„Ceramika iłżecka” od podszewki, zapiski Andrzeja Wajdy

„Ceramika iłżecka” od podszewki, zapiski Andrzeja Wajdy

Andrzej Wajda w latach pięćdziesiątych [fot. suchoty.wordpress.com]

Film dokumentalny Ceramika iłżecka z 1951 r. znany jest każdej osobie z Iłży, która interesuje się rodzimym garncarstwem. Niezwykłość filmu wynika z dwóch przesłanek,  z tematu, któremu został poświęcony oraz z formatu jego twórcy, którym jest  Andrzej Wajda.  Archiwum reżysera w Krakowie posiada notatki, które są niezwykle szczegółowym  rejestrem całego procesu powstawania Ceramiki, poczynając od narodzin koncepcji po pisanie komentarza i wniosków. Znaczna część zapisków ma charakter ściśle techniczny, związany z warsztatem pracy filmowca, ale są również interesujące odniesienia do konkretnych osób i sytuacji iłżeckich. Z materiału archiwalnego zostało wybrane kilkanaście najciekawszych  kart, z których wykonano odpisy.[1] Wykorzystano również cytaty z artykułu Bogdany Plichowskiej pt. Etnograficzne zapiski Andrzeja Wajdy (Konteksty 02/2008). Teksty A. Wajdy w niniejszym artykule wyszczególnione zostały kursywą.

Andrzej Wajda urodził się w Suwałkach w 1926 r. Jego ojciec Jakub był zawodowym oficer WP. W 1934 r. Wajdowie przenieśli się do Radomia. W 1939 r. kapitan Wajda wraz ze swoim pułkiem wyruszył na wojnę. Po miesiącu walk, za które otrzymał Virtuti Militari, dostał się do sowieckiej niewoli. W kwietniu 1940 został zamordowany w Charkowie.  Andrzej z matką i bratem Leszkiem pozostał w Radomiu.  W czerwcu 1940 r. ukończył VII klasę szkoły powszechnej, a w następnym roku szkolnym uczęszczał na tajnych kompletach do I klasy gimnazjum. Ze względu na groźbę wywózki na roboty do Niemiec musiał podjąć pracę zarobkową. Najpierw zatrudnił się jako magazynier, później był tragarzem i pomocnikiem bednarza. Przystąpił do konspiracji i był łącznikiem w strukturach AK. Mimo okupacji pojawiła się dla Andrzeja możliwość rozwijania jego pasji artystycznych. Na wiosnę 1942 r. rozpoczął naukę w Wolnej Szkole Rysunku, Malarstwa i Rzeźby, którą założył w Radomiu łódzki malarz Wacław Dobrowolski. Niestety Niemcy wkrótce zamknęli placówkę, ale Andrzej zdążył wejść w fascynujący świat ludzi sztuki. Wraz z kolegami poznanymi w szkole jeździł na rowerowe wycieczki. Prawdopodobnie wiosną 1942 r. znalazł się po raz  pierwszy w Iłży. Później przyjeżdżał tam wielokrotnie. Głównym powodem odwiedzin malowniczego miasteczka był zbiór rysunków i obrazów Adama Malickiego, który znajdował się w posiadaniu  dwóch mieszkanek Iłży.

Rodzina Wajdów w Radomiu 1934 r, w głębi koszary 72 pp [fot. Archiwum A. Wajdy]
Obrazy A. Wajdy; od lewej, Brama przed kościołem Bernardynów w Radomiu (1940); Autoportret w czerwonej chustce (1951) [fot. publikacja A. Wajda Honorowy Obywatel Miasta Radomia]

Radomską egzystencję przerwały aresztowania wśród kolegów z konspiracji, z którymi miał powiązania. Wajda opuścił Radom i schronił się u krewnych w Krakowie, tam pracując w kuźni w wolnym czasie mógł rozwijać zainteresowania artystyczne. Po 9 miesiącach przebywania poza domem powrócił do Radomia. Szczęśliwie przetrwał wojnę. Na wiosnę 1946 r. zdał małą maturę i wyjechał do Krakowa by rozpocząć naukę w Akademii Sztuk Pięknych.

Konik ulepiony przez A. Wajdę w Iłży w 1946 r. [fot. Konteksty 02/2008 s. 86]

W Iłży pojawił się znów w 1946 r. Znał już dobrze miasteczko i jego mieszkańców. Zetknął się również i iłżeckimi garncarzami, a nawet sam próbował coś lepić.  Ponownie przyjechał do Iłży w 1948 r. Odwiedził wtedy któryś z warsztatów garncarskich gdzie zobaczył niedoskonałą kopię swojego „dzieła” sprzed dwóch lat. W notatce z 16 IX 1948 r. tak opisał swój pobyt w miasteczku: Trafiłem też na coś bardzo przykrego. Zobaczyłem u niego [garncarza – przy. autor] koguta, fatalną pomyłkę, zupełnie nie siedzącą w materiale. Poznałem od razu! Dwa lata temu równo, w 46 roku będąc w Iłży, ulepiłem koguta, konia i jakieś kafelki (jak niebezpiecznie jest ich czegoś uczyć). Oddałem to do wypalania dla niepoznaki dwóm garncarzom. Pamiętam dobrze, że kogut dostał się właśnie tutaj i oto kogut mój bezsensowny, w jakimś muzeum uchodzący za prymitywizm, to ci kawał, (dobrze, że choć ogon przerobił, ale też nie jest w charakterze, i ta paskudna udana szyja, nigdzie tu takiej nikt nie ulepił).  Z trzech garncarzy, którzy tam jeszcze pozostali, każdy jest innym zupełnie typem twórcy, bo że to są twórcy, nie ulega żadnej wątpliwości (ewolucja formy i techniki). Pierwszy, którego odwiedziłem (Kitowski), robi na mnie wrażenie bardzo subtelnego artysty, kiedy pokazałem mu zaprojektowaną przez siebie karafkę w formie konia z rybim ogonem  – było coś takiego w greckiej mitologii, chyba się to plątało koło Neptuna – widziałem, że był podniecony nową formą, orientuje się swobodnie w moich intencjach i wprowadza zmiany. Najbardziej jednak uderzyło mnie porównanie jakie zrobił patrząc na głowę konia. Powiedział, że to tak jakby ten koń przechodził poza chmurami. Byłem wzruszony, czy nazwał to ktoś piękniej. Zrozumiałem wówczas, że to nie jest człowiek lepiący tradycyjne w formie figurki, ale że on przeżywa to, co tworzy. Jego zapał również bardzo zdziwił, chciał momentalnie, zaraz, z niecierpliwością, robić moją karafkę, to była niecierpliwość twórcy… Drugi [garncarz – przyp. autor] to było właściwie duże i może nieco złośliwe dziecko, to zwyczajny prymitywiarz, jakiego można jeszcze spotkać na wsi, jego psy, tak, tak, psy, były pokraczne i jakby ulepione ręką dziecka, niezdarnie i niedbale, tak, jakby liczył  na to, że mu się uda – i tak się nie poznają (Kitowski opracowywał bardzo starannie swoje figurki, a ręce, o których zresztą kilka razy wspominał były specjalnie przez niego modelowane). Robił na mnie wrażenie podejrzliwego i zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiejącego o co właściwie nam chodzi i po co inteligenci kupują te jego pieski. Trzeci najzupełniej świadomy swojej sytuacji i swoich kolegów garncarzy, jest najbardziej, żeby tak powiedzieć „oblatany”, zna różnych wojewodów i dyrektorów, pokpiwa sobie z niektórych z nich. To już nie inteligent wiejski, to badacz wnikliwy i zupełnie nowoczesny. Tamci dwaj nic, albo prawie nic nie potrafią powiedzieć o tym, że ginie ród garncarzy, od niego dowiedziałem się wszystkiego.

Swoboda oceny iłżeckich garncarzy wynikała z faktu, że Andrzej Wajda był już po drugim roku Akademii Sztuk Pięknych. Wiele  dała mu także współpraca z prof. Romanem Reinfuss’em, etnografem i specjalistą od ceramiki ludowej, dla którego Andrzej wykonywał rysunki podczas etnograficznych objazdów.

Wincenty Kitowski przy pracy [kadr z filmu Ceramika iłżecka]

Wajda swoje spotkania z iłżeckim garncarstwem upamiętnił dwoma pracami, nakręcił film  Ceramika iłżecka  i napisał artykuł pt.  Wincenty Kitowski iłżecki artysta ceramik.[2] Dodatkowo przy okazji tworzenia filmu powstała obszerna  dokumentacja pisana, która jest istotnym źródłem wiedzy zarówno o samym filmie jak i o ówczesnym garncarstwie.  Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że w ten sposób uhonorował dwóch twórców ludowych, których tak pozytywnie opisał w swoich notatkach. Wajda wyżej cenił jako artystę Kitowskiego niż Pastuszkiwicza, ale jego nieruchoma twarz  i zupełnie niecharakterystyczna sylwetka  nie predestynowały go wizualnie. Natomiast w Pastuszkiewiczu dostrzegł idealny wizerunek garncarza. Dlatego w filmie to on stał się postacią pierwszoplanową.

W pierwotnym założeniu dokument filmowy miał być ostrym głosem protestu przeciw  działalności spółdzielni rzemieślniczej, która wyzyskiwała i kolektywizowała garncarzy, niszcząc ich wolność twórczą i indywidualizm. Wajda szybko zrozumiał, że napiętnowanie  socjalistycznej  organizacji pracy nie zostanie zaakceptowane ani przez uczelnię ani przez władze. Musiał szukać innej koncepcji, która miałby łagodniejszy wydźwięk polityczny. Nie było to łatwe dla wrażliwego twórcy, chcącego ukazać prawdę. Rezygnując z pierwszego zamysłu  łamał swoje zasady, miał wyrzuty sumienia i poszukiwał  usprawiedliwienia. Nowy projekt pomógł mu wypracować starszy kolega, który lepiej rozumiał socjalistyczną rzeczywistość. Oto co napisał  Wajda o koncepcjach  filmu.:

Stanisław Pastuszkiewicz [kadr z filmu Ceramika iłżecka]

Pomysł  filmu o Iłży powstał znacznie wcześniej  niż możliwości realizacji. Jeszcze przed wstąpieniem do szkoły filmowej. Iłżę znałem od dawna a garncarzy iłżeckich szczególnie. Temat ten był mi bliski. Iłża i jej garncarze to zjawisko raczej anachroniczne. Samo miasteczko przypominające renesansowe pejzaże z obrazów Mantegny lub Pisanella. Jest w tym coś z poezji starych legend. Rzadki zawód garncarza łączy się w naszych wyobrażeniach z czarodziejską magią i ze zręcznością prestidigitatora. Te właśnie dwa pierwiastki pejzaż i ludzie wykonujący na tle tego pejzażu swoje niezwykłe rzemiosło, to dwa elementy, które utkwiły mi jeszcze najbardziej z lat okupacji kiedy zetknąłem się z Iłżą po raz pierwszy.  Później wracając jeszcze do Iłży kilkakrotnie poznałem bliżej życie i pracę jej  garncarzy i wtedy w mojej świadomości wyłonił się trzeci element – nędza i wyzysk pośredników, później nieudolne i głupie zarządzanie spółdzielni powstałej po wojnie. Zetknięcie się tylu elementów, poezji średniowiecznego miasteczka, uroku starożytnej sztuki garncarskiej i ostrego problemu wyzysku, to było źródło, z którego  zaczął wysnuwać się wątek tematu. Koncepcja filmu o iłżeckich garncarzach miała trzy różne warianty, zanalizujmy je.

  1. Pierwsza koncepcja wiązała się w mojej wyobraźni z tym jak zobaczyłem Iłżę w okresie okupacji i krótko po wojnie – to było właśnie owo połączenie tła i ludzi. Do tego doszły nowe fakty, które miały być osią konfliktu. Założona w 1948 r. wśród iłżeckich garncarzy spółdzielnia pracy zażądała od swoich członków oddawania wszystkiego co wykonują do wyłącznej dyspozycji spółdzielni i wykonywania zamówień spółdzielczych – ponieważ przyjęto zamówienia na doniczki więc wszyscy garncarze zostali zmuszeni do tej bezmyślnej pracy (wykonywanej już w XX wieku gdzie indziej przy pomocy maszyn). Równocześnie nie można było żadnemu z garncarzy spółdzielców wykonać niczego, nawet dla własnej przyjemności, bo to w razie wykrycia groziło dotkliwymi karami pieniężnymi. Takim to sposobem ludowy artysta w ludowym państwie został pozbawiony możliwości twórczej pracy. Ten paradoks miał się stać tematem mojego filmu. W moim rozumieniu film miał być głosem wołającym o ratunek dla iłżeckich garncarzy, miał być krytyczny, uderzać w urzędników i tylko na końcu dawać lekką sugestię poprawy. Miał to być film o [..?..] fabule zdarzeniowej typu „Zapomnianej wioski” gdzie umieszczone byłyby wszystkie elementy dokumentacji, stan spółdzielni, jej polityka, środowisko garncarzy, brak dopływu nowych ludzi do rzemiosła, złośliwość, bezmyślność urzędników. Różne fakty i fakciki (jak choćby ten, że kierownikiem spółdzielni jest dawny właściciel restauracji) rozwijające główną krytyczna tezę filmu. Tego na pewno dobrego pomysłu, który zawierał  najwięcej powodów do artystycznego rozpracowania tematu, konfliktu postaci i akcji, w ogóle nie napisałem. Szybko zrozumiałem iż taki film nigdy nie mógłby być zrealizowany.
  2. Wtedy zacząłem inną wersję scenariusza. Moje związanie się z tematem iłżeckich garncarzy, zostało w szkole szybko rozszyfrowane jako swoisty eskapizm. Fakt, że zaczynając drugą wersję już miałem na karku cały balast zastrzeżeń. To spowodowało, że spółdzielnia od razu urosła do roli parawanu dla całego tematu. Rozpracowanie poszło po linii fabularno-dokumentalnej dającej jak najgorsze rezultaty (filmy byłych absolwentów).Pojawiło się zagadnienie tzw. [..?..] . Bajeczka miała wyglądać następująco: w sklepie CPLiA brakuje ceramiki iłżeckiej, telefonują do spółdzielni w Iłży. Tam odpowiadają, że właśnie buduje się nowy spółdzielczy piec ceramiczny. Następuje pierwsze wypalenie w tym piecu i ceramika jedzie świat w skrzyniach z napisami różnych burżuazyjnych państw. Oczywiście to było zbyt naiwne. Dzięki ludzkim radom kol. Berestowskiego, który zapoznał się z dokumentacją filmu, zmieniłem zupełnie koncepcję filmu na wyłącznie dokumentalny – wówczas powstała trzecia wersja scenariusza według, której  po różnych zmianach został nakręcony film.
  3. Sprawa nowej wersji zaczęła się od wyboru problemów, które musi zawierać film (a więc nareszcie właściwie). Ustaliłem, że film musi pokazywać, w dyskusji z kol. Berestowskim zrozumiałem, że ideologia tematu nie leży w tym wypadku, bynajmniej nie w zagadnieniu spółdzielni chałupników. Tematem filmu może być sama ceramika i wówczas zagadnienie ideologiczne leży w interpretacji tego zjawiska jakim jest sztuka ludowa. Ukazanie perspektyw rozwojowych to dalsza i nie jedyna sprawa. Marksistowska teoria sztuki, szuka związku pomiędzy dziełem a bazą, której to dzieło jest nadbudową. Te trudne problemy mogły być tylko zaznaczone, ale właśnie w tym mieści się istota rzeczy. Drugi problem to zagadnienia na ile rzeczywistość pokazana na filmie ma odpowiednik w rzeczywistości. Sprawa moralności dokumentarzysty. To rzecz niełatwa do rozstrzygnięcia. Tu przyszła mi na pomoc dobra definicja prof. Wohla, który powiedział do nas, zadaniem dokumentarzysty jest nie tylko pokazać obiektywną prawdę w swoim filmie, ale ingerować czynnie w pokazywaniu rzeczywistość i zmieniać ją a później dopiero pokazywać. Zastosowaliśmy tę metodę i dała rezultaty. Narada wytwórcza z udziałem generalnego dyr. CPLiA i konkurs dla dzieci, to zasługa […?..] kolektywu.
Rysunki A. Wajdy w zapiskach o Ceramice iłżeckiej

Wajda wyznaczył  problemy, które film powinien poruszać.

  1. Sztuka ludowa jednym ze źródeł sztuki narodowej
  2. Związek sztuki ludowej z przyrodą
  3. Garncarze i ich praca
  4. Zastosowanie ceramiki
  5. Szkolnictwo

Przygotowując scenariusz  A. Wajda czerpał wiedzę o Iłży i ceramice z czasopism i opracowań książkowych (ks. Jan Wiśniewski, Dekanat Iłżecki; A. Janowski, Wycieczki po kraju oraz artykuły z Gazety Radomskiej, Wisły i Ludu). Oprócz tego  wziął udział w Zjeździe Etnografów. Wygłoszone tam referaty i dyskusje niemal odwiodły go od nakręcenia filmu o ceramice. Dopiero podsumowanie dyskusji przeprowadzone przez dyrektora Państwowego Instytutu Sztuki Juliusza Starzyńskiego przesądziło o kontynuacji prac.

Z tego wyciągnąłem dla siebie zasadniczy wniosek, że film można realizować mając na uwadze oględne stawianie wszystkich spraw poruszanych w filmie. To jest podstawa scenariusza w ostatniej wersji i całej roboty nad filmem. Takie ujęcie wykluczało wszelkie ekstrawagancje, rzecz musiała być zrobiona możliwie lekko i gładko. Jeszcze na krótko przed zdjęciami wróciłem do scenariusza zatwierdzonego z poprawkami przez komisję. Z wymienionych już pięciu zagadnień, szkolenie młodzieży w zawodzie ceramicznym miałem załatwić za pomocą konkursu dla dzieci w Iłży. Spółdzielnię poprzez naradę wytwórczą, na którą miała przybyć ob. Szydłowska dyrektorka CPLiA. Narada miała zresztą stać się przełomem w dziejach iłżeckich garncarzy. Stała się niestety tylko zgrabnym pretekstem do jeszcze jednej filmowej interpretacji.

Scenariusz przedstawiał się następująco:

wstęp – ceramika iłżecka eksponaty od naczyń do ceramiki figuralnej jako czasowo późniejszej. Przejście na zabytki architektury miasta , dalej przejście na targowisko, które miało stać się ekspozycją otoczenia garncarzy. Z targu bardzo niezręczne przejście na dziewczynkę z kogutkiem, na pracującego garncarza, dalej przejście na moment wyjmowania z pieca wypalonej ceramiki co miało być pretekstem do pokazania ceramiki w plenerze, dalej już zastosowanie, mieszkanie, świetlica, wnętrze akademii ze starym profesorem  itd. Z tego wynika, ze materiał nie był dostatecznie pokazany – właściwie ułożony i stypizowany, zupełnie pominięta spółdzielnia. Po przyjeździe do Iłży sporządziłem nowy konspekt według którego przystąpiliśmy do zdjęć. Zawierał on już cały materiał problemowy:

Tworzenie [kadr z filmu Ceramika iłżecka]
  1. Ekspozycja ceramika
  2. Stara Iłża
  3. Rynek w dzień targowy
  4. W mieszkaniu Pastuszkiewicza
  5. Pastuszkiewicz  rozmawia z malarzami o Kosiarskim
  6. Przedstawiciele CPLiA odwiedzają [..?..]
  7. Praca innych garncarzy
  8. Konkurs dzieci i szkoły plast.
  9. Sklep, świetlica – mieszkanie

Pamiętam, że brakowało mi jeszcze paru problemów. Pomimo to konspekt był oczywiście zbyt przeciążony, ale pozbył się już naiwności fabularnych. Tak przystąpiłem do zdjęć.

Pierwsze zdjęcia do Ceramiki iłżeckiej zostały wykonane 9 maja 1951 r. w Zakopanem w Szkole Przemysłu Drzewnego. Paradoksalnie ujęcia te znalazły się prawie na samym końcu filmu. Na zdjęcia do Iłży ekipa filmowa wyjechała z Łodzi 15 maja 1951 r. Następny dzień przeznaczono na odpoczynek i organizację pracy.  Filmowanie rozpoczęło się 17 maja (czwartek) i trwało do 27 maja (niedziela). Pracowano bardzo intensywnie, po kilkanaście godzin dziennie, nawet w święto Bożego Ciała (24 maja). Podczas montażu filmu okazało się, że trzeba jeszcze wykonać tzw. dokrętki. Zrobiono je w Łodzi  i Kielcach.

REALIZACJA:

Operator Jerzy Lipman [fot. filmoteka.fn.org.pl]
  1. Zacznę od pracy z ekipą, która jest w pełni twórcą filmu „Ceramika iłżecka”. Głównym zadaniem współpracy reżysera z ekipą jest zaszczepienie iskry entuzjazmu dla pracy, która ma być wspólnie wykonana, i to się udało. Cały zespół szukał potrzebnych nam rozwiązań, tak artystycznych jak i technicznych. To dzięki kolektywowi nakręciliśmy scenę nocnego wypalania, zorganizowaliśmy konkurs w Iłży, przepracowaliśmy scenopis. Umiejętność wydobycia maksimum z zespołu zdecydowała o rezultatach.
  2. Operator kol. Lipman współpracował ze mną  od pierwszej koncepcji filmu do kopii ekranowej – wnosząc swoje krytyczne uwagi i wrodzony sceptycyzm. Poznał zagadnienie tak dokładnie, że nasze porozumienie na planie odbywało się niemal bez słowa. Nauczony smutnym doświadczeniem pierwszej etiudy gdzie zbyt kategorycznie narysowane na papierze prace [..?..] zadanie zniszczyło swobodny rozwój filmu. Starałem się zostawić operatorowi wolną rękę – tylko w wątpliwych sprawach uciekając się do rysowania – gdzie można przemyśleć wiele spraw nie używając wątpliwych słów.

Każdy obiekt do sfotografowania wymaga właściwego kąta widzenia, odpowiedniego podejścia. Sądzę, że zawsze istnieje tylko jedno miejsce, z którego zostanie on najczytelniej pokazany widzowi, i że odnosi się to do jego funkcji w filmie. Zadaniem reżysera i operatora szukać tego miejsca.

Chrystus frasobliwy [kadr z filmu Ceramika iłżecka]

Film dokumentalny posługuje się w dużej mierze metodą filmu niemego (oddzielone w procesie produkującym zdjęcia  – udźwiękowienie) – to wpływa na stronę obrazową , która musi być bardziej samodzielna. Stąd powód dla którego zwróciliśmy tak dużo uwagi na obraz. Poza tym wszystkie dotychczasowe scenariusze nie miały napisanego komentarza o istnieniu, którego w czasie realizacji zapomnieliśmy. Pozostał tylko obraz i dzięki temu załatwia w filmie szczególnie dużo. Dzięki tej metodzie okres zdjęć nie stał się fotografowaniem za pomocą kamery napisanego na papierze filmu. Polowanie z kamerą odkryło przed nami uroki pejzażu, ludzi i ich pracy. Zasadą było zamknięcie w poszczególnych sekwencjach możliwie jednolitego typu oświetlenia i charakteru ujęć. Obawialiśmy się, że przeładowany film rozpadnie się na nic nie mówiące fotografie.  Do sfotografowania mieliśmy trzy elementy 1. ceramikę, 2. ludzi, 3. pejzaż.

Twardowski na kogucie autorstwa Jadwigi Kosiarskiej [fot. ze zbiorów AP w Radomiu] w Radomiu
Twardowski Jadwigi Kosiarskiej [fot. AP w Radomiu]

Dla każdego z tych trzech elementów należało odnaleźć właściwy charakter fotografii, w zależności od funkcji tego elementu w filmie. Ceramika sfotografowana we wnętrzu i w plenerze miała możliwe przejście na pejzaż i ilustrować związek z tym pejzażem. Ludzie reprezentowali dla nas poza osobowością pewne czynności zawodowe i na to położyliśmy główny nacisk. Pokazać proces powstawania ceramiki w pracy człowieka to było zadanie naczelne tej części. Pejzaż występował samodzielnie w sekwencji historycznej i tu sfotografowaliśmy go bez ozdób – opustoszały, dopiero pod koniec sekwencji zaludniając go – to pozwoliło na lepsze zapamiętanie elementów samego pejzażu, architektury i ukształtowania terenu (i podkreślić jego historyczność). W pracy z ludźmi trzeba się kierować jedynie charakterystyczną  typowością postaci. Pastuszkiewicz eksponowany w filmie dłużej i częściej reprezentuje typ garncarza. To, że jest starcem łączy się z naszym pojęciem garncarstwa jako czegoś prastarego niemal sakralnego. Osobiście jako talent stawiam wyżej od Pastuszkiewicza Kitowskiego, jego prace mają coś więcej niż zabawny prymityw, a i jego sądy o sztuce są bez porównania trafniejsze, ale nie może być pokazany zamiast Pastuszkiewicza, jego nieruchoma twarz  i zupełnie niecharakterystyczna sylwetka nie są wymowne. W filmie nie spotkałem się z żadnymi trudnościami „aktorskimi”  i myślę, że takie w filmie dokumentalnym nie istnieją. Właściwy wybór człowieka i stworzona realna, znana mu z życia lub pracy sytuacja, to jest zadanie reżysera. Reszta leży w sfotografowaniu.

MONTAŻ:

O montażu można powiedzieć to co Rodin powiedział o rzeźbie „Rzeźbić jest łatwo trzeba tylko ująć to co jest niepotrzebne”. Teraz rozpoczęło się właściwe układanie [..?..]  w montażu, powoli wyłoniły się trzy części filmu. I ekspozycja, historia, tło, II garncarze ich praca, III sprawy bieżące –szkolenie[..?..]

Nocny wypał [kadr z filmu Ceramika iłżecka]

W zasadzie materiał montował się bez trudności w ramach poszczególnych sekwencji tak jak został nakręcony. Trudność wynikła przy łączeniu poszczególnych sekwencji, ale udało się ją pokonać ponieważ obraz był na tyle wyrazisty, że takie przejścia jak wyjmowanie z pieca, kopanie gliny itp. od razu pokazywały istotę czynności. Od razy we wstępnym montażu odpadły resztki fabularyzowanych scen – np. rozmowa Pastuszkiewicza z młodymi malarzami, która miała być pretekstem do ekspozycji historii garncarstwa w Iłży, okazała się niepotrzebna i mało mówiąca. Podobnie miała się sprawa z drobnym połączeniem po panoramie prezentującej ceramikę iłżecką we wstępie filmu, miało być przejście na okno ze stojącym dzbanem i figurkami, za oknem pejzaż. To miało być przejście na dalsze kadry ceramiki z tłem plenerowym, to okazało się niepotrzebne. Całość zmontowała się przez dobór tła, jego podobieństwo w kadrze z ptakami i ze św. Rochem na tle wody. To mi zupełnie wystarczyło jako wytłumaczone przejście i nie trzeba się uciekać do opisowych logicznych przejść. Zagadnienie łączenia kadrów na zasadzie podobieństwa pojawiło się kilka [..?..], ale najwyraźniej przy sekwencji nocnego wypalania. Po tej sekwencji wykonaliśmy wiele ujęć wieczorem i w dzień na tzw. wieczorny efekt. Chodziło o to żeby dać jednolitą w nastroju sekwencję usypiającego miasteczka. Okazało się, że kadry wieczorne i tzw. wieczornego efektu nie chcą się połączyć i rozbijają atmosferę. Błąd leżał w tym, że kadry wieczorne miały wyraźne, duże niebo z bogatymi [..?..] niski sylwetkowy horyzont. Natomiast nocny efekt unikał nieba i szukał gry światło-cieniowej imitującej wieczór. Należało wybrać jeden rodzaj kadrowy. Wybrałem te które sfotografowaliśmy wieczorem ponieważ ich sylwetkowość łączyła się dobrze z pierwszym kadrem ogólnym wypalania, planem też o wyraźnej sylwecie. (…)

Innym ciekawym zdarzeniem w montażu było użycie kadrów z ceramiką w sekwencji historycznej, jest to sekwencja złożona wyłącznie z grafiki. Trzy kadry ceramiki z tej sekwencji były sfotografowane raz światłocieniem a raz sylwetkowo. Podświadomie użyłem kadrów sylwetkowych i dopiero później zrozumiałem, że tak stało się dlatego że one odpowiadały swoim charakterem graficznym całej sekwencji. Ostatnim zagadnieniem montażu jest przenikanie. Przed przenikaniem słusznie przestrzega się, ale ma ono do spełnienia bardzo ważną rolę, czasem zawiera treść nie dającą się wyrazić inaczej – zwłaszcza w krótkim filmie wymagającym zwartości maksymalne. Ale żeby przenikanie mogło spełnić swoją rolę w filmie musi być: a) przygotowane treściowo, b) obmyślane plastycznie, c) nienagannie techniczne, d) oszczędnie stosowane. Niestety nawet nieźle obmyślane przenikania zostały technicznie zaprzepaszczone. Co to jest przenikanie od strony treściowej? To spotkanie [..?..] myśli prowadzonej przez poprzednie kadry i zaczynającej się w następujących, to ułatwia widzowi skojarzenie ich. Ale te dwie myśli o tyle się spotykają o ile zostaną pokazane dostatecznie długo i wyraziście w obrazie przenikania. Tymczasem obraz znika a nie przenika się i widz nie reaguje, pozostaje tylko figurą retoryczną języka filmowego.

Pastuszkiewicz, Kitowski i Kosiarska oceniają prace konkursowe [kadr z filmu Ceramika iłżecka]

UDZWIĘKOWIENIE:

MUZYKA:

Założenie udźwiękowienia było następujące: dopomóc muzyką do podzielenia całego filmu na zasadnicze elementy treściowe. A więc nie ilustrować filmu wyszukując zgodne z obrazem melodyjki i rytmy. Zastosować możliwie jednolitą muzykę, nie absorbującą zbytnio widza, a tylko rozbudzającą obraz o nowy wymiar dźwięku. Do tego celu wybrałem dwa motywy – Paderewskiego Legendę na fortepian  i nieznanego mi autora muzykę z filmu dokumentalnego „Rzeka Kama”. Oba utwory oparte są na jednym motywie, prowadzonym przez całość utworu. Paderewskiego użyliśmy na ekspozycję filmu i wszędzie tam gdzie mamy pokazaną ceramikę. Drugi motyw zasadniczo w trzeciej części filmu.

EFEKTY:

Innym zagadnieniem dźwiękowym były tzw. efekty. W ostatecznej wersji ekranowej nie istnieją. Efekty miały za zadanie podeprzeć atmosferę obrazu, zwłaszcza w partiach lirycznych i nieco ją urealnić. Dopomóc w pokazaniu zasypiającego i budzącego się miasteczka. Efekty zostały zaniechane z dwóch powodów. Z obrazu zasypiającego i budzącego się miasteczka zostało tylko kilka kadrów, niektóre jak scena z traktorzystami gdzie miał być zastosowany warkot motoru, została wyrzucona. Poza tem okazało się, ze to wszystko czem rozporządzają fonoteki nie może być w większości wypadków użyte ze względu na prymitywny charakter efektów, dający tylko symbole dźwięków, a nie ich realistyczny obraz. Do tego trzeba dodać fakt, że tzw. efekty zmontowane na jednej taśmie nie przenikające się wzajemnie, nie mogły oddać atmosfery. Jedynie efekt dzwonu, w sekwencji wieczornej zdecydowaliśmy się pozostawić, ale źle zmiksowany, za głośno i za krótko, nie spełnia swojego zadania.

KOMENTARZ:

Komentarz od początku nastręczał duże trudności i zmieniała się jego koncepcja w zależności od zmian scenariusza. W pierwszym wypadku miało to być subiektywne opowiadanie, w drugim wersja z wstawkami fabularnymi, miał być okraszony dialogami. W trzecim wypadku miał dwie wersje. Przy pisaniu pierwszej wychodziłem z założenia, że widz i tak wynosi z filmu tylko informację, że istnieje ceramika iłżecka i ze obraz załatwia to wystarczająco. To nie było zupełnie słuszne. Zrozumiałem, że w tego rodzaju filmach musi istnieć wzajemne uzupełnianie się obrazu i komentarza. Na przykład: w montażu odpadły końcowe sceny ceramiki we wnętrzu jako ozdoby. Rzecz była trudna do pokazania, nie wychodziła . Wówczas wszedł komentarz: „Na ich dzieła czekają nasze mieszkania i świetlice…” Jeżeli czekają to znaczy, że nasze mieszkania i świetlice jeszcze nie są ozdobione, a więc nie mogą być pokazane, to jest dopiero sprawa przyszłości. Tu komentarz spełnił swoje zadanie.

Dzieci wychodzące przez cmentarną bramę [kadr z filmu Ceramika iłżecka]

                 Zapiski liczą już prawie 70 lat. Znajdują się w nich skreślenia i uzupełnienia, co świadczy, że reżyser powracał do nich. Co myślał o Ceramice iłżeckiej A. Wajda gdy był już dojrzałym i spełnionym artystą? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w jego Autobiografii, gdzie napisał: Z moich trzech etiud szkolnych tylko Ceramika iłżecka ma jakiś sens. Zepsuł ją obowiązujący wtedy socrealistyczny komentarz, widoczna jest jednak pewna świeżość w realizacji.[3] W podobnym tonie lecz obszerniej reżyser o filmie wypowiedział się na łamach Kontekstów: (…) W moim rozumieniu film miał być głosem wołającym o ratunek i miał zawierać tylko element krytyczny – fakt, że garncarstwo uprawiane przez starych ludzi ginie wraz z nimi, a spółdzielnia wcale nie idzie temu na ratunek. Niestety film mój zepsuł obowiązujący wtedy socrealistyczny komentarz, zrobiony przez Szkołę z myślą, by etiudę pokazać na ekranach jako dodatek. Ukatrupił on wszystkie moje szlachetne intencje w sprawie iłżeckich ludowych artystów, a scena narady produkcyjnej była nieuniknionym ukłonem w stronę Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego, która finansowała film. Zostały jednak obrazy łączące ceramiczne świątki z krajobrazem, dzieło operatora Jerzego Lipmana, autora zdjęć do Ceramiki iłżeckiej, ciekawy wkład do filmów etnograficznych.[4] 

Dane techniczno-statystyczne  filmu:

Tytuł: Ceramika iłżecka; długość filmu – 290 m; ilość wykorzystanych metrów taśmy – 1560; ujęć – 107; wykonanych ujęć – 210; ilość dni zdjęciowych – 13; okres montażu: czerwiec –wrzesień 1951 r.; wykonanie Kopii ekranowej – 25 października.

link do filmu Ceramika iłżecka http://www.filmpolski.pl/fp/index.php?etiuda=32134

Paweł  Nowakowski


[1] Dziękuję Panu Mateuszowi Matysiakowi, pracownikowi Archiwum Andrzeja Wajdy w Krakowie za życzliwość i pomoc w pozyskaniu materiałów.

[2] Artykuł ukazał się w: Polska Sztuka Ludowa, 1952, t. 6. z. 2. s. 92-95; dostępny on-line: http://www.cyfrowaetnografia.pl/dlibra/doccontent?id=3945  

[3] A. Wajda, Kino i reszta świata. Autobiografia, Kraków 2000, s. 70.

[4] A. Wajda, Etnograficzny remanent, „Konteksty” 2/2008, s. 83.

Wyposażenie i wystrój zamku iłżeckiego w XVII i XVIII w.

Wyposażenie i wystrój zamku iłżeckiego w XVII i XVIII w.

Odwiedzając  miejsca historyczne spotykamy często obiekty, które dotrwały do naszych czasów w formie ruin. Takie spotkania budzą emocje i refleksje, zastanawiamy się jak doszło do tego, że to co kiedyś było wielkie i wspaniałe dziś jest tylko złomem murów zatopionym w bujnej roślinności. Pobudzają także naszą wyobraźnię, która przede wszystkim  chce zobaczyć jak obiekt wyglądał w latach swojej świetności. Próba mentalnej rekonstrukcji  jest bardzo pociągająca gdyż daje poczucie bycia odkrywcą i twórcą. Jeżeli rekonstrukcja ma być poważna i autentyczna należy zapoznać się najpierw z wszelkimi materiałami źródłowymi – grafikami i opisami obiektu. Pozyskane w ten sposób informacje należy przeanalizować, porównać poddać krytycznej ocenie by wyłuskać istotę przekazu.

Ruiny Zamku Iłża są dobrym przykładem do ćwiczenia wyobraźni. Poczyńmy więc próbę  odbudowy kilku przestrzeni i elementów wyposażenia  zamku na podstawie materiałów źródłowych. Wygląd zewnętrzny zamku iłżeckiego w okresie jego funcjonowania znany jest z dwóch rycin. Pierwsza pochodząca z połowy XVII w.  autorstwa Eryka Dahlbergha, druga datowana na koniec XVIII w. lecz w XX wiecznym odrysie  prof. Czesława Thullie. Obie grafiki są wiarygodne i prezentują budowlę z podobnej perspektywy, od strony miasta. Rysunek prof. Thullie jest bardziej szczegółowy, dzięki czemu możemy bliżej rozpoznać formy attyk i bram.  

Zamek Iłża wg E. Dahlbergh’a
Rysunek prof. Czesława Thullie

Każdy obiekt  oprócz strony zewnętrznej posiada wnętrze, które ze względu na ograniczony ogląd stanowi pewną tajemnicę. Tej regule podlegał również Zamek Iłża.  Niestety jak do tej pory nie odnaleziono żadnego planu czy rysunku prezentującego jego przestrzeń wewnętrzną, Zachowały się natomiast źródła pisane  – inwentarze zamkowe, które po części rekompensują brak wizerunków. Obecnie znanych jest sześć takich dokumentów  z lat: 1630, 1644, 1653, 1668, 1747, 1789. Każdy z nich w różnym stopniu rejestrował wygląd zamkowych obiektów i  pomieszczeń, ich wystrój i wyposażenie. Lustratorzy najwięcej miejsca poświęcili opisom stałych elementów budowli takim jak drzwi, okna,  piece,  kominy, pułapy i podłogi. Inwentarze nie wystarczą do pełnego zobrazowania przestrzeni dawnego zamku. Pozwalają jedynie na fragmentaryczną rekonstrukcję.  Dla łatwiejszej lokalizacji  omawianych przestrzeni do artykułu dołączono rzuty poziome zamku górnego.

Rzut parteru (rys. P.N.)
Rzut piętra [rys. P.N.)

Zamek składał się z dwóch członów, zamku górnego i zamku dolnego, zwanego również przygródkiem.  Zamek górny został wzniesiony z miejscowego kamienia wapiennego. Był otynkowany zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Zabudowa przygródka wykonana była w większości z drewna, jedynie od strony wschodniej (Dom Starosty) i zachodniej wzniesiono mury i budynki murowane. 

Poznawanie dawnego zamku rozpocznijmy od kapliczki na zachodnim skraju wzniesienia i przy drodze wjazdowej  prowadzącej od miasta. Kapliczkę możemy określić jako obiekt graniczny, gdyż przy niej rozpoczynały się fortyfikacje zamku.  Dochodziły do niej dwa parkany, w jednym z nich były wrota wjezdne, w drugim furtka dla podchodzących od strony miasta. Kapliczka istniała już w 1630 r. Wtedy miała dwie ściany z drewna i zatyłek murowany, pobita była gontem. Wewnątrz  znajdował się obraz Matki Boskiej Bolesnej. W 1644 r.  obraz był ozdobiony rzeźbionym aniołkiem z herbem Snopek, kardynała Jana Alberta Wazy. W 1747 r. obrazowi towarzyszył herb Łabędź, należący do bp. Andrzeja Trzebickiego. Prawdopodobnie w 1782 r. kapliczka  zyskała obecną formę. Jej mury zostały wzmocnione czterema ankrami a dach pobito nowym gontem. W tym czasie z obrazem związany był herb Junosza należący do bp. Andrzeja Stanisława Załuskiego. W bezpośredniej bliskości kapliczki znajdował się  krzyż z nakryciem i figurą Chrystusa.  

Bramy

Zamek posiadał 5 bram, jedną od strony zachodniej, dwie od strony wschodniej i dwie do zamku górnego.  Dodatkowo przed bramą zachodnią przy kapliczce znajdowały się drewniane wrota, o których już wspomniano wyżej. Brama zachodnia z furtą usytuowana była w murze kurtynowym w bliskości bastei zachodniej. Poprzedzało ją drewniane pomieszczenie  nakryte banią.  Nad bramą widniał herb Ostoja należący do bp. Marcina Szyszkowskiego.  Wstępując do zamku  od wschodu, pierwsza brama z mostem zwodzonym prowadziła do  bastionu bramnego. Z bastionu  do zamku dolnego prowadził most stały, dochodzący do bramy wschodniej z furtą. Na bramie umieszczona była tablica z herbem Grabie i datą 1737 jako poświadczenie remontu dokonanego przez kardynała Jana Aleksandra Lipskiego.

Dwie bramy z podzamcza do zamku górnego miały podobny wystrój uformowany w okresie pontyfikatu bp. M. Szyszkowskiego. Pierwsza z bram znajdowała się w wieży przedzamkowej. Posiadała trójkątny naczółek wsparty na kolumnach, wewnątrz którego mieszczony był kartusz z herbem Ostoja. W 1668 r. bramę poprzedzał most zwodzony, podnoszony za pomocą liny i kołowrotu. Druga brama (główna) znajdowała się w wieży bramnej. Podobnie jak do poprzedniej, dostęp do niej prowadził przez most zwodzony, posiadała  również zbliżoną formę architektoniczną – trójkątny naczółek z  herbem Ostoja, wsparty na kolumnach spowitych motywem roślinnym. Pod naczółkiem na belce znajdował się napis MARTINVS SZYSZKOWSKI EPISCOPVS CRACOVIENSIS A.D. 1618.[1] Obronność wjazdu wzmacniana była sąsiedztwem południowo-zachodniej baszty. W 1653 r. drewniane wrota bramy obite były blachą i żelaznymi pasami. Ozdobione były ciętymi z blachy, malowanymi herbami i różami. Wrota posiadały rygiel, zaporę i wielki zamek.

Naczółek drzwi głównych kościoła parafialnego w Iłży. Zbliżoną formę posiadały naczółki bram prowadzących do zamku górnego [fot. P.N.]

Przejazd bramny wyłożony był kocimi łbami. Po bokach znajdowały się dwie ławy, nad którymi przymocowano  listwy do zawieszania strzelb. Prawdopodobnie w obu ścianach bocznych wieży znajdowało się po jednym otworze okiennym umożliwiającym obserwacje flanek.

Wschody na piętro

Na górną kondygnację zamku można było się dostać trzema wschodami. Główna i reprezentacyjna klatka schodowa rozpoczynała się w przejeździe bramnym a kończyła w sieni (pomieszczenie I), miała przebieg spiralny i była sklepiona . Wchodziło się do niej przez odrzwia ozdobione herbem Ostoja. W pobliżu wejścia znajdowała się latarnia. Po każdym czterostopniowym biegu występował spocznik i zmiana kierunku klatki o 90° w lewo (idąc od dołu). Całą klatkę schodową oświetlały prawdopodobnie cztery okratowane okna.

Drugi wschod rozpoczynał się wyjściem przed wieżą główną. Drzwi do niego były zakończone półokrągło a odrzwia ozdobione herbem Ostoja. Schody biegły prosto do spocznika,  skąd rozdzielały się,   w lewo prowadziły do pokoi pańskich  a w prawo na wieżę i piętro skrzydła południowego. Trzeci wschod znajdował się w maziarni (pomieszczenie IX). Miał formę prostych drewnianych schodów, które dochodziły do drzwi w podłodze pomieszczenia XIII (piętro).

Przykładowy piec renesansowy na czterech lwach [źródło: www.hampel-auctions.com]

Piece i kominy

Większość pomieszczeń piętra zamku górnego posiadało urządzenia grzewcze w postaci kominków i pieców, które najczęściej sąsiadowały ze sobą.  W pokojach pańskich (skrzydło zachodnie i część skrzydła północnego) piece i kominki były bardziej reprezentacyjne. Np. w pomieszczeniu II w 1630 r. znajdował się piec malowany lazurowy na fundamencie i gałkach kamiennych. W 1644 opisany jest jako piec wielki biały na lazurowym dnie, a w 1653 jako piec biały, wielki na fundamencie z kamienia ciosanego. W 1668 lustrator określa piec w tym miejscu jako małogoski, a w 1747 nazwany jest piecem gdańskim. W III pomieszczeniu piec gdański pojawia się dopiero w dokumencie z 1668 r. , a wcześniejsze opisy wymieniają tylko obecność komina. W IV pomieszczeniu był piec malowany z herbami na kaflach wielkich (1653) a kolejne lustracje (1668 i 1747) mówią o piecu gdańskim. W pomieszczeniu XIV był piec zbudowany z dużych białych kafli malowanych na żółto z herbami bp. Szyszkowskiego (Ostoja). Jego podstawą było cztery lwy. W pomieszczeniu znajdował się także komin szafiasty ozdobiony sztukaterią, herbem Ostoja i kamiennym lwem.

W budynkach zamku dolnego znajdowały się piece, które nie tylko służyły do ogrzewania pomieszczeń ale także do przygotowywania posiłków. W 1630 r. pisarz zarejestrował obecność pieców garnczarskiech i chlebowych. Pożywienie przyrządzano również w kominach z blachą.  

Fragmenty kafli odnalezione na zamku górnym podczas badań archeologicznych w 2015 r. [fot. P.N.]

Kaplice

Głównym zadaniem zamku  średniowiecznego była ochrona życia i majątku właściciela i jego poddanych. Grube i wysokie mury, fosy, mosty zwodzone itp. utrudniały fizyczny dostęp do wnętrza twierdzy. Istniały także zabezpieczenia w wymiarze duchowym, które miały blokować przestrzeń zamku na zło i wzmacniać morale obrońców podczas oblężenia. Tradycja ochrony obiektów obronnych przed mocami zła sięga starożytnych cywilizacjach Egiptu, Mezopotamii, Rzymu i Grecji. Była ona realizowana poprzez wznoszenie w bramach lub w ciągach murów obronnych  kapliczek z bóstwami a później z ikonami i wizerunkami świętych.  Także dawni Słowianie widzieli potrzebę magicznej ochrony swoich domostw i grodów składając w ich fundamentach ofiary zakładzinowe.  Chrystianizacja nie wyparła pogańskich tradycji związanych z protekcją duchową miejsc obronnych. W średniowiecznej architekturze militaris szczególne znaczenia przywiązywano do obronności  bram. Wierzono, że przez nie do wnętrza obiektu  może przedostać się zarówno  realny wróg jak i zło duchowe. Z tego powodu rozpowszechnił się zwyczaj umieszczania w bramach budowli obronnych kaplic lub wizerunków świętych. Zamek Iłża jest egzemplifikacją tego zwyczaju. Jedna z jego dwóch kaplic znajdowała się w wieży bramnej zamku górnego. Mogła posiadać patronat związany z Maryją. Lustrator w 1653 r. wspomniał, że w ołtarzu znajdował się obraz Najświętszej Panny Dziewicy, nie określając bliższych cech wizerunku. Oprócz niewielkiego ołtarza do wyposażenia kaplicy należały dwa klęczniki z podnóżkami. Pomieszczenie było sklepione i całe malowane, posiadało trzy okna i posadzkę z cegły. Do kaplicy wchodziło się przez ozdobne drzwi w formie kraty, ujęte w drewniany portal z facjatą (naczółkiem).

Druga kaplica znajdowała się na zamku dolnym w pobliżu północno-zachodniego narożnika. Stanowiła  przybudówkę budynku pańskiego.  Posiadała konstrukcję drewnianą, o czterech oknach z żelaznymi prętami. Zwieńczona była banią pobitą gontem, nad którą górował krzyż. W pomieszczeniu  znajdował się murowany ołtarzyk z obrazem św. Sebastiana w 1644 r., a w 1653 r. Matki Boskiej Bolesnej i dwoma innymi obrazami na blasze (tryptyk?).[2] Na ścianach wisiały jeszcze dwa obrazy wykonane na papierze.  Kaplica zamku dolnego uległa zniszczeniu podczas potopu szwedzkiego i nie została odbudowana.  Pojawiła się natomiast druga kaplica na zamku górnym (pomieszczenie VI na piętrze).  Posiadała mały ołtarzyk z obrazem na marmurze przedstawiającym św. Szczepana. Przy nim zawieszone były srebrne wota (10 szt.). W kaplicy był  też  obraz z wizerunkiem Maryi w zielonych ramach ze złoconymi brzegami.

Malatura

Ściany pomieszczeń zamku górnego malowane były jedynie na krańcach przylegających do stropu (na szerokość 1 łokcia). Pozostała powierzchnia murów mogła być jedynie bielona.  Prawdopodobnie malaturę miały zastępować tkaniny bądź dywany. Większość pomieszczeń posiadało  listwy do zawieszania materii. Odmiennie traktowano sufity, które malowano w całości (wraz z górnym  krańcem ścian).  Dwa pomieszczenia zamku górnego wyróżniały się malaturą – kaplica (pomieszczenie XVI) i pokój pański (pomieszczenie IV piętra). Lustrator z 1644 r. w opisie kaplicy, w pierwszej kolejności zauważa, ze jest malowana, w 1653 r. i 1668 r. pisarze jednomyślnie uważają, że jest porządnie malowana, lustrator w 1747 pisze o starym malowaniu. Nie posiadamy żadnych przekazów o treści malowideł. Można jedynie domniemać, że kaplica w zamku biskupów krakowskich posiadała  malaturę  na dobrym poziomie artystycznym, która zawierała także przekaz ideowy. Wyjątkowe są informacje o wystroju malarskim pomieszczenia IV. Dwa inwentarze (1668, 1747) mówią o treści  malowideł, mianowicie na ścianach pod sufitem namalowano postacie czterech doktorów Kościoła z nieokreślonymi bliżej napisami.[3]  

Fryz, który ozdabiał zamkowe mury. [odrys P.N.]

W dokumentach inwentarzowych odnaleziono jeszcze jedną osobliwą informację o malaturach. W izbie stołowej (pom. II piętra) znajdował się siestrzan, na którym po obu jego stronach były wymalowane herby Ostoja i Łabędź. Poza tym często powtarza się przekaz o drzwiach malowanych ale nie określano ich koloru. Inne elementy drewniane (okiennice, szafy) były malowane na zielono i szaro. Tylko w jednym przypadku podano że drzwi metalowe były pomalowane na czerwono. Tę samą barwę posiadała blacha na świeżo wyremontowanym dachu wieży głównej (1668).

Omawiając malatury zamku należy wspomnieć o zdobieniach murów  zewnętrznych, o których dowiedzieliśmy się niedawno. Podczas badań archeologiczno-architektonicznych zamku w 2015 r. odnaleziono złom muru ceglanego z tynkiem, na którym znajdował się fryz dekoracyjny. Tworzył go czarny pas z podwójnym ciągiem białych półkoli przesuniętych względem siebie i zwróconych łukami na zewnątrz, zamykających w sobie koła z czarnymi rozetami. Fryzy składające się z kombinacji kół, półkoli i rozet były powszechne stosowane w dobie renesansu.

Złom muru z fryzem odnaleziony w 2015 r., zniszczony w 2019 r. podczas prac porządkowych [fot. P.N.]

Pułapy

Pomieszczenia dolnej kondygnacji zamku górnego zwano sklepami. Określenie pochodziło od rodzaju stropu, kamiennego sklepienia w formie kolebki. W pomieszczeniu II i III parteru zachowały się dolne fragmenty łuków kolebki. Sklepienie kolebkowe zastosowano we wszystkich zamkowych piwnicach. Pierwotnie na zamku górnym piwnice posiadały stropy drewniane, które dopiero podczas przebudowy zostały zastąpione kamienną kolebką. Sklepione były również pomieszczenia w wieży bramnej. Ze względu na ich plan centralny sklepienia mogły posiadać charakter krzyżowo-żebrowy.

Pomieszczenia piętra zamku górnego i kuchni przykryte zostały stropami  drewnianymi.  W dwóch przypadkach lustratorzy wspominają o obecności  siestrzanów.  

Podłogi

Pomieszczenia zamku górnego wyłożone były trzema rodzajami materiałów: płytki ceramiczne (przez lustratorów nazywane kamieniem), cegła i drewno. Płytki ceramiczne posiadały kształt kwadratu o wymiarach ok. 20x20x4 cm. W większości występowały w barwie białej ale niektóre pokryte były polewą brązową bądź zieloną.

Płytki ceramiczne odkryte w pomieszczeniach skrzydła południowego w 2009 r. [fot. P.N.]

Płytki ceglane miały różne rozmiary i układane były na różne sposoby. Na przykład w pomieszczenie III parteru płytki o wymiarach ok. 25 cm na 19 cm (grubość ok. 5 cm) ułożone były na prosto, natomiast na spocznikach głównej klatki schodowej tworzyły jodełkę, a w pomieszczenie I parteru – kredensie,  płytki  o wymiarach ok. 27 na 14 cm ułożone były  w „cegiełkę” (pasy z przesunięciem).[4]   Informacja o podłogach drewnianych w zamku górnym pojawiają się dopiero w inwentarzu z 1668 r. Najpierw zostały zainstalowane  jedynie w dwóch pokojach pańskich (pomieszczenie III i IV). Inwentarz z 1789 wymienia dodatkowe dwa pomieszczenia  – pom. II gdzie posadzka z ukosa dawana i pom. XIV z posadzką w tafle drewniane.

Posadzka z cegły w pomieszczeni I parteru [fot. P.N.]

Natomiast na zamku dolnym zdecydowana większość pomieszczeń posiadało podłogi z prostych tarcic.  

Heraldyka

Dokumenty inwentarzowe wskazują na istnienie w przestrzeni zamku sześciu rodzajów herbów. Najliczniej reprezentowany był znak rodowy bp. Marcina Szyszkowskiego  – Ostoja. Znajdował się w następujących miejscach: 1) portal bramy zachodniej, 2) naczółek bramy w wieży przedzamkowej, 3) naczółek bramy w wieży bramnej, 4) portal wejścia do głównej klatki schodowej, 5) odrzwia z klatki schodowej do I pomieszczenia na piętrze, 6) kominek i piec w pomieszczeniu XIV piętra, 7) Portal wejścia z dziedzińca na wschod do wieży głównej, 8) siestrzan w pomieszczeniu II piętra, 9) odrzwia prowadzące  z pomieszczenia III do IV na piętrze, 10) piec w mieszkaniu pisarskim zamku dolnego (zbudowany ze starych kafli w 1745 r.)[5]

Herb Łabędź należący do bp. Andrzeja Trzebickiego można było odnaleźć na: 1) siestrzanie w pomieszczeniu II piętra, 2) chorągiewce zwieńczającej iglicę dachu wieży głównej, 3) tablicy upamiętniającej remont zamku z 1670 r., zainstalowanej prawdopodobnie nad przejazdem bramnym  od strony dziedzińca na zamku górnym 4) na odrzwiach między IV a V pomieszczeniem piętra, 5) na obrazie w kapliczce.

Powyżej, herb Ostoja z naczółka drzwi głównych kościoła parafialnego, podobne herby mogły znajdował się w naczółkach zamkowych bram. Poniżej fragmenty tablicy z herbem Łabędź, upamiętniającej odbudowę zamku w 1670 r. Zostały odnalezione podczas prac archeologicznych w 2009 i 2019 r. [fot P.N.]

Herb Nałęcz należący do bp. Piotra Gembickiego znajdował się w: 1) oknach budynku pańskiego na zamku niskim, 2) na kaflach pieca w tym samym budynku.

Jednokrotnie zarejestrowano występowanie herbów Junosza (bp. Andrzeja Załuskiego) – obraz w zamkowej kapliczce; Grabie (kardynała Jana A. Lipskiego) – na tablicy upamiętniającej remont, przy bramie wschodniej; Snopek (kardynała Jana Alberta Waza) przy obrazie w zamkowej kapliczce.

Inwentarz z 1653 r. wspomina o istnieniu pieca z malowanymi herbami w pomieszczeniu V piętra, ale nie określa ich nazwy. Podobna sytuacja dotyczy wrót bramy w wieży bramnej, które były herbami z blachy rzniętemi przyozdobione

W przestrzeni zamku znajdowało się znacznie więcej pamiątek heraldycznych, których pisarze nie  zauważyli, bądź nie opisali. Przykładem tego jest herb bp. Jana z Radliczyc  –  Korab, którego pozostałości  jeszcze dziś można dostrzec na wieży głównej. W 2015 r. podczas prac archeologicznych odnaleziono fragmenty kafli z herbami: Nowina, Odrowąż, Leliwa, Nałęcz, Jastrzębiec.

Okna

Tak mogło wyglądać okno na zamku [fot. P.N.]

Okno pełniło bardzo ważną rolę. Przez nie dostawało się do wnętrza budowli światło i powietrze. Ze względu na obronny charakter zamku górnego  ilość otworów na zewnątrz w jego dolnej kondygnacji  został ograniczona do koniecznego minimum. Na tym poziomie (od strony zewnętrznej, nie licząc wieży bramnej) zamek posiadał tylko jedno okno i to zabezpieczone podwójną kratą (pomieszczenie III). Poza tym mur obwodowy na parterze miał jeszcze tylko dwa otwory. W pomieszczeniu studni znajdowała się strzelnica zabezpieczona kratą a w smolarni drzwi tajemnego wyjścia.[6] Światło dzienne do sklepów miało dostęp tylko od strony dziedzińca. Do pięciu  pomieszczeń dochodziło przez zakratowane okna, a do trzech (II, IX, XI) przez niewielkie okienka nad drzwiami.  Tylko pomieszczenie IV nie posiadało żadnego otworu zapewniającego dostęp światła. Pełniło ono funkcję lodowni. 

… a tak krata [fot. P.N.]

W wielu oknach zamku stosowano kraty.  Na zamku górnym posiadały je okna parteru od strony dziedzińca i okna piętra od zewnątrz. Wolne od krat były okna piętra wychodzące na dziedziniec. Nieokratowane były również zewnętrzne okna pokoi pańskich  (pomieszczenie III , IV i V), które w zamian zaopatrzone były w wewnętrzne okiennice pomalowane na zielono (1668).  Większość okien na zamku miało charakter częściowo otwieranych lub nieotwieranych. Oznacza to, że np. górna część okna była zamocowana na stałe a tylko dolne kwatery posiadały zawiasy. Niekiedy ruchome kwatery zamiast  szkła wypełnione były gontami.  Do szklenia okien używano tzw. błon szklanych, czyli niewielkich szybek  łączonych ołowiem. W XVI i XVII stuleciu najczęściej używano błon w kształcie sześciobocznym lub ośmiobocznym. Okna pokoi pańskich posiadały więcej kwater otwieranych i wypełnione były szkłem lepszej jakości (większe szyby i bardziej przeźroczyste).  W 1644 w pom. IV piętra znajdowały się szyby francuskie niemałe, przeźroczyste. Natomiast pomieszczenie III piętra miało okien cztery wysokich, przeźroczystych.

W murach zamku przetrwał jeden z oryginalnych parapetów. Zachowały się oznaczenia szerokości okna (104 cm)  i otwory po 5 metalowych prętach. Pręty posiadały przekrój kwadratu o boku 2,5 cm i były rozmieszczone co 15 cm. Prawdopodobnie okna pozostałych sklepów miały ten sam wygląd i zbliżone wymiary, podobnie jak i odrzwia.   

Drzwi

Drzwi były najczęściej opisywanym elementami wyposażenia zamku. Charakterystyki  sporządzano według schematu, które na początku podawały informację o materiale  z którego zostały wykonane – drzewo (czasami określano gatunek), żelazo; następnie rodzaj drzwi i wykończenie – fasowane, futrowane, listwowane, stoczyste, kraciane, malowane, obite blachą;  sposób osadzenia w odrzwiach (bieguny, zawiasy); na koniec wymieniano wszystkie akcesoria w jakie były  wyposażone  (antaba, wrzeciądz, klamka, zamek, kuna, hak, skobel, zapora).  Pisarze czasami używali określeń dotyczących jakości wykonania.  Pisząc o drzwiach stolarskiej roboty – sygnalizowali, że drzwi są zrobione przez fachowca zgodnie z zasadami sztuki. Natomiast  dla drzwi słabszej jakości używali określenia prostej roboty.

Na zamku drzwi były wykonane z drewna. Tylko jedne drzwi drewniane obite były  blachą (do pomieszczenia X na parterze) i jedne drzwi w całości wykonane były z żelaza (do pomieszczenia  II – skarbiec). Na piętrze zamku górnego drzwi posiadały klamki i ślepe zamki, zaopatrzone były również  w antaby i wrzeciądze. Zdecydowana większość drzwi było malowanych i posiadały zawiasy, jedynie kilka (w pomieszczeniach zamku dolnego) było na biegunach. W inwentarzu 1630 r. na zamku górnym wyszczególniono dwoje  drzwi dwoistych (dwuskrzydłowych).  Jedne znajdowały się między główną klatką schodową a sienią (pom. I), drugie między sienią do kaplicą. Drzwi do kaplicy były kraciaste i miały wewnętrzny zamek. Zostały osadzone w drewnianym portalu z naczółkiem, który być może nawiązywał do formy naczółków bramnych.

Lustrator w 1653 r. zwrócił uwagę, że do pomieszczenia III (skarbiec drugi) są drzwi dębowe, potężne. Na pewno tę samą cechę musiały posiadać pierwotne  drzwi do wieży głównej, które w razie potrzeby miały stanowić przeszkodę trudną do sforsowania. W zamku gotyckim odrzwia wykonane były z kamienia wapiennego. Fragmenty pierwotnych portali  zachowały się w wieży głównej i w przejściu między II a III pom. parteru.[7] Przebudowa renesansowa wprowadziła framugi z piaskowca, z typowymi dla tego okresu żłobieniami.  W pokojach pańskich dwa portale wykonane były z marmuru. Niektóre odrzwia w nadprożach ozdobione były  herbami. Portale do klatek schodowych (głównej i na wieżę) były zakończone półokrągło.  

Jakie były wymiary otworów drzwiowych? Zachowane fragmenty portali wskazują, że światło między węgarami miało od 92 cm do 104 cm. natomiast odległość progu od nadproża wynosiła ok. 200 cm.

Portal renesansowy w Kurii Metropolitalnej w Krakowie wykazuje podobieństwo do kamieniarki iłżeckiej [fot.: P.N.]

Meble, sprzęty, narzędzia

Trzy z sześciu dokumentów lustracyjnych szczegółowo zajmują się zamkowymi sprzętami. Jednak listy, które zawierają nie są długie. Wydaje się, że tak znaczący obiekt powinien posiadać większy zasób mebli, sprzętów, narzędzi i inwentarza żywego. Trzeba jednak pamiętać, że spisy dotyczyły wyłącznie własności kościelnej i nie obejmowały dóbr prywatnych, należących do stałych mieszkańców zamku.   Na co dzień w zamku nie było też przedmiotów  osobistych biskupów. Pojawiały się dopiero wraz z przybyciem dostojników do rezydencji. Cechą znamienną posługi biskupów krakowskich było ustawiczne podróżowanie po rozległej diecezji. Dla zapewnienia odpowiednio godnych  warunków pobytu  w często zmieniających się miejscach postoju, biskupowi towarzyszył pokaźnym bagaż sprzętów i rzeczy osobistych.

Powszednie wyposażenie iłżeckiego zamku w meble było bardzo skromne. Ograniczało się głównie do stołów, ław i zydli. Do stałego wyposażenia należały również tzw. służby czyli duże kredensy, przeznaczane dla zastaw stołowych i naczyń.  Jedynymi bardziej wytwornymi sprzętami były zarejestrowane w  inwentarzu z 1668 r. w IV pomieszczeniu piętra zamku górnego – Stolik i krzeseł miększym suknem obitych 3, mniejszych 4.

Statki i sprzęty zamkowe (1644)

(w wykazach zachowano oryginalną pisownię)

  • stołów wielkich, długich, olszowych – 17
  • stół mniejszy, okrągły w kwadrat olszowy – 1
  • stołów sosnowych – 15
  • stół lipowy – 1
  • zydlików z poręczami na 2 osobie każdy –  8
  • zydle z poręczami długie, każdy na osób 5 –  3
  • zydlików nowych z poręczami –  6
  • zydlików starszych dawnych z poręczami – 35
  • ława na 5 osób, poręcza nie ma – 1
  • beczka wodna, w której wożą wodę
  • cebrów – 2, cebretek – 2
  • koryt 2 na solenie połci
  • sanki żelazne do pieca albo kładzenia drew
  • skrzyń 2 do wożenia wapna albo piasku, nowe in A[nno] 1644 sporządzone
  • kary do wożenia wody dwie
  • kara okowana do ciężarów wożenia
  • forma do ciągnienia świec
  • korców sandomierskich  – jeden okowany  o 25 garncach
  • korzec stary sepry na odmierzanie owsa od poddanych czynszowego
  • korzec iłżecki do wymiarów 
  • dzieża jedna chlebna jedna, miśnik do naczynia mycia
  • kiecki niemałe, stare
  • pił trackich trzy, pilnik stalowy do nich jeden
  • łańcucha sztuka i druga , obiedwie po 4 łokcie
  • żelaza kowalskie sposobione przez J.M. Pana Michałowskiego starostę iłżeckiego chcąc postawić kowalnię dla prętszej zawsze wygody zamkowej: naprzód kowadło, półkowadle, kowadełko mniejsze trzecie, goździownica, młotów 3, kleśczy dwie, żelaza do łamania kamieni, drąg żelazny, kijań żelazna, młotki dwa, szybi pięć, klinów sześć
  • wołów cztery robotnych przy zamku będących zawsze do wożenia wody

Statki zamkowe (1653)

  • stołów różnych in summa 25
  • sanki żelazne do łamania kamienia 1
  • zydlów z poręczami 4, bez poręczów  2  
  • drąg żelazny 1, kuna żelazna 1
  • zydelków małych z poręczami 24
  • szybów 5, klinów 6
  • ław długich 13, krótszych 12
  • pieł trackich 3, pilnik stalowy 1
  • beczek rybnych 6, wanienek 4 
  • łańcuch po łokci 4, sztuk 2
  • koryt do solenia połci 2
  • kocioł saletry miedziany 1
  • skrzynia wapienna 1
  • kowadło do kowania koni  1
  • kar bosych do wożenia wody 2
  • szpong 1, goździownica 1
  • kary z trzema kołami kowanemi 1
  • młotków małych 2, babka młot 1
  • korzec sandomierski bosy 1, kowany 1
  • kleszczy kowalskich  2
  • cuner [?] sandomierska 1, miarka 1
  • kłódek do wrót różnych  8

Naczynia przy zamku zostające (1668)

  • garniec gorzałczany z rurami, pokrywką 1
  • fasz leguminowych 3, małych 4, facit 7
  • cebrzyków małych 4
  • nieczek do ciast 2
  • perlik żelazny 1
  • kaganiec żelazny 1
  • latarnie w ołów sklana 1
  • nóż bosy z potrzebami 1
  • tarcic olszowych n’s 13
  • beczek leguminowych 19
  • cebrów nowych 4, starych 1, facit 5
  • korzec 1, ćwierć 1, miarka 1 kwarta  f 4
  • kilofów żelaznych 3
  • hankier żelaznych  2
  • konew 1
  • ołowi ciągnionego do okien prętów 21
  • kary do wożenia drzewa 1
  • katanek z sukna zielonego 4

Istotnym wyposażeniem zamku było uzbrojenie. Najstarsza informacja o arsenale zamkowym pochodzi z fragmentarycznie zachowanego inwentarza z 1577 r.  Było wtedy w zamku jedno duże działo o długości 6 i ¼ łokcia, jedno polne półdziało o długości 3 łokci i cztery mniejsze półdziała o tej samej długości.  Wszystkie były osadzone na łożach i kołach. W 1630 r. było działek cztery na kołach okowanych, żelazne w łoza osadzone , a w 1644 r. spisano działek cztery śpiżanych z łożami i kołmi, żelaznych działek 4 na kołach kowanych, moździerzów  w łożach 3. Znacznie większa ilość broni znajdowała się w zamkowym cekhauzie w 1653 i 1668 r.

Armata zamkowa (1653)

  • działek spiżowych polnych 4
  • saletry funtów  13  [ok. 5,2 kg]
  • działek żelaznych większych 2
  • siarki funtów 22  [ok. 8,9 kg]
  • działek żelaznych mniejszych 2
  • szufel do nabijania działek  7
  • muszkietów lontowych 17
  • szabel głowni 26, w pochwach 4
  • samopałów kszosowych 4
  • kotłów kozackich 2
  • mozdżierzów żelaznych 3
  • bęben piechotny 1
  • kul żelaznych pospolitych  450
  • chorągiew kozacka biała z krzyżem ceglastym 1
  • kul hakownicznych ołowianych 343
  • chorągiew piechotna płócienna, biała z krzyżem arasowym  1
  • kul kobalnych ołowianych 7930
  • grot do chorągwi kozackiej złocisty na drzewcu malowanym 1
  • kul muszkietowych i bandelotnich 2000
  • prochu kamieni 17 f  25  [ok. 230 kg]
  • prochu do zapałów funtów 12  [ok. 4,9 kg]

Armata zamkowa (1668)

  • dział wielkich ze wszystkiemi potrzebami, na wieży 1, w bramie 5 – facit  6
  • muszkietów nowych 17, starych 23 – facit 40
  • rur muszkietowych 8
  • hantab od muszkietów 2
  • kajdan 4, dyby 1 – facit 5
  • motyk żelaznych 16
  • prochu bareła wielka 1
  • lutrowanego barełka mniejsza 1
  • muszkietowego prochu barełki 1/4
  • hakownic na wieży i w bramie 5
  • mozdzierz na kole okowanym porzonnym 1
  • łoz starych od osady muszkietów 12
  • zamków starych od strzelby 10
  • łyszka do lania kul 1
  • łopatek złych połamanych 17
  • kul ręcznych granatowych 28
  • kul działkowych 268,  mniejszych 260  – facit  528
  • ołowiu kamieni 5  f  23  [ ok. 74 kg]
Bp. Kajetan Sołtyk [źródło: Wikipedia]

Do dziś autorzy opracowań poruszających  kwestie wyposażenia zamku opierają się głównie na bałamutnych informacjach zaczerpniętych z XIX wiecznych publikacji.[8]  Powielają one legendę o bogatym wystroju komnat, unicestwionym dopiero przez ostatni pożar zamku. Miały wtedy zniszczeć: Rzadki zbiór  portretów królów polskich, biskupów krakowskich i innych sławnych Polaków, tudzież obicia, posadzki marmurowe, posągi i inne pomniki, oraz wszystkie ozdoby wspaniałego gmachu tego (…)[9] Z ostatniego inwentarza  wiemy, że  zamek górny w 1789 r. był  poważnie zdewastowany.  Nie miał już  żadnego wyposażenia poza kilkoma drzwiami, które zastawiały otwory okienne. Tym bardziej nie było tam wtedy żadnych obrazów, posągów,  ozdób  itp.  W każdej legendzie jest jednak ziarno prawdy. Ostatni właściciel zamku biskup Kajetan Sołtyk sprowadził do Iłży księdza – malarza Antoniego Brygierskiego. Artysta podobno na miejscu wykonać portrety wszystkich biskupów krakowskich, które miały wisieć w największej zamkowej sali.[10] Fakt ten mógł mieć miejsce przed 1767 r. a obrazy mogły zostać zniszczone lub wyprowadzone z zamku podczas Konfederacji Barskiej.      

Paweł Nowakowski


[1] Inwentarzy z 1789 r.  wspomina jedynie o dacie, lecz na zachowanej belce kilkadziesiąt lat temu można było odczytać już dziś niewidoczny tekst.

[2] W 1644 w ołtarzu znajdował się obraz św. Sebastiana.

[3] Święci: Augustyn, Ambroży, Hieronim i Grzegorz

[4] Kompletna posadzka kredensu została odkryta w 2009 r. a następnie przysypana warstwą piasku. Podczas prac budowlanych w 2018 r. rumosz z murów zrzucano do pomieszczenia kredensu. Mogło to spowodować popękanie ceglanych płytek. W 2015 r. podczas prac archeologicznych zniszczono fragment dobrze zachowanej posadzki ceglanej w pomieszczeniu IX

[5] Z pewnością kafle pochodziły z zamku górnego.

[6] Oprócz tego dwa okna mogły znajdować się w przejeździe wieży bramnej o czym było już pisane wyżej.

[7] Gotycki portal wejścia do wieży głównej charakteryzuje się zakończeniem w formie łuku gotyckiego obniżonego. Zrekonstruowany został w 2015 r. wg projektu autora. 

[8] Pierwsze wydawnictwa, w których pojawiły się rzeczone informacje to Przyjaciel Ludu (patrz niżej) i francuskojęzyczna książka La Pologne Leonarda Chodźko (podrozdział Ruines du chateaux d’Ilza. s. 376).

[9] Przyjaciel Ludu, 1835, rok drugi, T. 1, s. 357.

[10] Wł. Sierakowski, Antoni Brygierski nieznany artysta kielecki, Kielce 1878, s. 8.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny …

Od powietrza, głodu, ognia i wojny …

H. Holbein, Taniec śmierci (Danse macabre)

Od zarania morowe powietrze było jednym z największych nieszczęść  zagrażających ludzkiej egzystencji. Groza tej plagi wynikała z jej bezwzględności i nieprzewidywalności. Bez różnicy zarażali się i umierali biedni i bogaci, silni i słabi, młodzi i starzy,  rycerze i skromni zakonnicy. Przez wieki obserwacji próbowano  rozpoznać zwiastuny nadciągającego moru. Łączono je z nadzwyczajnymi zjawiskami kosmicznymi  i przyrodniczymi  dlatego z trwogą patrzono na komety, zaćmienia słońca i księżyca.  Także niecodzienne zjawiska klimatyczne lub  nietypowe zachowania zwierząt wzbudzały niepokój i kazały z bojaźnią wyczekiwać najbliższą przyszłość.[1]  Wierzono, że morowe powietrze jest dopustem Bożym, karą  za popełnione grzechy. Wierzono również, że pokuta i modlitwa są środkami, które mogą zarazę odwrócić.  Z tego powodu podczas epidemii  intensyfikowało się życie religijne. Z oczywistych względów nie miało ono charakteru zbiorowego  lecz osobisty i przejawiało się w zaangażowaniu modlitewnym, czynieniu ślubów i fundacji na pobożne cele. Rozbudzania wiary sprzyjała także postawa licznych duchownych, szczególnie zakonników, którzy byli w pierwszym szeregu walki z zarazą co często przypłacali życiem.[2]  

XVII wieczni  lekarze  powietrze morowe postrzegali  jako jadowite opary, które wraz z oddechem wnikały do wnętrza a następnie  poprzez pory dostawały się do krwi. Zatruta krew docierając do serca powodowała zgon.[3]  Stąd oprócz zabezpieczania dróg oddechowych przykładano dużą wagę do ochrony serca.

Ówczesne książki poruszające problematykę morowego powietrza  pełne były porad dotyczących   aspektów codziennego życia, począwszy od sfery sacrum przez higienę ciała i otoczenia, dietetykę, medykamenty po meteorologię. Kompendium wiedzy o chorobach z powietrza  odnajdziemy w książeczce medyka  Jan Inocentego  Petrycego, Praeservatio abo ochrona powietrza  morowego,  wydanej  w 1622 r. Krakowie. Jej treść została streszczona w kilku poniższych akapitach .

Uważano, że do zarażenia się powietrzem więcej skłonności mają kobiety niż mężczyźni, osoby otyłe, słabe, delikatne, blade, ciała rzadkiego,  bojaźliwe, objadające się, mające problemy gastryczne, pasożyty i upławy. Aby uniknąć moru należało przestrzegać następujących reguł: zakopywać głęboko zmarłych, uprzątać ulice i otoczenie z błota i odchodów zwierzęcych,  okadzać palonym drzewem sosnowym, dębowym, bukowym  lub wierzbowym miejsca mające nieprzyjemne zapachy.  Dodawać do ognia jałowca, bzu, rozmarynu, lawendy bądź innych zapachowych ziół.

Mieszkanie należało często wietrzyć i okadzać: bursztynem, jałowcem, mirrą, rozmarynem, cynamonem, goździkiem. Nie używać natomiast do kurzenia: kości, rogów, łajna czy prochu.

Okrutnie postępowano z bezpańskimi psami i kotami, które zabijano. Uważano, że duży wpływ na powstanie złego powietrza ma jego bezruch. Dlatego zalecano śpiewanie, głośne czytanie,  strzelanie, gnanie krów po mieście aby rykiem powietrze wzruszały.[4] Niektórzy wierzyli, że końska para nie dopuszcza morowego powietrza dlatego podczas zarazy należało mieszkać przy koniach. 

Bieliznę należało często zmieniać a ubrania okadzać, wystawiać na słońce i wiatr. Oprócz tego odzież   skrapiać różnymi aromatycznymi substancjami. Powszechne było noszenie przy sobie dziurkowanych pojemniczków metalowych lub drewnianych wypełnionych gąbką nasączoną mocno zapachowymi cieczami np. olejkiem igłowcowym lub octem winnym z kamforą.  Do smarowania nozdrzy, skroni i serca używano octu zmieszanego z różaną wódką i kamforą. Bardziej wyrafinowane preparaty ochronne na serce sporządzane były z sadła wężowego lub jaszczurczego a także oleju skorpionowego a nawet z arszeniku. Do najdroższych środków zabezpieczających serce przed wniknięciem zarazy należały: bezoar jednorożca (kamień jelitowy), kamień z łez jeleni, kostka z serca jelenia, oczy raka, złoto, korale, perły, szlachetne kamienie, kość słoniowa.

Z domu można było wychodzić dopiero po wschodzie słońca. Nie należało wychodzić na czczo ale dobrze było przegryźć trochę imbiru, skórkę z pomarańczy lub dziegł w occie. W chłodniejszej porze przed wyjściem na zewnątrz zalecano łyk gorzałki z octem lub wina piołunkowego. Dobrze było także zjeść kilka orzechów bądź migdałów.  Główną zasadą odżywiania było zachowanie umiaru. Nie należało przejadać się ani doprowadzać  do wystąpienia dużego pragnienia i łaknienia. Zalecano spożywanie potraw kwasowatych: rzodkiew, czosnek i chleb z ziołami. Z mięs najwyższe zalety przypisywano dziczyźnie z jelenia i drobiowemu z gołębi. W czasie zarazy wskazana była wstrzemięźliwość od potraw tłustych i ciężkostrawnych: mleka słodkiego, masła, grzybów, węgorzy, ślimaków. 

Podczas epidemii należało się wysypiać i to najlepiej na skórze jeleniej. Jednak  w przypadku zakażenia spać jak najmniej. Z rana zalecano ćwiczenia fizyczne – exercitum  to jest ciała ruchanie. Powinny być jednak umiarkowane by nie wywołały pocenia i zadyszki, przez którą mogło się więcej złego powietrza wdychać. Z tego samego powodu proponowano wstrzemięźliwość seksualną i unikanie gorących kąpieli.

W miksturach i dietach Petrycego jest wiele składników egzotycznych, trudno dostępnych w ówczesnej Polsce. Wynika to z faktu, że swoją wiedzę medyczną zdobywał w Italii. Przepisy bliższe naszym warunkom możemy odnaleźć w druku ulotnym, Przestroga pewna przeciw morowemu powietrzu , wydanym w Poznaniu w 1585 r. Fragment odpisu zamieszono na fotografii.

Fragment treści druku ulotnego z 1585 r. [odpis: P.N.]
Dla ludzi ubogich zalecana była urynoterapia [fragment druku ulotny z 1585]

Morowe powietrze w Iłży

W przeszłości iłżanie wielokrotnie doświadczali morowego powietrza.  Znamy  kilkanaście dat wskazujących czas zarazy w Iłży:  1526 r. [5], 1623, 1625, 1652, 1661, 1663, 1837, 1873, 1890, 1918-1919, 1941 r. Zachowały się pamiątki związane bezpośrednio lub pośrednio z czasami epidemii.  Do najstarszych należą dokumenty z archiwum biskupstwa krakowskiego. Dowiadujemy się z nich, że w maju 1626 r. przybył do Iłży instygator biskupi i zarzucał  mieszczanom nieprzestrzeganie  zakazu wstępu  do miejsc objętych  zarazą.  Była to przyczyna zapowietrzenia miasta w 1625 r.  Sprawcą nieszczęścia był niejaki  Stanisław Czarni, który kupował lnianą odzież w zarażonym  Kazanowie. Decyzją biskupa Szyszkowskiego rodzina winowajcy została pozbawiona majątki i wypędzona z miasta.[6] Podobny wyrok biskup Szyszkowski wydał dwa lata wcześniej na rodzinę małżeństwa Majcherków z Kunowa. Ich nieposłuszeństwo doprowadziło do śmierci ponad połowy kunowian.[7]

Podstawową zasadą postępowania podczas epidemii było izolowanie miejsc i osób zakażonych. Zdarzało się, że gdy mieszkańcy danej miejscowości  zauważali pierwsze objawy zarazy, pośpiesznie opuszczali domostwa i szukali schronienia  w pobliskich osadach lub nawet koczowali w  lasach. Zanim wyruszyli  z miasta wartościowszy dobytek deponowali  w ratuszu bądź w kościele. Taka sytuacja miała miejsce w Iłży w 1625 r., niektórzy z mieszkańców schronili się we wsi Lipie. Wraz z epidemiami szerzyły się plagi kradzieży. Całe bandy zajmowały się  plądrowaniem porzuconych domostw.  Na takim procederze przyłapany został w Iłży szlachcic Mikołaj Żerański, który po ogołoceniu domów zmarłych chciał jeszcze zabawić się w podzamkowej karczmie. Burmistrz, który dowiedział się o wszystkim zażądał aby Żerański opuścił natychmiast miasto. Gdy krewki szlachcic był oporny z zamku wezwano straże i wtrącono go do lochu. Później skarżył się biskupowi i nawet domagał się odszkodowania. Nie dostał zadośćuczynienia, ale też nie otrzymał należnej kary, której z pewnością doświadczyłby złodziej z niższego stanu.

Dla ukrócenia kradzieży i samowolnego przywłaszczania przez krewnych dóbr pozostałych po zmarłych, biskup Szyszkowski wydał rozporządzenie aby wszystkie one zostało złożone w depozycie na zamku. Prawem biskupa jako właściciela miasta było decydowanie o losie majątku tych, którzy nie pozostawili testamentów. Miał tez wpływ na zatwierdzanie testamentów i zdarzało się, że zmieniał  wysokość zapisanych kwot poszczególnym spadkobiercom, co było pogwałceniem woli testatorów.

Płyta nagrobna Zubowiców [fot.: P.N.]

Znane są dwa iłżeckie testamenty z 1661 r. Jeden z nich został sporządzony przez Szymona Zubowica wójta iłżeckiego, człowieka zamożnego. Nieco wcześniej wskutek zarażenia zmarła jego żona Zofia, o czym wspomina na początku dokumentu:  będąc zdrowy na ciele i na umyśle, ale dla następujących czasów powietrza morowego, które się w naszym mieście Iłża zaczęło, (…) taką dyspozycję czynię, gdyż mi wziął Pan Bóg przyjaciela, a sam radzić o sobie nie mogę, gdyż jedną ręką nic nie mogę wyciesać ani wyrobić (…) W dalszej części obszernego testamentu zalecał: Jeśliby mnie tedy przyszło umrzeć tedy duszę moją oddaję w ręce Boga, Stwórcę i Zbawiciela mego. Ciało jeśli nie przyszło go pogrzebać na miejscu świętym proszę aby Panowie sukcesorowie wszyscy, tak duchowni jako świeccy po tym [epidemii] kazali wyjąć ciało moje i na miejscu święconym pochować, żony już nie ruszając.[8] Co oznacza ten zapis? W niewielkich ośrodka miejskich podczas epidemii zmarłych przeważnie chowano w miejscach zgonu ewentualnie pod najbliższym krzyżem bądź figurą. Wójt Zubowic  zgodnie ze swoją wolą spoczął w święconej ziemi. Z treści zachowanej tablicy nagrobnej można sądzić, że małżonkowie  pochowani zostali jednak wspólnie na cmentarzu przy kościółku Panny Marii.[9]   

Drugi testament należał do mieszczanina Jakuba Spinka. Zdecydował się na spisanie swojej ostatniej woli gdy był już zarażony i cała procedura musiał się odbyć na odległość  na iłżeckim poluTenże sławetny Jakub Spinek, widząc się od Pana Boga nawiedzonego chorobą morowego powietrza, wyszedłszy do tych osób wyżej mianowanych [pisarza i światków] na to proszonych, aczkolwiek chory na ciele, jednak zdrowy na umyśle (…).[10] Testator z wiadomych względów pod dokumentem nie mógł  złożyć  podpisu dlatego prosił aby w jego imieniu uczynili to świadkowie.

Jak przebiegała morowa choroba?  Uzależnione to było od rodzaju schorzenia. Najczęściej przenoszone powietrzem były dżuma, czarna ospa, cholera i tyfus.  Eryk Dahlbergh w swoim pamiętniku, opisał przebieg dżumy, którą przebył  w październiku 1656 r. Ocalał, jak sam przyznał w cudowny sposób. Dzięki temu mógł później utrwalić wizerunek zamku Iłża i z tego powodu jego nazwisko często pojawia się historiografii iłżeckiej.

Pomnik Eryka Dahlbergha w fasadzie zamku sztokholmskiego [fot.: Wikipedia]

Dopiero teraz gospodarze jęli miarkować, że jestem chory, nie wiedzieli wszakże na jaką chorobę. (…) Dahlbergh został wyniesiony z karczmy na dwór  i położony na snopku słomy. Zlitował się nad nim pewien rybak, który ulokował go na swojej łodzi i ukrył w trzcinach. W tej łodzi ja nędzny i nieszczęśliwy, przechorowałem dwadzieścia jeden dni, leżąc w ubraniu , w butach z ostrogami. Przez ten czas rybak co drugi dzień dowoził mi żywność i napój z Elbląga. (…) Tymczasem po prawej stronie gardła, w kierunku obojczyka, wyrósł mi wielki zaraźliwy wrzód, czyli aposthema, i tak wezbrał, że stał się groźny, że wyglądało na to ,że dech mi zabierze, zdławi i całkiem zadusi. Męczyłem się z tym dni kilka – jak rybak liczył, pięć – aż wrzód pękł sam i wylała się z niego przerażająco wielka ilość materii! (…)Odrętwiały leżałem prawie dzień i noc. Po dziewiętnastu  dniach wracałem z wolna  do przytomności, tak że najpierw zacząłem  poznawać samego  siebie, rozważać kim jestem, gdzie jestem, jak się dostałem w to nieznane miejsce. (…) Po powrocie rybaka dowiedziałem się dokładnie wszystkiego o sobie i mojej chorobie. Zażądałem przeto, aby mnie bez zwłoki przewiózł do Elbląga. (…) Rybak uczynił zadość  memu żądaniu. (…) Położyli mnie w izbie na podłodze, na słomie. Ale skoro tylko dostałem się do ciepła, nogi zaczęły mnie tak rwać, że nie mogłem się uspokoić. Przecięto przeto i ściągnięto moje buty z cholewami: ukazały się nogi obrzękłe i tak czarne, jak dno kociołka, że już nie miałem nadziei, aby kiedykolwiek wróciły do normy.(…) Z wolna zacząłem dźwigać się a potem wstawać i chodzić. (…) Najdziwniejsze przede wszystkim było to, że w każdym obejściu na tej ulicy panowała zaraza i nie było domu, gdzie by nie leżało po kilka trupów. Co więcej mieszkańcy chaty rybaka dokładnie mogli słyszeć głosy chorych jak konają i mrą. (…) A przecież w domu rybaka nic się nikomu nie stało (…)[11]

Trudny był wiek XVII dla społeczności iłżeckiej, często powracające epidemie a przede wszystkim wojna ze Szwedami, która doprowadziła do ruiny demograficznej i gospodarczej. Z pewnością nie łatwy był też początek XVIII w. kiedy przez miasto przetaczały się oddziały biorące udział w wojnie północnej, a wraz z wojskiem pojawiała się zaraza. Nie posiadamy świadectw z tego okresu dotyczących Iłży lecz w niedalekim Kunowie i Ostrowcu w 1705 r. zaraza zabrała 560 osób.

Duża epidemia miał miejsce w Iłży w 1837 r. Dała ona impuls do odbudowy kościółka św. Franciszka.  Na budynku wmurowano tablicę o następującej treści: Kościół ten wzniesiony ręką i kosztem Sz. Duchowieństwa i Obywatelów m. Iłża w 1841 r. na gruzach przed 60 laty istniejącego  na pamiątkę doznanego cudu podczas grasującej cholery  w 1837 r.  Za fund[atorów]. i dobr[odziejów]. Zdrowaś Maryja.  Niestety nie wiemy o jaki cud chodziło. Natomiast z zapisków ks. Gackiego z tego okresu pochodzi informacja o śmierci z zarażenia powietrzem iłżeckiego muzyka Wawrzyńca Wojnowskiego. Mimo panującej zarazy w pogrzebie wzięły udział tłumy.[12]

Najbardziej znaną pamiątką w mieście związaną z epidemiami były trzy morowe krzyże ustawione na wzgórzu zamkowym w 1848 r. Na środkowym z nich umieszczono napis: Na pamiątkę zachowania tej  miejscowości od cholery  w 1848 r.  Po ponad 50 latach krzyże zostały wymienione na nowe 31 maja 1905 r. [13] Wizerunek wzgórza z krzyżami utrwalił rysunkiem Napoleon Orda (1882 r.). Na początku XX w. jego grafikę transponowano na potrzeby druku pocztówek.  Drugie krzyże morowe z czasem uległy zniszczeniu i nie zostały odnowione. Na zdjęciu z 1944 r. widoczny jest jeszcze ostatni z nich, podobno stał do początku lat 50-tych.

Fragment rys. Napoleona Ordy , Iłża [źródło: domena publiczna]
Kartka pocztowa z początku XX wieku [źródło: zbiory A. Bednarczyka]

W Iłży było więcej krzyży morowych. Jeden z nich znajdował się przy drodze św. Franciszka. Okoliczności jego wzniesienia w 1890 r. opisał Marceli Siedlecki. [14]

Po biedzie przyszedł rok urodzajny, urodziło się wszystkim i wszędzie, owocu było w bród. Ludzie nie żałowali sobie w jedzeniu, a byli wycieńczeni, z tego przyszła choroba cholera. Była to straszna choroba, ludzie nie mogli powiedzieć, że jutro się zobaczą, umierało wiele naszej familii i znajomych, ale najwięcej ginęło ludzi więcej wycieńczonych. W Iłży utworzono czasowy szpital choleryczny ja byłem na noc za stróża, albo na drodze, lub w szpitalu, było przykro patrzeć jak w nocy światła zwiastowały pogrzeb umarłych na cholerę. Modlitwy odbywały się po kościołach, a przez noc śpiewy młodzieży, do której i ja należałem. Ja nie gniewałem się na cholerę,  z tej przyczyn, że co dzień rano dostałem wódki i dobrze jeść, czy wódkę lubiłem? To nie wiem, lubiałem ją wypić bo na razie zaostrzała mój apetyt, choć w owe lata miałem go  i tak aż nadto, strachu przed nią nie miałem, żal mnie zbierał tyle moich znajomych grzebanych codziennie. Młodzież sporządziła krzyż o dwóch ramiączkach choleryczny, który zanieśliśmy  na barkach na wzgórze poza miasto aby tam cholera się zatrzymała, ale to było na próżno.

Karawaka przy Trakcie Radomskim [źródło: drzeworyt E. Perle]
Karawaka przy kościele parafialnym [źródło: drzeworyt E. Perle]

Krzyż o dwóch ramionach to tzw. karawaka.  Nazwa pochodzi o miejscowości Caravaca w Hiszpanii.  Na ziemiach polskich ten rodzaj krzyża rozpowszechniał się od XVIII w. jako  krzyż morowy. Były bardzo popularne w Iłży i okolicach. Jednak starzejące się karawaki zastępowano  krzyżami łacińskimi. Jeszcze na początku XX wieku karawaka stała przy południowej bramie kościelnej. Prawdopodobnie został zastąpiona obecnym krzyżem, wystawionym w 1925 r. Karawaka znajdowała się również przy  Trakcie Radomskim. Dziś w tym miejscu znajduje się krzyż metalowy ufundowany przez p. M. Łuszczka.

Inną pamiątką morową w Iłży jest kaplica św. Rozalii. W 1873 r. dobudowana została do korpusu kościoła Panny Marii, podczas epidemii cholery.[15]  Jej fundatorem był obywatel Sionek. W retabulum ołtarza kaplicy znajduje się obraz św. Rozalii, patronki strzegącej od zarazy. Popularność św. Rozalii  rozwijała się dopiero od 1624 r., po odnalezieniu na Sycylii  jej relikwii.  Równocześnie z tym wydarzeniem  w mieście Palermo miała ustać zaraza. Zanim jednak św. Rozalia zdominowała wstawiennictwo w sprawach moru,  uciekano się przede wszystkim do św. Rocha. Jego kult w Iłży wyrażony został wzniesieniem kapliczki na ul. Podzamcze, oraz sprawieniem kaplicy i obrazu w kościółku św. Franciszka. W miasteczku także uroczyście obchodzono dzień świętego, organizując procesję do św. Franciszka.

Innym świętym chroniącym od epidemii jest Karol Boromeusz. Ta postać szczególnie została wyróżniona w kościele parafialnym. W nawie południowej (koło chrzcielnicy) znajduje się ołtarz pod jego wezwaniem. W retabulum umieszczono olejny obraz przedstawiający świętego kardynała, który wsławił się zaangażowaniem podczas epidemii w Mediolanie w latach 1576 – 1577.[16]  

Św. Roch [źródło: Polona]
Św. Rozalia z kościoła Panny Marii [fot. P.N.]

Ślady epidemii tyfusu trwającej w latach 1918-1919 możemy odnaleźć w korespondencji posługującego wówczas w Iłży ks. Władysława Miegonia. Epidemia się i u nas szerzy – jeździmy dziennie do 5 chorych. Zachorował i leży u nas w szpitalu wikary z Mirca, ks. Walczak – plamisty tyfus.[17]

Karol Boromeusz udzielający komunii podczas epidemii w Mediolanie w 1576 r.

Natomiast we wspomnieniu o ks. Miegoniu jego siostra Anna pisze: Tam panuje straszna epidemia tyfusu, umiera ks. dziekan Nurowski. Ks. wikary Korpikiewicz sam na koniu jeździ do chorych od rana do wieczora. Szpital jest przepełniony, wszędzie śmierć. Przyjechał mu na pomoc ks. wik. Pikiewicz. Co dzień jest 8-9 pogrzebów. (…)

Na jesieni 1919 r. zmarł także ks. Pikiewicz, będąc już na parafii w Radomiu. Zachorowała również młodsza siostra ks. Miegonia, Maria,  która przebywała w Iłży, przeżyła chorobę. Ks. Władysław Miegoń został później pierwszym kapelanem Marynarki Wojennej. Wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r.,  a w 1939 r. w wojnie obronnej. Dobrowolnie poszedł do niewoli ze swoimi żołnierzami. W 1942 r. zamęczony został w niemieckim obozie koncentracyjnym w Dachau. Życie zakończył  w zonie chorych na tyfus. W 1999 r. ks. kmdr ppor. Władysław Miegoń wyniesiony został do chwały ołtarzy.  Niech to będzie optymistyczny znak dla iłżan, że ten, który w tym mieście żył i  tutaj zmagał się z epidemiami jest błogosławionym.

Obraz bł. ks. kmdr. ppor. Wł. Miegonia z iłżeckiego kościoła

Przez lata zapomnieliśmy czym jest groza morowego powietrza. Od paru tygodni jesteśmy świadkami jak mały wirus zatrzymuje świat i zmienia całkowicie nasze życie, trudno w to uwierzyć. Zatrważające informacje z Włoch, Hiszpanii i innych krajów likwidują poczucie bezpieczeństwa. Koło historii toczy się i głosi, że nic nowego pod słońcem, a my uświadamiamy sobie, że jesteśmy podobni do naszych przodków, którzy wołali – Od powietrza, głodu, ognia i wojny …  

Paweł Nowakowski


[1] Pierwszą oznaką nadchodzącego moru było zachowanie ptaków, które najczęściej wynosiły się z miast.

[2] Podczas zarazy w niedalekim Kunowie w 1705 r. Z nadludzkiem poświęceniem pielęgnował chorych na morową zarazę zakonnik bernardyn, zdaje się z klasztoru opatowskiego, roznosząc im wino (…)Ks. Andrzej Zdziechowicz, Pleban Szewny, a poprzednio wikariusz w Kunowie, dowiedziawszy się o zarazie w Kunowie, pośpiesza na pomoc ks. Skazyńskiemu, i z wielkiem poświęceniem opiekuje się chorymi – zob. A. Bastrzykowski, Monografja historyczna Kunowa nad Kamienną i jego okolicy, s. 91-92.

[3] M. J.  Sokalski, Bonae spei promontorium albo o morowym powietrzu nauka z różnych autorów osobliwie niemieckich, Kalisz 1679, s.1-2.

[4] J. I. Petrycy, Praeservatio abo ochrona powietrza morowego, Kraków 1622, b.p.

[5] W. Urban, Miasteczka biskupie Kielecczyzny za Piotra Tomickiego (1524-1535), [w:] Studia Historyczne, R, XXX, 1987, z. 4, s. 537.

[6] W. Kowalski, Biskup krakowski Marcin Szyszkowski a konsekwencje zarazy lat dwudziestych XVII stulecia, [w:] Człowiek i przyroda w średniowieczu i we wczesnym okresie nowożytnym, W-wa 2000, s. 234.

[7] A. Bastrzykowski, Monografja historyczna .… , 1939, s. 90.

[8] M. Lubczyński, J. Pielas, h. Suchojad, Cui contingit nasci, restat mori. Wybór testamentów staropolskich z województwa sandomierskiego, s. 35 i 39.

[9] W 2016 r. członkowie ITHN przenieśli niszczejącą płytę nagrobną Zubowiców do wnętrza kościółka.

[10] M. Lubczyński, J. Pielas, H. Suchojad, Cui contingit …, s. 42.

[11] B. Heyduk, Dahlbergh w Polsce, s. 60-61.

[12] J. Gacki, Wiadomości historyczne o biskupich niegdyś dobrach zamku i mieście Iłży, [w:] Pamiętnik Religijno-Moralny, R. XIV, 1854, nr 11, s. 478.

[13] J. Wiśniewski, Dekanat iłżecki, s. 78.

[14] Pamiętniki emigrantów, t. 2,  s. 17.

[15] J. Wiśniewski, Dekanat …,  s. 85.

[16] Podczas wielkiej zarazy w Mediolanie w 1576-1577 r. osobiście pielęgnował chorych, swój majątek przeznaczył na potrzeby mieszkańców, polecił rozdać własne ubrania a dalsze szyć z tkanin i dywanów jakie posiadał w pałacu arcybiskupim.

[17]  Archiwum Diecezjalne w Sandowmierzu, Teczka personalna ks. Wł  Miegonia, fragment listu bł. ks. Władysława Miegonia napisanego z Iłży 30.12.1918 r.

Zaślubiny z morzem

Zaślubiny z morzem

Dokładnie 100 lat temu gen. Haller w podniosłej uroczystości zaślubił Polskę z morzem. Świadkiem tego wydarzenia był pierwszy kapelan Marynarki Wojennej ks. kpt. Władysław Miegoń. ITHN przeprowadzając kwerendę w Archiwum Diecezji Sandomierskiej odnalazł nieznany list ks. Miegonia, opisujący zaślubiny z morzem.

Rozumiejąc znaczenie znaleziska, przekazaliśmy zdjęcia listu Muzeum Ziemi Puckiej, które miało wykorzystać dokument na wystawie pt. „Idziemy nad polskie morze” – Zaślubiny Polski z morzem Puck 1920 r.

Błogosławiony ks. kmdr ppor. Władysław Miegoń w świetle osobistej korespondencji z zasobów Archiwum Diecezjalnego w Sandomierzu (cz. II)

Błogosławiony ks. kmdr ppor. Władysław Miegoń w świetle osobistej korespondencji z zasobów Archiwum Diecezjalnego w Sandomierzu (cz. II)

Tableau ofiarowane ks. Miegoniowi przez oficerów MW [źródło: wojskowagdynia.parafia.info.pl]

Na początku października 1926 r. ks. Miegoń zamieszkał w Gdyni. Cieszył się z szybko postępującej rozbudowy miasta i portu. Wkrótce jego spokój i stabilizację zaczęły zakłócać próby przeniesienia z marynarki. Przyczyna tych zabiegów mogła wynikać z krytycznej oceny, którą wyrażał publicznie o zamachu majowym i Józefie Piłsudskim. W marcu 1927 r. otrzymał propozycję pracy w Toruniu jako zastępca dziekana. Odmówił przyjęcia tej funkcji. Kolejnej oferty już nie było, zamiast niej Ministerstwo Spraw Wojskowych wydało rozkaz (5 XI 1928 r.) przenoszący ks. Miegonia z Gdyni do Lublina na stanowisko Kierownika Rejonu Duszpasterstwa.[1] Z wielkim żalem żegnała swojego kapelana Marynarka Wojenna. Komendant Portu Wojenne w Gdyni kmdr Wł. Filanowicz wydał uroczysty rozkaz – pochwałę ks. Miegonia, wymieniający długą listę jego zasług, a oficerowie podarowali „Kochanemu Księdzu Kapelanowi” pamiątkowe tableau.

Początki pracy w nowym środowisku były trudne. W marcu 1929 r. pisał do ks. Rewery: W Lublinie czuje się ciągle nieswojo, obco. Robota, poza obowiązkami kościelnemi, idzie niesporo – jak z kamienia. Kontakt z żołnierzami trudno utrzymać, gdyż wszędzie daleko: obóz północny 5 kilometrów, – południowy 4 km. Zachodzę tam powiem pogadankę – lecz to jakoś wygląda tak oficjalnie i na dystans (…) Z korpusem oficerskim stosunków i znajomości nie mam żadnych (…) Z czasem ks. Miegoń zaczął odkrywać dobre strony pobytu w Lublinie. Postanowił podjąć studia na KUL-u. Pojawiła się jednak poważna przeszkoda. Przełożony ks. Władysława, nota bene jego dawny kolega z Sandomierza ks. Jan Pajkert, nie chciał na to wyrazić zgody, uważając, że nie można równocześnie pracować jako kapelan i studiować. Ks. Miegoń był odmiennego zdania i podjął naukę bez wiedzy przełożonego. Po kilku tygodniach uczęszczania na wykłady zapewniał:  Służba moja na tem uszczerbku nie cierpi, gdyż wszystko co do moich obowiązków należy spełniam – bywam u żołnierzy i w więzieniu (…)[2] Drugi rok studiów już odbywał oficjalnie gdyż w listopadzie 1930 r. otrzymał pozwolenie z kurii polowej. Jako pełnoprawny student mógł jawnie uczestniczyć w życiu uczelni. Został zaproszony do objęcia funkcji kapelana korporacji studenckiej Korabja. Wybór jego osoby nie był przypadkowy, gdyż jednym z celów stowarzyszenia było szerzenie idei morskiej.

Ks. Miegoń, podobnie jak w wielu poprzednich miejscach pracy tak i  w Lublinie powołał do życia Towarzystwo Śpiewacze „Lutnia”. Chór prezentował się profesjonalnie. W marcu 1931 r. trzykrotnie zaśpiewał oratorium Haydna „Siedem słów Zbawiciela na krzyżu”.  Wydaję się, że do zasług ks. Miegonia na niwie muzycznej możemy także zaliczyć znaczny wpływ na wznowienie działalności chóru akademickiego KUL.

Pieczęć Korporacji Korabja (Korabia) [źródło: archiwumkorporacyjne.pl]

Przez cały okres pobytu w Lublinie nie zerwał kontaktów z morzem. Sprzyjała temu aktywność w Okręgowej Komisji Rewizyjnej Ligi Morskiej i Kolonialnej i organizacja wycieczek na wybrzeże. Poza tym część urlopów przeznaczał na wyjazdy do Gdyni aby odwiedzić siostrę Marię, znajomych i kolegów z marynarki. Starał się brać udział w uroczystościach Święta Morza i w ważnych wydarzeniach jak np. poświęcenie fregaty „Dar Pomorza” (13 VII 1930)[3]

Potrzeba kontaktów z morzem wynikała również ze stanu zdrowia ks. Miegonia. W listopadzie 1931 r. poważnie przeziębił się i poszedł do uznanego lubelskiego laryngologa dr. Osowskiego. Humorystyczny przebieg wizyty opisał wujkowi Antoniemu Rewerze w jednym z listów: Zbadał mnie. Najpierw zapytał czy pochodzę z Lublina, czy długo tu mieszkam i oświadczył, że klimat tutejszy mi nie sprzyja, że najkorzystniejszy dla mnie byłby klimat morski. „Właśnie – powiedziałem dr – stamtąd  – z Gdyni – do Lublina przyjechałem” – „Po co?” – „Musiałem”. Zapisał mi 2 lekarstwa: jedno do inhalacji, drugie do płukania. Po miesiącu kazał przyjść. Oświadczył przy tem, że napisze mi oficjalne pismo stwierdzające konieczność przeniesienia mnie nad morze.[4]   

Z pewnością wpływ na stan zdrowia miał także styl życia księdza, który można określić jako ascetyczny. Nie przywiązywał uwagi do ubrania i warunków mieszkania. Cały swój dochód przeznaczał na rzeczy konieczne, pomoc rodzinie i potrzebującym, Jedyną przyjemnością, której nie mógł sobie odmówić były książki. W liście do wuja z 17 XI 1931 r. scharakteryzował stan swojego „majątku”: W grudniu również wydatki się nie zmniejszą. Muszę kupić buty. Mam jedne – dziurawe. Z koszul się wydarłem. Ze zrobionych w r. 1925 zrobiła się pajęczyna, tak iż z prania przynosi ordynans strzępy, których już naprawić i scerować nie można. Ciepłej bielizny nie posiadam żadnej. Palto zrobione w 1928 r. w Gdyni – mam jedno na lato i jesień i wiosnę. Ledwie się trzyma. Suknię mam jedną  – na święto i na co dzień. Kupiłem materiału na drugą. Długu mam paręset złotych. Spłacam co miesiąc. Zygm. Cebula – to uczeń ze szkoły ogrodniczej (z Samborca). Ostatni rok ma do matury. Musiałby przerwać gdybym mu nie pomógł. Gebetner i Wolff – to książki i pisma. Jedyna przyjemność, której trudno mi się wyrzec. Rodzicom i Jankowi też w tym trudnym czasie trzeba pomóc.

W lutym 1933 r. funkcję biskupa polowego objął ks. Józef Gawlina, zastępując na tym stanowisku bp. Stanisława Galla. Wkrótce rozpoczęły się zabiegi oficerów i marynarzy MW u nowego ordynariusza o powrót nad morze ks. kapelana Miegonia. Gremialne „nękanie” ks. biskupa w słusznej sprawie okazało się skuteczne. 1 X 1933 r. bp Gawlina przyjechał do Lublina na konsekrację kościoła garnizonowego i poświęcenie Domu Żołnierza.

Kościół Garnizonowy w Lublinie podczas uroczystości konsekracji; [źródło: NAC, Fotopolska-Eu]

Obiecał wtedy ks. Miegoniowi, że w listopadzie załatwiona będzie sprawa jego przeniesienia. Słowa dotrzymał. Z dniem 1 I 1934 r. ks. Władysław otrzymał awans na stopień komandora podporucznika i objął funkcję starszego kapelana  Dowództwa Floty (do Gdyni dotarł pod koniec lutego). Radość z powrotu nad morze napełniła go optymizmem i zapałem do podjęcia nowych wyzwań. Osobiście czuję się dobrze. Wszyscy mi są życzliwi, przyjacielscy tak, że jest to dla mnie podnietą do przebywania wśród nich i służenia im ile tylko sił starcza.[5]   Pierwszym doniosłym zadaniem, którego się podjął ks. Miegoń było rozpoczęcie prac nad wzniesieniem kościoła garnizonowego. Pod koniec marca znał już plany, preliminarz robót i wydatków.

   Do podstawowych obowiązków ks. kapelana należała posługa duszpasterska. Polegała ona na odprawianiu nabożeństw, szczególnie podczas uroczystości (święta państwowe, promocje oficerskie, pogrzeby itp.), święceniu bander i okrętów. Dużym wyzwaniem były okresy przedświąteczne gdy trzeba było spowiadać i głosić rekolekcje. W tych przypadkach ks. Miegoń korzystał z pomocy kapłanów z sąsiednich parafii.

Dużo czasu pochłaniały ks. Miegoniowi obowiązki oficera oświatowego. W pierwszym okresie pobytu w marynarce w latach 1920-1928 zapoczątkował szereg działań: powołał chór, orkiestrę smyczkową i teatr, założył bibliotekę, organizował seanse filmowe, prowadził kursy dokształcające. Po powrocie kontynuował te dzieła. Szczególną troską objął bibliotekę, którą osobiście zarządzał i ciągle powiększał. Był także odpowiedzialny za organizację akademii z okazji świąt i uroczystości.

Ks. Miegoń był wrażliwy na potrzeby innych ludzi. Z tego powodu pole jego działalność wykraczało znacznie poza ramy obowiązków kapelana i oficera oświatowego. Przykładem niech będzie wydarzenie z lutego 1935 r. gdy do garnizonu gdyńskiego trafiło blisko 700 rekrutów, którzy w niesprzyjających warunkach pogodowych przechodzili intensywne szkolenie. W wyniku przeziębienia a następnie  powikłań  pogrypowych zmarło dwóch młodych oficerów – instruktorów. Te niepotrzebne śmierci wstrząsnęły  kapelanem i całą kadrą. Aby uniknąć w przyszłości podobnych sytuacji ks. Miegoń podjął się obserwacji marynarzy, a widząc źle rokujących, zabierał ich na swoją kwaterę i wraz z ordynansem aplikował leczenie domowe. Z tego „sanatorium” kapelańskiego skorzystało trzech marynarzy, którzy wkrótce powrócili do służby.

W życiu kapelana ważne i radosne były momenty związane z przyjmowaniem przez MW nowych okrętów. Dzielił się tą radością w korespondencji: W tych dniach przybyła z Anglii „Błyskawica”. Załoga 180 ludzi, dział 7,  przeciwlotniczych 4, rur torpedowych [..?..], szybkość 40 węzłów. Budzi respekt. Na razie stanęła w rezerwie, gdyż warsztaty muszą jeszcze pewne uzupełniające prace dokonać. Tak było zamierzone, aby co można zrobić, to zrobić w kraju.[6] Fot. ORP „Błyskawica” [źródło: NAC]

Niezwykłym wydarzeniem w życiu ks. Miegonia była podróż do Nowego Jorku na pokładzie  „Batorego” . W rejs do Ameryki wypłynął jako członek załogi 6 lub 7 kwietnia 1938 r., a powrócił 1 maja. W drodze powrotnej wygłosił rekolekcje dla załogi. Dwa tygodnie po powrocie wysłał  list do wuja, w którym opisał pobyt w Ameryce:  N. York nie zrobił na mnie dodatniego wrażenia. To kocioł, w którym wszystko kotłuje się, pędzi, goni. Architektura może zadziwiać techniką, ale estetycznych wrażeń nie wywoła. Byłem na 100 piętrowej kamienicy. Wznosi się na kształt wieży. Na szczyt można dostać się windą elektryczną. Wjazd kosztuje dolara i coś centów. Widok rozległy na cały N. York. Miasto leży jakby na wysuniętym języku. Z jednej strony rzeka Hudson, z drugiej jakaś woda – zdaje się wcięta w ląd głęboka zatoka. Mosty tunele, kolejki podziemne i nadziemne i samochody, samochody … tych mnóstwo, za bardzo. Po rzece krążą olbrzymie statki – promy. Wieczorem skoro zapłoną światła eonowe. N. York wygląda efektownie, ładniej niż w dzień. Widziałem z zewnątrz katedrę św. Patryka – ogromna. U nas w Warszawie, Lwowie, Gdyni byłby to kolos – tam wobec olbrzymich domów okolicznych ginie. Do środka nie wchodziłem – tam dawno nie ma nic (…)

Sprawa Dreszera

Gen. G. Orlicz-Dreszer [źródło: NAC]

W lipcu 1936 r. na wybrzeżu  zginął w wypadku lotniczym gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, prezes Zarządu  Głównego Ligi Morskiej i Kolonialnej oraz Inspektor Obrony Powietrznej Państwa. Zdecydowano, że zostanie pochowany na nowo otwartym cmentarzu marynarki na Oksywiu. Ponieważ był innowiercą i rozwodnikiem proboszcz oksywski ks. Klemens Przeworski zapowiedział, że nie zgodził się na wprowadzenia ciała do kościoła. Była to kłopotliwa sytuacja dla organizatorów pogrzebu gdyż w uroczystości mieli wziąć udział najwyżsi przedstawiciele władz i armii z Prezydentem RP na czele. Próbowano negocjacji z ks. Przeworskim lecz bez skutku. Zwrócono się nawet do prymasa Hlonda z prośbą o interwencję, który jednak wstrzymał się od nacisku, uznając rację proboszcza. Organizatorzy pogrzebu mieli nadzieję jeszcze w ks. Miegoniu, który został wysłany z ostatnią misją. Kmdr Borys Karnicki, szef protokołu uroczystości tak opisał rolę kapelana (Marynarski Worek wspomnień): Wraca ks. Miegoń. Niestety, proboszcz się uparł i zamierza po rannej mszy św. o godzinie ósmej zamknąć kościół na cztery spusty. Wszyscy są oburzeni. Jak on śmie! Tu prezydent, kardynał, jego własny biskup, cała Polska! Ksiądz Miegoń mityguje: – Proboszcz ma prawo, to jest jego kościół i nikt z hierarchii kościelnej ani świeckiej nie może zabronić mu zamknięcia świątyni. Chyba tylko w wypadku, jeśli …. nie będzie miał go czym zamknąć. – Tu Miegoń ukłonił się złożył ręce i wyszedł. Popatrzyliśmy po sobie. Naturalnie! Jakie to proste! W dniu pogrzebu, po porannej mszy świętej pod kościół podjechała ciężarówka z marynarzami, którzy sprawnie zdjęli z zawiasów drzwi wejściowe. Załadowali je na samochód a następnie udekorowali świątynię na ceremonię pogrzebową. Uroczystość odbyła się zgodnie z planem i bez komplikacji.

Wydaje się jednak, że sposób załatwienia sprawy ciążył ks. kapelanowi, miał poczucie winy wobec ks. Przeworskiego. 1 listopada 1937 r. przy grobie Orlicz-Dreszera ks. Miegoń odprawił nabożeństwo żałobne.[7] Prawie dwa lata później (lipiec 1939) zajął inną postawę wobec żądania dowództwa marynarki aby poświęcił mauzoleum Dreszera i odprawił podczas tej uroczystości nabożeństwo. Zdecydowanie przeciwstawił się temu poleceniu. Perypetie z „Dreszerem” opisał w liście do ks. R. Śmiechowskiego[8]: W lipcu miałem wiele kłopotów z Dreszerem i nie wiem czy to nie sprowadzi mi jakich przykrych konsekwencji. Mianowicie wystawiono Dreszerowi piękne mauzoleum i miało się odbyć uroczyste przeniesienie zwłok połączone z nabożeństwem polowem i poświęceniem. Ja się od tego odmówiłem i napisałem do bpa polowego, przedstawiając całą rzecz. Bp zaraz mi odpisał, podziękował i zgodził się z moim stanowiskiem. Później dowiedziałem się, że zwracano się do niego i kategorycznie odmówił. Uderzyli wtedy do bpa Okoniewskiego i ten zgodził się, przysłał swego delegata kapelana wojskowego ks. Stryszyka ze Starogardu aby odprawił nabożeństwo w kościele a następnie poświęcił grobowiec. W przeddzień imprezy dzwoni do mnie adm. Unrug i nakazuje mi pod posłuszeństwem wziąć udział w poświęceniu. Odpowiedziałem mu, że nie, gdyż to nie jest zgodne z przepisami kościelnemi i takiego mniemania jest również mój biskup. „To dziwne czemu inni księża mogą to uczynić a ksiądz nie!” Kwestia sumienia. „ To niech ksiądz złoży mi meldunek, który zaraz prześlę do Warszawy”. Złożyłem. (…)

Pogrzeb gen. Orlicz Dreszera [źródło: NAC]
Mauzoleum gen. Orlicz Dreszera, do którego przeniesiono jego szczątki w trzecią rocznicę śmierci (16.07.1939 r.). Dwa miesiące później Niemcy zniszczyli monument. Nieznane są losy trumny generała. [źródło: Wikipedia]

Wojna

Wojna, która wkrótce wybuchła położyła kres sprawie niesubordynacji kapelana. Pierwsze oznaki nadciągającego konfliktu pojawiają się w korespondencji ks. Miegoń we wrześniu 1938 r. Do przyjaciela, ks. Romualda Śmiechowskiego pisał: Trochę mnie niepokoją te fanfary wojenne – nie wiadomo co z tego wszystkiego wyniknie. Nie jest to wszystko takie proste, jak się zdaje wiecującej ulicy. Słyszę codziennie przez radio krzyki z różnych miast, ale tem się niepokoję, że potęga Niemiec rośnie a w miarę tego i apetyty – dziś zabrali się do Czechów, jutro mogą wystąpić z żądaniami o Gdańsk, Pomorze itd. Słowem możemy ich mieć na karku.[9]

W maju 1939 r. ks. Miegoń nie mógł już wyjechać do rodziny i znajomych z powodu wstrzymania urlopów. Na listowne pytanie zadane przez ks. Romualda: Co słychać w Gdyni? – odpowiedział: Buńczuczni, zadzierzyści, zdecydowani – trwamy w pogotowiu.[10] W sierpniu sytuacja wyglądała już bardzo poważnie: Żyjemy w ciągłym alarmie. Wojna wisi na włosku, a nikt nie może przewidzieć kiedy wybuchnie. Optymiści twierdzą nawet, że wcale nie będzie. Choć sam osobiście jestem zdecydowany i żadnego strachu nie odczuwam, to jednak oczekiwanie bardziej męczy niż sam fakt.[11]

Mimo zagrożenia wybuchem wojny wybrzeże polskiego morza tętniło gwarem letników. Wszyscy korzystali z wakacji i wyjątkowo pięknej aury. Chyba, jeszcze w pierwszej połowie sierpnia ks. Miegoń otrzymał trzydniowy urlop lecz musiał pozostać w pobliżu Gdyni. Przeznaczył go na zorganizowanie biwaku dla dziewięciorga dzieci. Były to ostatnie w jego życiu beztroskie i radosne chwile podczas, których mógł cieszyć się  ukochanym kajakarstwem. Do radosnych wydarzeń należało także odprawienie przez ks. Miegonia, 15 VIII pierwszej i jedynej mszy świętej w wykańczanym  kościele garnizonowym.

Kościół Garnizonowy p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej na Oksywiu. Podczas wojny zamieniony został na magazyn i tę funkcję pełnił do początku lat 80 kiedy zwrócony został dla kultu. [fot.: wojskowagdynia.parafia.info.pl]

Wraz z wybuchem wojny ks. Miegoń znalazł się w oddziałach Lądowej Obrony Wybrzeża broniących Gdyni i Oksywia. Podobnie jak w wojnie polsko-bolszewickiej udzielał posługi kapłańskiej, był sanitariuszem w szpitalu i pomagał na pierwszej linii. Świadectwo o jego postawie daje lekarz MW, kapitan Bolesław Markowski: Jak zawsze dość niedbale ubrany, jeszcze chudszy niż przedtem, jeśli to było możliwe, niezmordowany udzielał posługi kapłańskiej nie dbając o bomby, o sen, o pożywienie. Widziałem go przed operacjami, widziałem wśród rannych i umierających, zawsze gotowego do pracy, zawsze pogodnego, zawsze nie zmęczonego.  Kapitan Markowski przytacza także relację rannego oficera, który wraz z ks. Miegoniem przeprowadzał obchód pozycji na linii frontu: Podczas tego obchodu spostrzegli, że jeden okop pomimo obustronnej strzelaniny nie okazywał żadnej akcji. Przypuszczając, że żołnierz jest ranny albo zabity, podczołgali się do okopu i zauważyli, że młody żołnierz odłożył karabin, a sam skurczony siedzi w okopie i coś szepcze. – Co się stało, czemu nie strzelacie?- zapytuje ks. Miegoń. Żołnierz rozpoznawszy księdza odpowiada – Ja się modlę proszę księdza. – Na to ksiądz Miegoń wykrzykuje bez namysłu: – Modlicie się? Teraz nie czas na modlitwy, teraz trzeba strzelać! … [12]

19.09.1939 r. zakończyła się bitwa o Kępę Oksywską. Niemcy zajęli szpital w Babich Dołach gdzie znajdował się ks. Miegoń. Wielkość strat ludzkich w oddziałach Lądowej Obrony Wybrzeża była ogromna: ponad 2000 zabitych i ponad 3000 rannych. Zginął również bohaterski dowódca zgrupowania płk Stanisław Dąbek. Został pochowany przez ks. Miegonia w asyście honorowej niemieckich żołnierzy.

W niemieckiej niewoli

Obrońcy wybrzeże w niemieckiej niewoli [źródło: NAC]

Po selekcji jeńców, ks. kapelan zgodnie z zapisami konwencji genewskiej, został zwolniony. Nie był jednak w stanie odejść i pozostawić w trudnej sytuacji marynarzy i  żołnierzy, jak mówił „swoich dzieci”. Dobrowolnie podjął decyzję, że będzie z nimi dzielił jeniecki los. Tylko na chwilę wykorzystał swoją wolność aby zabrać z domu wszelkie niezbędne rzeczy, przydatne szczególnie rannym. Wziął więc koce, bandaże, prześcieradła, polowy ołtarz i książki. Oprócz tego zwrócił się do PCK  o dostarczenie odzieży dla jeńców znajdujących się w przejściowym obozie (Szkoła Morska). W dniu 1 października wraz z rannymi wypłynął z Gdyni statkiem szpitalnym Wilhelm Gustloff do Flensburga skąd przetransportowano ich do szpitala w miasteczku Itzehoe  gdzie urządzono szpital. Znalazło się w nim  ok. 2500 jeńców leczonych i pielęgnowanych jedynie przez czterech polskich lekarzy i kapelana.  Około połowy listopada  kadra szpitala została przeniesiona do oflagu X A, który znajdował się w tej samej miejscowości. Ks. A. Rewera w liście do ks. R. Śmiechowskiego z dn. 22 XII 1939 r. pisał: Władzio jest teraz w tej samej miejscowości – ale widocznie szpital zlikwidowano – w obozie oficerskim wraz z 9 księżmi cywilnemi. Oficerowie zwracają się ku Bogu. Na [?] Świętych przystąpiło do św. sakramentów 600 osób. Msze św. odprawiać można. Mają chór 4-głosowy. Sprowadzają dla jeńców szkaplerze, różańce i książeczki. Pisze, że żywność jest dostateczna. Od rodziny listów dotąd nie otrzymał choć kilka pisano i posłano mu posyłkę. Jest zdrów. Potrzebne ubrania i bieliznę zabrał z sobą.[13]

Kapelani – więźniowie oflagu IX C w Rotenburgu, zaznaczony ks. Miegoń [źródło: wojskowagdynia.parafia.info.pl]

 W Itzehoe ks. Miegoń przebywał do 8 XII 1939 r. Po tej dacie przeniesiony został do oflagu IX C w Rotenburgu nad Fuldą, stamtąd pisał do ks. R. Śmiechowskiego: Duchowieństwa ponad kopę [w oflagu]. Klimat tu górski, widoki jak u nas na Podkarpaciu. Jestem zdrów. Tęsknię do kraju i swoich. [14] W liście napisanym ponad miesiąc później ks. Miegoń prosi: Gdybyś mógł przysłać jakąś paczkę żywnościową sprawiłbyś mi dużą przysługę i radość. Do domu ani do wuja nie śmiem o to pisać.[15] Ks. Romuald spełnił prośbę kolegi, a ten w kolejnym liście dziękował: Kochany Romciu! Składam Ci serdeczne podziękowania za paczkę a szczególnie za mydło. Jest to duże poratowanie i na dłuższy czas. Po skończonej niewoli postaram się wywdzięczyć.[16] Kolejną paczkę ks. Śmiechowski wysłał na Wielkanoc, dodatkowo ks. Miegoń otrzymał paczkę z Paryża od jakiegoś byłego parafianina.[17] Wkrótce jednak miał się skończyć dla niego czas cywilizowanej niewoli. W Rotenburgu pozostał do 18 IV 1940 r. skąd przesłany został w KL Buchenwald. W obozie  pozbawiony został munduru, otrzymał pasiak i nr 1140.

Korespondencję mógł już tylko prowadzić w języku niemieckim.  Początkowo więźniowie – księża nie byli zmuszani do prac fizycznych, dopiero po odmowie zrzeczenia się obywatelstwa polskiego sytuacja diametralnie uległa zmianie, zabroniono im także prowadzenia  praktyk religijnych. W dniu 7 VII 1942 r. ks. Miegoń wraz z 51 księżmi przybył do KL Dachau. Otrzymał tam nowy numer 31223.[18] W tym samym obozie od początku czerwca znajdował się jego wuj, ks. Antoni Rewera. Tylko raz udało im się spotkać ze sobą i jedynie z pewnej odległości zamienili kilka słów.[19]

1 X 1942 r. zmarł z wycieńczenia i chorób ks. A. Rewera, a  15 dni później przyszła kolej na ks. Miegonia. Zachowała się relacja ks. Feliksa Kamińskiego ostatniego spowiednika i świadka jego śmierci:

„Leżałem, zaraziwszy się tyfusem, na trzecim piętrze obok ks. komandora Władysława Miegonia. Znałem go jeszcze przed wojną i to dobrze, bo zapraszał mnie na gremialne spowiedzi marynarzy lub prosił o zastępstwo we mszy świętej w Komendzie Marynarki Wojennej, której był naczelnym kapelanem. Poszedł do niewoli z dwiema walizkami książek, by marynarze mieli pożyteczną rozrywkę. Naturalnie nie wiedział, że znajdzie się w koncentraku. Pełen pogody zapraszał mnie do wspólnej modlitwy. Pewnego dnia z samego rana przerwał moją drzemkę: „Księże Feliksie, proszę mnie wyspowiadać , bo czuję, że zbliża się koniec”. I rzeczywiście była to jego ostatnia spowiedź. Zdążył jeszcze przyjąć Eucharystię i rozstał się z nieludzkim światem obozowym – pełnym brudu, wszy i smrodu. Świat okropności wokół lecz Bóg go doświadczył , jako złoto w ogniu próbował go i przyjął jako ofiarę całopalną. Obóz koncentracyjny był miejscem, gdzie człowiek ukazywał wielowymiarowość swojego wizerunku. Nikt tam nie mógł udawać, że jest lepszy niż faktycznie nim był. Tam od razu można było dostrzec ludzkie plewy i prawdziwe perły (…) Żal mi go było bardzo, był mi podporą i opiekunem”.

 Ciało ks. Miegonia zostało spalone w obozowym krematorium. Akt zgonu wysłany został z Dachau do Samborca dopiero 8 III 1943 r., informował, że duchowny katolicki, Władysław Miegoń zmarł 15 X 1942 r. o godz. 8:45 z powodu niewydolności serca i krążenia oraz zapalenia opłucnej z wysiękiem.

Piece krematoryjne w Dachau [źródło: https://stacja7.pl/historia/oboz-w-dachau-kaplanski-katyn]

Epilog

            Wśród wielu osób, z którymi stykał się za życia ksiądz Miegoń panowała opinia, że był to wyjątkowy kapłan posiadający przymioty osoby świętej: gorliwość wiary, zawierzenie Bogu, skromność, sprawiedliwość, ofiarność, miłosierdzie, pogodę ducha. W latach siedemdziesiątych oficerowie MW przebywający na emigracji w Argentynie ufundowali ks. Miegoniowi tablicę pamiątkową, na której napisali: O Gwiazdo Morza Tobie serca marynarzy. Dziś znajduje się ona w kruchcie Kościoła Garnizonowego na Oksywiu. W 1992 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny  grupy polskich męczenników II wojny światowej, do niej zaliczono również księży Miegonia i Rewerę. Beatyfikacji 108 męczenników dokonał papież Jan Paweł II 13 VI 1999 r. w Warszawie. Od tego momentu mógł rozwijać się kult bł. Władysława Miegonia. Powstało wiele opracowań książkowych, namalowano kilka obrazów, ufundowano kilka tablic pamiątkowych, nadano jego imię dwóm gimnazjom (Gdynia i Strzebielino), jego wezwanie posiada Parafia Wojskowa Świnoujście, Parafia Straży Granicznej w Chełmie, kaplica w Akademii Marynarki Wojennej. Ostatnio do miejsc upamiętniających postać Błogosławionego dołączyła także  Iłża.  Iłżeckie Towarzystwo Historyczno-Naukowe z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości ufundowało tablicę poświęconą iłżeckim żołnierzom Polskiej Organizacji Wojskowej, na której znajduje się nazwisko ks. Miegonia.  W roku 2019 Towarzystwo przeprowadziło szereg inicjatyw dla uczczenia 100-lecie zakończenia pracy duszpasterskiej ks. Miegonia w Iłży. Finałem tych działań  było  poświęcenie i ofiarowanie  obrazu z wizerunkiem Błogosławionego dla iłżeckiego kościoła parafialnego. Autorką obrazu jest Pani Nina Drab, studentka ostatniego roku Konserwacji Dzieł Sztuki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Towarzystwo wydało również 1200 obrazków, które będą rozpowszechniane wśród mieszkańców Iłży.

Tablica na Domu Sunderlandów ufundowana przez ITH-N [fot. P.N.]
Obraz bł. ks. kmdr. ppor. Wł. Miegonia ofiarowany przez ITH-N dla iłżeckiego kościoła parafialnego [fot. ze zbioru N. Drab]
Obrazek wydany z okazji poświęcenia obrazu 29.12.2019 r. [fot. P.N.]

Listy ks. Wł Miegonia z obozów koncentracyjnych Buchenwald i Dachau (tłumaczenie Joanna i Władysław Tomczyk)

Miegoń Władysław                                                       [Buchenwald] 16.II.1941 Nr.1140  Blok 33

Kochany Janku.

Kartę od Marysi z 25.I. otrzymałem. Mój list z 19. I. z pewnością już też otrzymaliście. Jestem zdrowy i proszę, żeby  się mama o mnie nie martwiła. Moje myśli są codzienne przy Was. Bardzo się cieszę, że dostaliście tę  zimową  spódnicę i możecie ją nosić w razie potrzeby. Bardzo mnie ucieszyła  wiadomość,  że się  ojcu polepszyło. Wkrótce  będziecie w polu rozpoczynali wiosenne prace. Byłoby dobrze na miejscu zmarzniętych drzewek nowe zasadzić. Najlepiej kupić jabłonie. W ogrodzie radzę Wam zasadzić  więcej warzyw (groch, fasolę ). Marysia ma w tym kierunku więcej  doświadczenia, to będzie wiedziała co robić. Czy kartofle zmarzły tej zimy? Pozdrówcie ciocię Śliwińską. Marian pisał, że też jest zdrowy i przesyła pozdrowienia. Poproszę wujka, żeby w moim imieniu przekazał  Romkowi [Śmiechowskiemu] życzenia imieninowe. Pozdrawiam wujka i całą rodzinę.

Władek.


Miegoń Władysław [Buchenwald] 16.III.41  Nr. 1140                                                        

Kochany Wujku

Dziękuję serdecznie za list z dn. 22.II. Proszę wybaczyć, że tak długo nie odpisywałem, ale mam nadzieję, że czytał wujek te listy, które pisałem 19. I. do Marysi, a 16. II. do Janka. Wiadomość, że Marysia ma nadzieję na nową pracę bardzo mnie ucieszyła. Dziękuję serdecznie wujkowi za  modlitwę z prośbą o dalszą. Często mi się wujek śni, a także reszta rodziny a to dlatego, że często o Was myślę. Ja jestem zdrowy. Jeżeli wujek będzie pisał do siostry Krzysztofa to proszę go pozdrowić. Pani Szulc pytała się o Marysię, może ona jej coś napisze. Ona teraz mieszka w Warszawie ul. Koszykowa 44 m 15. Wujek będzie miał przed Wielkanocą dużo pracy, ale proszę przy tym  pamiętać o swoim zdrowiu. Bardzo się cieszę, ze Jurek studiuje, bo czas szybko ucieka. Czy Ela skończyła już szkołę zawodową? Proszę przy okazji pozdrowić ciocię  Śliwińską i kuzynkę Dramińską. Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych przesyłam życzenia kochanemu wujkowi, moim rodzicom a także całej rodzinie,

 Wasz Władek.


Miegoń Władysław                                                               [Buchenwald] 19.IV.42 Nr 1140 , Blok 50 b

Kochani Rodzice, Andziowie, Marysiowie, Jankowie,

otrzymałem  Wasze listy z dnia 31III. i 26 II. Dziękuję bardzo za Wasze listy i za pamięć. Listu z 22 III, który pisałem do wujka i w którym powiadomiłem o wcześniejszym  przyjeździe, na pewno nie otrzymaliście z powodu jego wypadku.[20] Bardzo się przyjąłem, kiedy otrzymałem wiadomości o wujku Antonim i Kaziku. Bóg ma ich w swojej opiece. Rodzice powinni z powodu podeszłego wieku więcej o siebie dbać. Mam nadzieję, że to ciepło i słońce dobrze ojcu zrobi a także Marysiowi wiosna i lato dobrze zrobią. Żeby tylko szybko wyzdrowieli. Często myślę o Waszych troskach i przeżywam je z Wami. Czy zakończyliście już prace wiosenne w polu i w ogrodzie? Czy ostra zima zniszczyła drzewka? Czy Janek ma w kuźni dużo pracy? Dużo o Was myślę i wyobrażam sobie w myślach poszczególne osoby. Hela napisała bardzo ładnie te dwa listy. Bardzo mnie cieszy, że utrzymuje dalej przyjaźń z Marysią, podobnie jak ja z Marianem. Jestem zdrów i Marian też, ale martwię się o Was. Od Staszewskich otrzymałem listy i pieniądze. Pieniędzy mam dosyć, że wystarczy do końca i dlatego prosiłem listownie, żeby już nic więcej nie wysyłali. Czy Marysia napisała kuzynce Szulc? Jej mąż i gdańscy  krewni przesyłają mi miesięcznie  pieniądze. Jeżeli się coś dowiecie o wujku Antonim to proszę mnie powiadomić. Pozdrawiam wszystkich serdecznie

 Wład.


Miegoń Władysław                                               Dachau, 25.VII.42 

Data ur. 30.9.92 Nr więźnia 31223, blok 28/3, Dachau 3K

Moi kochani Rodzice, Jankowie, Marysiowie, Andziowie i Dzieci.

Z okazji imienin Andzi przesyłam serdeczne życzenia. Codziennie myślę o Was. Marysiu podziękuj kuzynce Szulc i Składkowskiej za życzenia mi zdrowia i powiedz, że nie mogę jej bezpośrednio napisać. Podziękuj kuzynce Szulc za pieniądze, które przesłał mi jej mąż. Powiedz Krysi, że wiadomości mogę teraz tylko przez Dirka przekazywać. Powiedz bratu Wincentemu, żeby wujkowi przesłał trochę pieniędzy, a jeżeli sam nie może to przez Jana Kantego albo krewnych śląskich. Napisz też Marysiu do siostry Krzysztofa, która teraz mieszka przy ul. Szumachera 17/18 Dom Starców w Poznaniu i podziękuj za pamięć o mnie. Kartę od niej otrzymałem. Ja jestem zdrów. Pozdrawiam wszystkich i całuje z całego serca. 

Wasz Władek.


Miegoń Władysław                                                                            Dachau, 9.8.42

Data ur. 30.9.92 r.

Nr więźnia 31223, blok 28/3, Dachau 3 K

Kochani Rodzice, Jankowie, Marysiowie, Andziowie i Dzieci.

Dziękuję bardzo za Wasze wiadomości. Podczas żniw będziecie mieli sporo pracy, chętnie bym Wam pomógł gdybym  był w domu. Bardzo mnie to cieszy, że Wy i rodzice jesteście zdrowi. Ja też dzięki Bogu jestem zdrów. Codziennie myślę o Was. Szkoda że Władek pomimo tego, że mieszka obok wujka z nim nie rozmawia, ani go nie pociesza. Myślę, że otrzymaliście moje dwa listy. Czy noga Marysi się już  wygoiła? Minęło już 3 lata od ostatniego naszego spotkania i myślę, że tak szybko się nie spotkamy. Bóg  Wszechmogący  nam pomoże, że się wkrótce spotkamy. Bylibyśmy wszyscy szczęśliwi. Te myśli dodają mi siły do przetrwania tej ciężkiej rozłąki.

Serdeczne pozdrowienia dla całej rodziny

Wasz Władek.


Miegoń  Władysław                                                                             Dachau, ?.9.42

Data ur. 30.9.92 Nr. więźnia 31223, blok 28/3, Dachau 3 K

Moi kochani Rodzice, Jankowie, Andziowie, Marysiowie i Dzieci

Przypuszczam, że daliście kuzynowi Staszewskiemu mój list z dnia 6.9 do przeczytania. Dziękuję Wam za to. Dziękuję Wam też za Wasz list z dnia 8.9, który mnie bardzo ucieszył. Mam nadzieję,  że pogoda w sierpniu i we wrześniu umożliwiła  wam żniwa,  ale obawiam się,  że ta susza nie jest dobra dla rozwoju roślin. Macie trochę owoców  dla własnego  użytku?  Jesteście  wszyscy zdrowi?. Dowiedziałem  się, że wujek Antoni dobrze wygląda  i idzie mu dosyć  dobrze. Cieszę  się  z wiadomości  od Edzia. Ja jestem też zdrowy. Gdyby Jurek miał  czas, mógłby  jesienią robić  praktykę  u ogrodnika w Zawierzbie [?]. Takie wiadomości  byłyby  w życiu  przydatne i bardzo ważne.  Czy Hela dalej uczy u pani Burzyńskiej? Chciałbym  wszystko o Was wiedzieć,  o  rodzicach i o Waszych dzieciach. Chciałbym  wszystko wiedzieć bo jest mi tęskno za Wami i nie mogę  się  doczekać  tego momentu, kiedy się znowu zobaczymy i nacieszymy się sobą. Przesyłam pozdrowienia dla cioci Śliwińskiej. Serdecznie dziękuję za modlitwy i mszę św. Pozdrowienia dla Mariana, Marysiowi życzę zdrowia. Pozdrowienia i całusy dla całej rodziny.

Wasz Władek.

Ostatni z zachowanych listów ks. Miegonia z KL Dachau z września 1942 r. [Fot. P.N.}

Korespondencja osobista  ks. Miegonia  w zasobach Archiwum Diecezjalnego w Sandomierzu (akta personalne księży: Władysława Miegonia, Antoniego Rewery, Romualda Śmiechowskiego)

Bodzentyn  1   09.05.1916

Staszów      1 17.03.1917

Iłża            7 21.07.1917,  20.08.1917, 06.12.1917, 25.02.1918, 28.11.1918, 30.12.1918,  17.01.1919

Poznań       1 29.04.1919

Toruń         2 11.10.1920, 21.10.1920

Puck         11 12.03.1920, ??.01.1921, 13.01.1921, 21.02.1921, 10.06.1921, 04.11.1924, 18.05.1925, 09.09.1925, 14.06.1926, 02.09.1926, 30.09.1926

Gdynia       7  02.01.1927, 14.02.1927, 30.03.1927, 11.11.1927, 24.04.1928, 29.05.1928, 20.11.1928

Lublin        18 22.12.1928, 12.03.1929, 08.10.1929, 20.10.1929, 10.12.1929,  09.03.1930, 10.10.1930, 18.11.1930, 10.01.1931, 02.04.1931, 03.09.1931, 17.11.1931, 28.06.1932, 07.08.1932, 24.10.1932, 20.01.1933, 08.02.1933, 14.11.1933

Gdynia     20 30.03.1934, 29.04.1934, 19.03.1935, 12.04.1936, 26.03.1937, 09.12.1937, 25.01.1938, 30.01.1938, 16.03.1938, (M/S Batory) 07.04.1938, 15.05.1938, 29.05.1938, 16.08.1938, 26.09.1938, 24.12.1938, 10.05.1939, 20.06.1939, 07.08.1939, 07.08.1939, 22.08.1939

Oflag IXc 4   18.12.1939, 29.01.1940, 02.03.1940, 01.04.1940

Buchenwald 5  24.06.1940, 28.12.1940, 16.02.1941, 16.03.1941, 19.04.1942

Dachau    4   25.07.1942, 09.08.1942, 23.08.1942, ??. 09.1942


Dziękuję za pomoc i życzliwość w pozyskiwaniu materiałów do niniejszego artykułu  ks. Emilowi Hapakowi z Archiwum Diecezji Sandomierskiej oraz tłumaczom listów ks. Miegonia z obozów koncentarcyjnych – Joannie i Władysławowi Tomczyk z Niemiec.

                                                                                                          Paweł Nowakowski


[1] Mieszkał przy ul. Powiatowej a później przy Bartosza Głowackiego. Pracował na ul. Szpitalnej 12

[2] List do ks. A. Rewery z 10.12.1929 r.

[3] Zachował się film z tej uroczystości pt. Uroczystość poświęcenia fregaty Dar Pomorza, dostępny na stronie http://www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl/node/7935 .Utrwalona w nim została także sylwetka ks. Miegonia. (od 2:09 do 2:14 min.)

[4] List do ks. A. Rewery z 17.11.1931 r.

[5] List do ks. A. Rewery z 30.03.1934 r.

[6] List do ks. A. Rewery z 09.12.1937 r.

[7] Dziennik Bydgoski 1937, R. 31, nr 253.

[8] Wysłany z Gdyni 07.08.1939 r., oryginał listu znajduje się w ADS, Akta osobowe ks. R. Śmiechowskiego.

[9] List do R. Śmiechowskiego z 26.09.1938 r. ADS, akta osobowe ks. Romualda Śmiechowskiego.

[10] J.w. list z 10.05.1939 r.

[11] J.w. list z 07.08.1939 r.

[12] J. Pertek, Kapelan Marynarki Wojennej Ksiądz Władysław Miegoń, [w:] Wrocławski Tygodnik Katolicki, nr 21 (23 V 1976)

[13] ADS, Akta personalne ks. Romualda Śmiechowskiego.

[14] ADS, Akta personalne ks. Romualda Śmiechowskiego, list z 18.12.1939 r.

[15] ADS, Akta personalne ks. Romualda Śmiechowskiego, list z 29.01.1940 r.

[16] ADS, Akta personalne ks. Romualda Śmiechowskiego, list z 02.03.1940 r.

[17] ADS, Akta personalne ks. Romualda Śmiechowskiego, list z 01.04.1940 r.

[18] W dotychczasowych opracowaniach książkowych i w ikonografii rozpowszechniony jest błędny numer obozowy – 21223. Dokumentacja obozowa oraz listy podają właściwy numer 31223.

[19] Tuż po wojnie na tym samym placu apelowym znalazł się  członek rodziny Miegoniów, bratanek i chrześniak  ks. Władysława, Jerzy Miegoń. Później o losie stryja słyszał od polskiego kapłana, który uczył go religii w Chiseldon (Anglia), zob. Miegoń J., Życiorys ś.p. ks. Władysława Miegonia brata mego od 1920 r., ADS, Akta personalne ks. Wł. Miegonia.

[20] 16 III 1942 r. ks. Antoni Rewera został aresztowanie przez Gestapo