”. Stało się tak, ponieważ Niemcy postanowili odciąć całe zgrupowanie od wiślanych przepraw. Na trasie odwrotu polskiego wojska leżała Iłża, którą trzeba było utrzymać. Dowódca 7 pp Leg. płk Władysław Muzyka otrzymał rozkaz obrony Iłży za wszelką cenę. Do wykonania tego zadania dostał dodatkowo batalion żołnierzy mjr. Karandyszowskiego, grupę żołnierzy mjr. Kiczaka, kompanię saperów i baterię dział. Po rozmieszczeniu żołnierzy na lewo i prawo wzdłuż trasy Iłża-Piłatka, front ten został wzmocniony plutonem moździerzy, w którym walczył kanonier Józef Stępień. Kilkakrotne ataki wroga były odpierane przez bardzo dzielnie wałczących polskich żołnierzy. Z opowieści mojego ojca zapamiętałem, że walki toczone w Iłży były niezwykle zacięte. Zaczęło brakować amunicji, szczególnie na pierwszej linii i nie było możliwości jej dostarczenia, ponieważ Niemcy byli tak „wstrzelani” z czołgowych kaemów, że każda próba wyjścia z zaopatrzeniem do pierwszej linii kończyła się zabiciem, bądź ciężkim zranieniem polskich żołnierzy. W trakcie bitwy płk Muzyka został dwukrotnie ranny, tamował krew paskiem od karabinu, a rozkazy wydawał klęcząc. Dalsze losy mojego ojca po rozbiciu pułku to przedzieranie się małymi grupami przez lasy małomierzyckie do Wisły. Podczas tego przebijania się żołnierze zostali okrążeni w pobliżu Wisły przez czołgi nieprzyjaciela, a takiej sile nie mieli czym się przeciwstawić. Każde wychylenie z lasu skutkowało ostrzelaniem z kaemu czołgowego, po którym gałązki drzew niczym deszcz spadały na głowy Polaków. Po naradzie, dowódcy postanowili zakopać broń, nawet orkiestra zakopała swoje instrumenty, następnie każdy na własną rękę miał się przebijać dalej. Ojciec mój nie miał szczęścia      i podobnie jak wielu żołnierzy dostał się do niewoli. Niemcy zamknęli Polaków  w wiejskiej stodole, pilnowali ich żołnierze, którzy umieli mówić po polsku (zapewne pochodzili ze Śląska). Niektórzy uwięzieni byli przeziębieni, noce były dość zimne, a oni z całym majdanem wojskowym ciągle przechodzili wiele kilometrów na dobę, bez ciepłej strawy jak również bez jakiegokolwiek wypoczynku. Siedząc w tej stodole, ojciec mój spotkał kolegę o nazwisku Rusak, z którym razem wyruszył na wojnę W dzień, przez dziury w deskach stodoły dostrzegli las na horyzoncie. Postanowili w nocy spróbować ucieczki.  Wykorzystując harmider, jaki powstał w stodole, powoli wypchali plecami deski w ścianie. Kiedy otwór był na tyle duży, że można było się przecisnąć, kolega ojca jako pierwszy zaryzykował ucieczkę. Po kilku chwilach, ojciec nie słysząc strzału, ani niczego podejrzanego, postanowił uciekać jako drugi. Po opuszczeniu stodoły i odbiegnięciu kilkunastu metrów nagle się zatrzymał – zobaczył śpiącego niemieckiego żołnierza uzbrojonego w karabin. Nie było odwrotu, wtulił głowę w ramiona i ostrożnie pobiegł dalej. Udało mu się jakoś dotrzeć na skraj lasu widocznego w dzień. W lesie na ojca czekał Rusak i obaj po krótkim odpoczynku udali się w dalszą drogę. Nad ranem dotarli do jakiejś wsi, po krótkiej obserwacji weszli na podwórze

Powojenna książeczka wojskowa J. Stępnia (fot. archiwum autora)

Powojenna książeczka wojskowa J. Stępnia (fot. archiwum autora)

najbliższego gospodarstwa. Wkrótce pojawiła się kobieta, która na widok polskich żołnierzy wypuściła wiadro z ręki i rozpłakała się mówiąc, że jest uciekinierką z Warszawy, a jej mąż też jest na wojnie. Zaprosiła ich do domu, nakarmiła ziemniakami ze zsiadłym mlekiem, dała cywilne ubrania, a wojskowe zabrała w celu zszycia i pocerowania dziur. Kiedy kobieta wyprała i pocerowała mundury wyszła na dwór, lecz zaraz wróciła, krzycząc z wielkim strachem, że Niemcy okrążają wieś oraz – „uciekajcie, bo jak was zobaczą to spalą zabudowania”. Ojciec wraz z kolegą wybiegli na podwórze, zobaczyli, że faktycznie tyraliera Niemców na koniach zaczyna okrążać wieś. Widząc to, zaczęli się czołgać za stodołę, był tam wykopany dół na ziemniaki, w którym znaleźli tymczasowe schronienie. Z ukrycia zauważyli, że jeden z Niemców obserwuje wieś przez lornetkę, patrząc czy nie widać jakiegoś polskiego żołnierza. W tym momencie Rusaka chwycił kaszel, z wielkim wysiłkiem, powstrzymał się od kaszlnięcia, zatykając sobie ręką usta. Niemiec znajdujący się w odległości ok. 100 m od ukrytych dał znak ręką i wszyscy na koniach wjechali do wsi. Trzeba było uciekać i ojciec wraz z kolegą poczołgali się w wzdłuż wysokiej miedzy w pole. Dotarli do zagajnika, gdzie przeczekali, a następnie udali się w dalszą drogę. Po dotarciu do Wisły, przeprawili się na drugi brzeg na drzwiach od stodoły, które już wcześniej do tego celu służyły innym żołnierzom. Ruszyli w dalsza drogę, bez większych przygód, omijając Lublin, doszli do lasu świdnickiego. Tam zobaczyli olbrzymie warsztaty, które były przytwierdzone do sosen, z pełnym wyposażeniem i częściami do samolotów, wówczas nikt już tego nie pilnował. Po dotarciu do Częstoborowic, skąd pochodził Rusak, pożegnali się i ojciec wrócił do Antoniówki. Rozkaz, jaki wydany był po rozwiązaniu oddziału nakazywał zbiórkę w okolicach Chełma. Ojciec postanowił odpocząć, uporządkować się,  a następnego dnia wyruszyć do miejsca koncentracji. Następnego dnia od strony Borowa i Gorzkowa słychać było strzały. Do wsi dotarła wieść, że Niemcy całymi kolumnami przemieszczają się w kierunku Krasnegostawu. Ponieważ Niemcy byli na trasie marszu przyszłej zbiórki, ojciec postanowił jeszcze zostać w domu. Być może ta doba, którą spędził w niewoli uratowała mu życie. Żołnierze z okolicznych wsi, którzy wrócili dzień wcześniej, poszli na zbiórkę do Chełma. Wkrótce pod dowództwem mjr. Grabińskiego z wielką determinacją walczyli pod Antoniówką za Zamościem o przebicie się do Rumunii łub na Węgry. Dla wielu była to ostatnia bitwa, w której polegli razem ze swoim dowódcą mjr.

Józef Stępień (syn) na polu bitwy (09.2014)

Józef Stępień (syn) na polu bitwy, wrzesień 2014 (fot. P.N.)

Grabińskim. Natomiast aresztowany płk Muzyka, dowódca 7 pp Leg. w niewoli niemieckiej należał do obozowego ruchu oporu, w obawie przed torturami popełnił samobójstwo.

Po śmierci mojego ojca w 1994 r. postanowiłem pojechać do Iłży, zobaczyć miejsce walki na zamkowym wzgórzu, jak również trakt Iłża-Piłatka, którym na wschód chcieli się przebić polscy żołnierze. O zaciętości tych walk może świadczyć to, że w natarciu Polaków w Piłatce zginął niemiecki pułkownik Wilhelm von Ditfurth. Kiedy Niemcy otrzymali pomoc w postaci batalionu czołgów, Polacy, nie mając czym ich zwalczać, dokonywali niebywałych wręcz czynów. Podczas nocnej walki, jeden z polskich oficerów wskakiwał na niemieckie czołgi i otwierając włazy, ostrzeliwał załogi z visa. Niestety, jedna celna niemiecka seria odebrała życie temu niezwykle dzielnemu oficerowi, a był nim kpt. Bereszyński. Ten bohater, podobnie jak wielu poległych żołnierzy pochowany jest na cmentarzu w Iłży. Odwiedzając miejsca tych walk, muszę przyznać, że są bardzo dobrze upamiętnione licznymi tablicami ufundowanymi przez miejscową społeczność dla dzielnego 7 pp Legionów z Chełma.

 

Iłża w barwach PRL-u

Iłża w barwach PRL-u

Wydany ponad pół wieku temu informator turystyczny o Iłży zachęca do odwiedzenia tego miasta, które oprócz swoich licznych historycznych zabytków przedstawione jest jako miejsce rozwijające się z już ukończonymi inwestycjami i z tymi planowanymi, będącymi śmiałym wyzwaniem dla włodarzy jaki i społeczeństwa.

Broszura została wydana prawdopodobnie w 1963 lub 1964 roku. Miejsce i rok publikacji nie są podane jednak na podstawie wzmianek o liczbie ludności, ukończonym budynku liceum oraz osiedlu mieszkaniowym można przybliżyć datę druku informatora. Wspomniane w tytule „barwy PRL-u” odnoszą się do typowej kolorystyki i stylistyki poligrafii lat 60-tych ubiegłego wieku oraz do treści krótkich notek mających przede wszystkim znaczenie propagandowe.

Ilustracje w informatorze zawierają charakterystyczną dla Iłży ikonografię – panorama miasta z górującą nad nią basztą, herb miasta, widok na ruiny zamku, garnki oraz figurkę glinianą będącą wytworem lokalnego rzemiosła. Warto dodać, że wizerunek herbu mimo dużych różnic pomiędzy obecnie funkcjonującym herbem zawiera prawidłowe elementy składowe mające swoje historyczne umotywowanie. Są to więc: w czerwonym polu trzy złote korony umieszczone na trójkątnej gotyckiej tarczy ze złotym otokiem. Kształt tarczy herbowej podobny jest do tarczy z godłem Korab, herbem wykutym w kamieniu i umieszczonym na zamkowej baszcie. Tynktura zaś nawiązuje do barwy herbu pochodzącego z okresu międzywojennego i obecnie umieszczonego na froncie Magistratu. Publikowane zdjęcia mimo słabej jakości mają duże znaczenie historyczne bowiem każde z nich zawiera widok jaki przez ostanie dziesięciolecia uległ zmianie. Internującym zagadnieniem są podawane w informatorze wiadomości, a raczej ich dobór i warstwa propagandowa z charakterystycznym dla nowomowy słownictwem.

Iłżeckie Towarzystwo Naukowo Historyczne postanowiło udostępnić skany informatora, tak aby był on dostępny dla wszystkich. Wiąże się to z pierwotną formą wydawnictwa – dziś spełniającego rolę źródła historycznego – jak i jednym z celów naszej działalności, którym jest udostępnianie materiałów dotyczących naszej wspólnej historii. Życzymy przyjemnej lektury.

Łukasz Babula

Mały informator turystyczny, [bez miejsca i roku wydania], własność autora.

Rewizja do Dahlbergha

Rewizja do Dahlbergha

W książce Iłża miasto kościelne znajduje się rozdział poświęcony analizie ryciny Eryka Dahlbergha, przedstawiającej miasto i zamek. Na str. 99  zamieściłem zdanie: Narys bryły budowli (zamku górnego) jest prostokątny i regularny, co oczywiście nie odpowiada rzeczywistości.; i na następnej stronie, inne zdanie dotyczące tego samego fragmentu obiektu: Natomiast prostokątny narys zamku wysokiego oraz kształt wschodniego krańca wzgórza zamkowego odbiegają wyraźnie od rzeczywistości. Powyższe stwierdzenia w świetle ubiegłorocznych odkryć archeologicznych stały się nieaktualne.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, naukowcy z Politechniki Wrocławskiej wykonali plan zamku górnego, na którym  przebieg zachodniego muru obwodowego przedstawiany został formie owalnej. Uznałem go za pewnik, choć odmiennie przedstawiały tę część  zamku dwa rysunki, wykonane w okresie jego  funkcjonowania – rycina Dahlbergha i szkic prof. Czesława Thullie.  Na obu grafikach można zauważyć  kątową  zmianę kierunku przebiegu muru w fasadzie zachodniej. Należy przypomnieć, że ogólna ocena wiarygodności  rysunku Dahlbergha (dotycząca zamku) wypadła bardzo korzystnie. Wysunąłem tylko jedno, istotne zastrzeżenie  dotyczące właśnie  kątowego  narysu  zamku górnego. Opierając się na planie uznałem, że taka forma przebiegu murów jest niemożliwa. Badania archeologiczne przeprowadzone w 2015 r. dowiodły, że wniosek, który wysnułem był jednak błędny.

Podczas prac odkopano  lico zewnętrze zachodniego muru obwodowego. Dużą niespodzianką było odkrycie w jego przebiegu narożnika południowo-zachodniego o charakterze rozwartym.  Fakt ten usunął zastrzeżenie, które wcześniej podniosłem i upewnił mnie w przekonaniu, że  przekaz Dalbergha  jest godzien pełnego zaufania i może być podstawą do wyjaśnienia innych problemów (bastionu bramnego i muru łączącego zamek z miastem).

Na poniższych ilustracjach przedstawione zostały różne ujęcia narożnika południowo-zachodniego.  Na każdej z rycin zastosowane jednakowe wyróżniki: czerwona strzałka wskazuje  narożnik, linia niebieska oznacza fasadę zachodnią; linia zielona,  fasadę południowo-zachodnią. Na dwóch grafikach użyto również linii żółtej, która wskazuje na zaokrąglenie muru.

 

Paweł Nowakowski

0065.TIFa-1 DSC01703-1 DSC01800-1

Pamiętnik Pastuszkiewicza czyli „Historia garncarstwa w Iłży”

Pamiętnik Pastuszkiewicza czyli „Historia garncarstwa w Iłży”

Garnek lub figurkę glinianą łatwo jest zniszczyć. Ile to już do tej pory przepadło bezpowrotnie ceramiki iłżeckiej? Słowo pisane jest znacznie trwalsze, pod warunkiem, że ilość kopii jest na tyle znaczna, że nie wytraci się w ciągu upływającego czasu i kopie te są powszechnie dostępne. Wspomnienia Pastuszkiewicza powstały ponad pięćdziesiąt lat temu i do tej pory były znane tylko nielicznym. Dziś są nieocenionym źródłem historycznym dla dziejów Iłży i ludowego garncarstwa polskiego.

Pamiętnik Stanisława PastuszkiewiczaPamiętnik zatytułowany jest jako „Garncarstwo w Iłży w pierwszej połowie XX wieku”. Składa się z 38 krótkich rozdziałów i w rzeczy samej opisuje przede wszystkim losy garncarstwa i garncarzy w czasie od początku dwudziestego wieku do czasu II wojny światowej oraz początki Spółdzielni „Chałupnik”. Losy te w dużej mierze skupione są wokół „Spółdzielni Wytwórców Garncarskich w Iłży” powstałej z inicjatywy Towarzystwa Popierania Przemysłu Ludowego na początku 1926 roku. Inicjatywa ta niestety nie wyszła na dobre garncarzom i przyczyniła się do wielu kłopotów, kłótni i strat pieniężnych poniesionych przez iłżeckich twórców. W toku opowieści pojawiają się oczywiście sami garncarze (Stefan Ciepielewski, Piotr Księzki, Stanisław Kosiarski i inni) urzędnicy miejscy (burmistrzowie: Barszczyński i Pawelec) oraz inni obywatele jak na przykład Doktór Bijasiewicz. Interesującym wątkiem są relacje z ludnością żydowską oraz dotąd bliżej nieznany zwyczaj i rytuał wypalania „świętnego garnka” (prawdopodobnie nazywanego przez Żydów kaszer top lub hejlike top). Pamiętnik rozpoczynają i kończą dwa długie wiersze („Historia garncarstwa w Iłży” i „Tragedja Iłży” ). Wiersze – dłuższe i krótsze – pojawiają się także w innych rozdziałach. O tym, że mistrz Stanisław był ceramikiem wiedział każdy, ale że był także poetą? Chyba mało osób zdawało sobie sprawę z tego jak bardzo wszechstronnym był artystą. Dodatkową wartość historyczną tekstu wzbogacają odpisy różnych dokumentów.
Wspomnienia Pastuszkiewicza zapisane są swoistym językiem. Jest to język mówiony, nasączony gwarą i zawierający specyficzny rytm składający się z długich wypowiedzi z obecnymi charakterystycznymi łącznikami. Pojawia się też kilka przysłów i powiedzeń oraz trochę „terminologii” garncarskiej.
Stanisław Pastuszkiewicz jest znaną wśród Iłżan postacią i docenionym artystą (także zagranicą). Jaką jednak był osobą? Tego już nikt nie pamięta. Film dokumentalny w reżyserii Andrzeja Wajdy z 1951 roku (jego drugi zrealizowany film) pod tytułem „Ceramika Iłżecka” przybliża nam tę postać ale mistrz pozostaje nadal niemy – choć jego szczery uśmiech, pogodna twarz i oczy wyrażają bardzo wiele. Z pamiętnika napisanego dekadę później wyłania się postać człowieka oddającego się swojej pracy z poświęceniem, znającego dokładnie tajniki rzemiosła i jego odległą historię. Poznajemy wreszcie też Pastuszkiewicza jako osobę dobrze obeznaną z historią własnego miasta, o wysokiej kulturze i wrażliwości, która przez całe życie zmagała się z przeciwnościami losu oraz ludzką nieuczciwością.
Nagrobek Stanisława PastuszkiewiczaKadr z filmu Wajdy będący ilustracją do tego artykułu może posłużyć jako pewna metafora: oto mistrz przekazuje nam – młodym pokoleniom – książkę, w której zapisał historię swojego życia i historię garncarstwa iłżeckiego, czyli dwie ściśle ze sobą powiązane rzeczy. Powiązane tak bardzo, że dziś na jego nagrobku możemy przeczytać: ARTYSTA-CERAMIK. Tym w istocie był Pastuszkiewicz, ostatni starszy cechu garncarskiego, który wraz z jego śmiercią także przestał istnieć.

Tekst „Garncarstwa w Iłży …” został przepisany i przeszedł korektę. Obecnie trwają prace nad przypisami wyjaśniającymi i uzupełniającymi pamiętnik oraz przygotowywany jest biogram autora. Każdy z mieszkańców Iłży może wziąć udział w tych pracach. Osoby posiadające pamiątki lub informacje dotyczące Stanisława Pastuszkiewicza lub: Wincentego Kitowskiego, rodziny Ciepielewskich (Bronisław, Stanisław, Konstanty i inni), Piotra Księzkiego, Adama Kubisza, Władysława Gruszczyńskiego, Franciszka Godzisza, rodziny Kosiarskich i innych garncarzy proszone są o kontakt z autorem artykułu.

 

Łukasz Babula


Artykuł opublikowany na stronie internetowej ilza.com.pl