Dziegieć z miodem czyli o konserwacji ruin zamku Iłża

Dziegieć z miodem czyli o konserwacji ruin zamku Iłża

W artykule pt. Projekt „Zaślepianie” , opublikowanym 10.07.2021 r. na stronie ilzahistoria.pl,  dokonano krytycznej oceny „Projektu konserwacji i odtwarzania części murów zamku górnego w Iłży w zakresie niezbędnym dla zachowania i ustabilizowania konstrukcji zabytku”.  Przypomnę pokrótce główne zarzuty do projektu: niedostatecznie rozeznano historyczną formę obiektu i jego przemiany; nie uwzględniono obecności kilku otworów okiennych w zaplanowanych do odbudowy murach; w planowaniu ciągów komunikacyjnych (schodów) nie wzięto pod uwagę ich pierwotnych przebiegów; zwieńczenia murów zaprojektowano tak jakby  były to elementy kompletne, zubażając tym samym formę ruin  do linii poziomych i lekko skośnych. Z listy krytycznych uwag Mazowiecki  Wojewódzki Konserwator Zabytków uznał za słuszne uzupełnienie projektu o dwa otwory okienne i  zachowanie autentycznej posadzki w pomieszczeniu kredensu (została zakryta nową posadzką).

Rok trwała renowacja zamku górnego w Iłży. 4 czerwca 2022 r. obiekt ponownie został udostępniony dla ruchu turystycznego. Zachwyt i uznanie to najczęstsze reakcje odwiedzających odnowione ruiny. Pozytywne opinie o renowacji powszechne są w mediach społecznościowych. To oczywiste sygnały, że odbudowa osiągnęła cel wizerunkowo-propagandowy. Korzystną ocenę  ostatnich dokonań wzmacniają pochlebne komunikaty medialne (generowane głównie przez beneficjentów mniemanego sukcesu) oraz sprawne zarządzanie obiektem. Zatrudniono nowe pracownice do obsługi ruchu turystycznego, zracjonalizowano godziny otwarcia, uruchomiono sklepik z pamiątkami.  Dzięki tym działaniom  zamek zaczął intensywnie żyć,  stał się miejscem licznych imprez,  wykorzystywany jest jego potencjał. Ważnym osiągnięciem właściciela obiektu było pozyskanie zewnętrznych środków na odbudowę i przychylności Urzędu Konserwatorskiego oraz doprowadzenie do renowacji. Natomiast sam przebieg prac i ich rezultat nie powinien być powodem chluby dla żadnej ze stron zaangażowanych w proces renowacji.

PRZEBIEG PRAC

16 czerwca 2021 r., Gmina Iłża podpisała umowę w firmą Goplan-art, wykonawcą renowacji zamku. Prace miały trwać cztery miesiące, jednak szeroki zakres zaplanowanych działań jak i niewielka liczba delegowanych na zamek pracowników wskazywały, że nie zakończą się w wyznaczonym terminie.  Na wstępie przystąpiono do czyszczenia murów z roślinności i luźnego materiału wierzchniego. Zakres rozbierania murów stał się przyczyną konfliktu między generalnym wykonawcą, a podwykonawcą p. Filipem Politem, który wyraził publicznie dezaprobatę do polecenia murowania na  rumoszu.  Po opublikowaniu filmu ukazującego problem, umowę z p. Politem rozwiązano ( https://www.youtube.com/watch?v=9Iv_uHllomQ ), a przepływ informacji o przebiegu robót został zablokowany przez wykonawcę i inwestora. Dlatego nie ma pewności czy wszystkie zalecenia wskazane przez projekt konserwatorski zostały zrealizowane np. odsolenie murów. Niektóre z zaleceń wykonywano dopiero po ukazaniu się w mediach społecznościowych informacji o ich braku . Tak było z nakryciem murów. Czynność ta  powinna zostać zrealizowana  już podczas prac wstępnych. Osuszenie murów było warunkiem właściwego przeprowadzania dalszych działań konserwatorskich. W rzeczywistości mury przykryto dopiero po emisji filmu p. Bartka Swata, w którym wspomniano o tym zaniedbaniu.   (https://www.facebook.com/100003618186597/videos/916775585537207 , emisja 25 lipca 2021 r. , od 6’40’’). Na placu robót więcej pracowników pojawiło się dopiero we wrześniu. Zwiększono tempo prac, ustawiono drugi dźwig. Na początku listopada miało miejsce obsunięcie się fragmentu nowo wznoszonego muru. Wyłom został pospiesznie uzupełniony, a niepowodzenie wyciszono. Nie zakończono prac w wyznaczonym terminie. Trwały do początku grudnia 2021 r. przy czym murowano jeszcze podczas przymrozków, co prawdopodobnie było przyczyną późniejszego pękania kamieni.

Ostatnim etapem renowacji zrealizowanym już w 2022 r., było wzniesienie drewnianym przypór przy wieży głównej oraz instalacja dwóch metalowych ram na schodach prowadzących do wieży. Ramy w pierwszym ustawieniu stanowiły niebezpieczeństwo dla zwiedzających. Po zasygnalizowaniu problemu na stronie fb Zamek Iłża, położenie ram skorygowano.

Na zdjęciach pierwsze ustawienie ram, po zamieszczeniu informacji na fb o złej i niebezpiecznej instalacji ustawienie ram zostało poprawione.

OCENA PRZEDSIĘWZIĘCIA

Ocena realizacji projektu wymaga uzyskania odpowiedzi na kila pytań: Czy projekt opracowano zgodnie z zasadami wyszczególnionymi w Karcie Ochrony Historycznych Ruin?   Czy projekt opracowany został na podstawie pełniej wiedzy o historycznym obiekcie? Czy renowacja została przeprowadzona zgodnie z zasadami sztuki konserwatorskiej? Czy obiekt w nowej odsłonie nie utracił  istotnych dla zbytku wartości?

Rozpocznijmy od analizy tytułu projektu, który brzmi Projekt konserwacji i odtwarzania części murów zamku górnego w Iłży w zakresie niezbędnym dla zachowania i ustabilizowania konstrukcji zabytku. Zakres prac, z pewnością przekroczył znacznie poziom niezbędny do  ustabilizowania konstrukcji zabytku. Karta Ochrony Historycznych Ruin dopuszcza konsolidację i wzmocnienie elementów, ale przy zachowaniu zasady minimum interwencji ( http://www.icomos-poland.org/pl/dokumenty/uchwaly/130-karta-ochrony-historycznych-ruin.html ). Nie można uznać, że zasada ta respektowana była na zamku Iłża gdyż nowe nadbudowy zdominowały i pochłonęły prawie całkowicie historyczne mury. Przy czym konserwator przyjął dziwną koncepcję zakrywania reliktów zamiast ich eksponowania.

Artykuł „Projekt zaślepianie” zakończony został uwagą o konieczności prowadzenia właściwego nadzoru konserwatorskiego i budowlanego, jako warunku sine qua non  powodzenia  przedsięwzięcia. Wielokrotnie podczas trwania prac można się było przekonać, że nadzory są niewydolne. Świadczyła o tym przede wszystkim jakość prac murowych,  (brak jednorodnych, uporządkowanych  wątków muru, narożniki bez pionów i przewiązań, w pewnych miejscach brak uzupełnień zaprawy, w innych niedbała uzupełniania, brak obróbki kamieni licowych i narożnych, nieumiejętne  wykonanie sklepień i rozglifień otworów drzwiowych i okiennych). Wszystkie mniej lub bardziej wyraźne niedoskonałości wskazują na niskie kwalifikacje pracowników oraz brak nadzoru. Przy właściwym funkcjonowaniu kontroli, błędy byłyby natychmiast korygowane, nie dopuszczono by do ich kumulacji i utrwalenia.  Spektakularnym efektem  braku fachowości i nadzoru było wspomniane osunięcie się fragmentu nowo wznoszonego muru.

Narożniki wykonano niedbale, nie posiadają przewiązań i nie trzymają pionów. [fot. P.N.]

Autentyzm jest najważniejszą wartością  ruin. Działania konserwatorskie mają za zadanie zachować tę wartość. Czynią to przez używanie materiału identycznego z tym, który był użyty do wzniesienia budowli, przez zachowanie dawnych rozwiązań  konstrukcyjnych, przez utrzymanie dawnej formy i funkcji, którą pełniła dana przestrzeń. Ile autentyzmu posiadają odnowione ruiny zamku Iłża? Z oryginałem łączy je materiał, czyli kamień wapienny i ogólna forma, natomiast obszar rozwiązań konstrukcyjnych i funkcjonalnych niewiele ma wspólnego z historycznymi wzorcami. Nie został spełniony nawet tak podstawowy wymóg jak  odtworzenie murów  w formie opus emplectum, z wyraźnym warstwowym układem kamieni.  W nielicznych fragmentach można dostrzec ten porządek,  jednak  zdecydowana większość odbudowanych murów  posiada cechy opus incertum.  

Nie został spełniony nawet tak podstawowy wymóg jak  odtworzenie murów  w formie opus emplectum, z wyraźnym warstwowym układem kamieni.  W nielicznych fragmentach można dostrzec ten porządek,  jednak  zdecydowana większość odbudowanych murów  posiada cechy opus incertum [fot. P.N.]
Niegdyś okno skarbca, dziś w tym miejscu jest wielka prostokątna dziura bez glifów i kolebkowego sklepienia [fot. P.N.]

Poniżej przedstawiono efekty niektórych błędnych działań popełnionych podczas renowacji zamku górnego w Iłży.

1. Otwór okienny w skarbcu, z racji swego położenia (w pomieszczeniu parteru), musiał być niewielki i miał raczej charakter świetlika – strzelnicy niż typowego okna. Z inwentarzy wiemy, że chroniony był podwójną kratę. Do momentu odbudowy miał zachowany dolny glif. Obecnie w tym miejscu jest wielka prostokątna dziura bez glifów i kolebkowego sklepienia. Otwór ani rozmiarem ani konstrukcją nie nawiązuje do oryginału.

2. Otwór okienny w pomieszczeniu na prawo od  rejterady (nad dużą piwnicą) z zewnątrz posiada kształt i proporcje otworu okna romańskiego, od wewnątrz jest nieforemny, bez proporcji, przesadnie rozglifiony na boki, a spłaszczony w pionie.  Z pewnością tak nie wyglądał autentyczny otwór. Posługując się metodą analogii, powinien mieć zbliżoną wielkość do sąsiedniego otworu (w pomieszczeniu nad małą piwnicą), bowiem znajdują się one w tym samym segmencie budowli.

Otwór okienny w pomieszczeniu nad dużą piwnicą na zewnątrz posiada kształt i proporcje otworu okna romańskiego, od wewnątrz natomiast jest nieforemny bez proporcji, przesadnie rozglifiony na boki, a spłaszczony w pionie. [fot. P.N.]

3. W wielu miejscach renowacja usunęła  pozostałości oryginalnych rozwiązań konstrukcyjnych, wprowadzając nowe, obce historycznej budowli.  Jaskrawym przykładem braku przemyśleń o tym jak powinien wyglądać odtwarzany element jest „rekonstrukcja” otworu okiennego piwnicy w zachodnim murze obwodowym. Znajduje się on w sąsiedztwie zachowanego oryginalnego i na pewno bliźniaczego otworu okiennego, który ma czytelną formę i wymiar. Pełniły on tę samą funkcję i z pewnością były wykonane w tym samym czasie. Niestety przy odtwarzaniu zniszczonego otworu nie skorzystano z oczywistego wzorca do rekonstrukcji.

Fot. 1. Oryginalne okienko od piwnicy odkryte w 2015 r. (stan z 2019 r.); fot. 2. To samo okno już po rekonstrukcji; fot. 3. „Rekonstrukcja” bliźniaczego otworu okiennego [fot. P.N.]

Brak wierności pierwotnym rozwiązaniom konstrukcyjnym widoczny jest także w otworze okiennym w  pomieszczeniu nad małą piwnicą. W dawnych budowlach posiadających grube mury, okna  osadzano w rozglifionych  wnękach.  Czasami okna wspierały się na znacznie cieńszym murze niż grubość ściany.  Dzięki temu można było zbliżyć się do niego, wyjrzeć na zewnątrz lub skorzystać w tym miejscu z lepszego światła. Wnęka okienna była bowiem najlepiej doświetloną częścią pomieszczenia. Właśnie taki charakter posiadał rzeczony otwór. Do momentu renowacji ślady takiego rozwiązania były czytelne, dziś próżno ich  szukać, zostały zlikwidowane.

Górna fotografia przedstawia dawne rozwiązanie , czerwoną linią zaznaczono przestrzeń we wnęce na której znajdowała się posadzka.  Dzięki temu można było zbliżyć się do okna, wyjrzeć na zewnątrz lub skorzystać w tym miejscu z lepszego światła. Często we wnękach instalowano ławy. Na dolnej fotografii stan po renowacji. [fot. P.N.]

Podczas renowacji wykonano kilka łuków w otworach drzwiowych i okiennych. W większości są one pozbawione odpowiedniej formy i proporcji.  Niektóre z nich znajdują się w miejscach, w których nie powinny się znajdować. To co niegdyś było  sklepione jest płaskie, a co było płaskie jest sklepione, w miejscu małych otworów okiennych są duże i na odwrót.

To co niegdyś było  sklepione jest płaskie, a co było płaskie jest sklepione. Otwór okienny w wieży bramnej na pewno był łukowo sklepiony, natomiast nad drzwiami znajdowała się prosta belka nadprożna i łuk nie wchodził na węgary. [fot. P.N.]

4. W pomieszczeniach nad piwnicami znacznie podwyższono poziom posadzek ponad oryginalny poziom użytkowy, natomiast nie uczyniono tego w sieni prowadzącej do wieży głównej. W jej ścianach są widoczne ślady po schodach, szkoda że nie odtworzono ich na oryginalnej wysokości. 

Ślady po schodach w sieni prowadzącej na wieżę i piętro skrzydła północnego

5. Główna klatka schodowa, to miejsce gdzie można zauważyć całkowity brak koncepcji włączenia tej przestrzeni w funkcjonalność obiektu.  Wejście do niej prowadzi przez zbyt niski otwór drzwiowy (było to niegdyś wejście reprezentacyjne). Tuż za nim, po lewej stronie, znajdował się mur, który niestety usunięto (w jakim celu?). Plan nie przewidywał rozebrania tego fragmentu. Niegdyś spoczywał na nim czwarty bieg schodów.   Natomiast za drugim biegiem schodów wzniesiono wysoki mur, której nigdy tam nie istniał. Zniszczono więc oryginalny fragment muru, a wzniesiono nowy, którego nigdy tam nie było. Przyjęto koncepcję nierozsądną i niszczącą. Racjonalnym i najprostszym  rozwiązaniem było zaprojektowanie w klatce schodowej, schodów na górny taras. Odtworzono by w ten sposób autentyczny przebieg ciągu komunikacyjnego, a klatka schodowe nie kończyłaby się  ślepym zaułkiem jak obecnie.

fot. 1. Wejście do głównej klatki schodowej, na zielono zaznaczono usunięty fragment muru, na którym niegdyś wspierał się czwarty bieg schodów; fot. 2. Zakończenie klatki schodowej- ślepy zaułek, na czerwono oznaczono mur, który nigdy wcześniej nie istniał; fot. 3. Widok klatki schodowej z góry , na czerwono oznaczono mur, który wcześniej nie istniał. [fot. P.N.]

6. Podczas renowacji zaprzepaszczono szansę odtworzenia oryginalnych przebiegów ciągów komunikacyjnych. Chodzi głównie o pomieszczenia, w których znajdowały się schody na piętro. Obecne lokalizacje schodów nie pokrywają się z lokalizacjami historycznymi. Jest to ewidentne pomniejszenie autentyzmu funkcjonalnego obiektu.

7. Poza istotnymi błędami konstrukcyjnymi odbudowa przyczyniła się do  pomniejszenia wartości estetycznych ruin.  Szczególnie myślę tu o wizerunku przypór wieży bramnej. Mogą one pretendować do  wzorca estetycznej degradacji zabytku. Do tej pory pierwszoplanowym destruktorem estetyki był daszek na wieży głównej tzw. parasolka, renowacja „wzbogaciła” ruiny o specyficzne szkarpy. Do degradacji estetycznej zabytku dochodzi gdy nowe elementy ostro kontrastują ze startymi, zamiast stanowić harmonijne uzupełnienie. Faktura  tworzona przez łamany wapień mocno kontrastuje z  gładką i kształtną okładziną  przypór. Dodatkowo niefortunnie został dobrany kolor płyt oraz sposób  ich ułożenia (szczególnie na północnej przyporze).  Troską konserwatora powinno być przywrócenie szkarpom oryginalnych okładzin. Wiele z nich odnaleziono podczas badań archeologicznych w 2015 r., inne zalegają u podnóża południowej przypory. Niestety, żadna z nich nie wróciła na swoje miejsce.

Nowe okładziny na przyporach kontrastują z murami z łamanego kamienia. Na dolnym zdjęciu okładzina, która kiedyś obsunęła się z południowej przypory i zalega do dziś na zboczu. [fot. P.N.]

8. Odtworzone otwory okienne i bramy zaopatrzono w kraty, które wykonano z płaskowników co nadaje im współczesny charakter. W skrzydle południowym znajduje się inny rodzaj krat, który lepiej nawiązują do dawnych wzorców. Dodatkowo nowe kraty w wejściu na zamek górny i w  bramie głównej zostały nowocześnie zamontowane. Jest to bardziej przejawem oszczędność czasu i środków niż dbałości o wierność historycznym rozwiązaniom.

Nowoczesna instalacja kraty. [fot. P.N.]

9. Wyrazem braku rozeznania i poszanowania oryginalnych elementów zamku było pominięcie w pracach zabezpieczających  przypory muru obwodowego od strony północno-zachodniej. Nie tylko nie objęto jej projektem, ale podczas układania instalacji odgromowej została częściowo zniszczona przekopem.  

Na czerwono zaznaczono przyporę muru obwodowego od strony północno-zachodniej. Dzisiaj pozostał po niej tylko fundament [fot. J. Rozpędowski, IHASiTPW, 1962 r.]

10. Nie dokończono działań konserwatorskich na licu zachodnim przypory południowej wieży bramnej. Pozostawiono bez zabezpieczenia strzępia muru łączącego basteję z przyporą. Nie dokończono również uzupełniania zaprawy między okładzinami z piaskowca.

11. Ekipa budowlana nie posiadała fachowców zdolnych do realizacji zadań  stricte konserwatorskich i rekonstrukcyjnych. Świadczą o tym nieumiejętne rekonstrukcje m.in. łuków w przejeździe bramnym, okna piwnicy, przewodu kominowego w pomieszczeniu kredensu oraz konserwacja lica przypór (niestaranne uzupełnienia zaprawy między okładzinami). Wśród pracowników nie było najprawdopodobniej kamieniarzy i brukarzy. Kamienie obrabiano jedynie z grubsza. W całej renowacji nie znajdziemy przykładu starannej obróbki kamieniarskiej. Przy układaniu bruku nie wzięto pod uwagę wzorca jakim jest oryginalny fragment w części południowo-zachodniej dziedzińca. Nie wyprofilowano należycie płaszczyzn spływu, nie udało się nawet odtworzyć dawnej formy i jednolitego przebiegu rynsztoku centralnego.

Niestaranne i niekompletne uzupełnienia zaprawy między płytami prezentują bardzo niski poziom wykonania . [fot. P.N.]
Zdjęcia górne przedstawiają kominek przed i po konserwacji. Na zdjęciu dolnym dziedziniec, zielona ramka obejmuje oryginalny rynsztok, ramka czerwona obejmuje nowy rynsztok. Budowniczy nie zachowali oryginalnej formy i jednolitości rynsztoku. [fot. P.N.]
Oryginalny fragment bruku w południowo-zachodniej części dziedzińca. Wyraźnie widać uporządkowany układ kamieni oraz przebieg rynsztoku bocznego[fot. P.N.]

12. Porażką należy określić odtworzenie południowo-zachodniego narożnika muru obwodowego. Na historycznej rycinie E. Dahlbergha posiadał on ostrą krawędź, która wyraźnie odcinała światło od cienia. Obecnie w tym miejscu znajduje się obłe zagięcie muru, na którym światło rozprasza się w różnych kierunkach. „Narożnik ” nie trzyma pionu i w górnej części wysunięte jest na zewnątrz. Wykonawca nie potrafił odtworzyć oryginalnego wyglądu narożnika choć dysponował jego elementami w postaci staranie obrobionych ciosów kamiennych.

Fot. 1. Oryginalne ciosy narożnika południowo-zachodniego; fot. 2. obły szczyt narożnika; fot. 3. „Narożnik ” nie trzyma pionu i w górnej części wysunięte jest na zewnątrz. [fot. P.N.]

Wizualne przejawy niskiej jakości prac murarskich potwierdziła zima. Choć nie wystąpiły  uciążliwe wahania temperatur ani obfite opady,  świeżo wzniesione mury doznały licznych uszczerbków. W kamieniach pojawiły się głębokie pęknięcia i odpryski, które na wiosnę gęsto zaścielały podnóże murów.

W kamieniach licowych pojawiły się głębokie pęknięcia i odpryski, które na wiosnę gęsto zaścielały podnóże murów. [fot. P.N.]

13. Wzniesienie przypór przy wieży głównej to pomysł, który narodził się podczas trwania renowacji. Rzekomo mają one stabilizować mur obwodowy dochodzący do wieży. Uzupełnieniem przypór są dwie metalowe ramy zainstalowane w wejściu na wieżę. Przed remontem mgr inż. T. Bagiński wykonał analizę stateczności wieży, w której stwierdził, że „Aktualnie nie ma potrzeby podejmowania żadnych działań remontowych konstrukcji nośnej wieży zamkowej , ponieważ jej stabilność jest [w] pełni zachowana. Wskazane jest natomiast zwrócenie uwagi na powierzchniowe zarysowania i spękania lica elewacyjnego murów obwodowych wieży oraz ogniska degradacji granularnej substancji murowej na elewacji (…) Zaleca się ich likwidację metodą przemurowania.” W analizie nie ma więc mowy o ustawianiu przypór ani ram, kolejnych elementów zakłócających i tak już nadwyrężoną estetykę ruin.

14. Ostatnią z wyszczególnionych nieprawidłowości jest pozostawienie przez ekipę budowlaną grubej warstwy ziemi i gruzu w zatoce znajdującej się między południową przyporą wieży bramnej a murem obwodowym. Cała ta masa napiera na ogrodzenie zabezpieczające, które z czasem będzie słabło.

Pozostawiona przez ekipę budowlaną warstwa ziemi i gruzu napiera na ogrodzenie zabezpieczające [fot. P.N.]

PODSUMOWANIE

Niektóre działania wobec zabytku można ocenić natychmiast, inne po wnikliwej obserwacji i upływie czasu. Dopiero po kilku zimach przekonamy się czy wdrożone działania rzeczywiście zabezpieczyły ruiny, a nie przyczyniły się do ich degradacji. Istnieje wiele przykładów przedsięwzięć konserwatorskich, które wbrew intencjom, doprowadzały do pogorszenia kondycji zabezpieczanych obiektów. W przypadku zabytków architektonicznych oprócz profesjonalnego wykonania prac konserwatorskich i budowlanych liczy się zachowanie wierności oryginalnym materiałom, historycznym rozwiązaniom konstrukcyjnym i funkcjonalnym oraz dawnej formie. Warunkom tym można sprostać dysponując możliwie pełną wiedzę o obiekcie (przełożoną na projekt), wykwalifikowanymi pracownikami oraz fachowym i stałym (nieokazjonalnym) nadzorem. Obserwując efekty prac na zamku Iłża należy uznać, że wystąpił  deficyt wszystkich wymienionych czynników. Projekt obarczony błędnymi koncepcjami, złe wykonawstwo i niedostateczny nadzór wpłynęły niekorzystnie na przebieg renowacji, która przybrała charakter niszczący, likwidując cechy autentycznych rozwiązań konstrukcyjnych i funkcjonalnych. Zmieniła także nadmiernie formę ruin, degradując ich malowniczość i niepowtarzalność, pochłonęła elementy oryginalne i usunęła patynę dawności. Końcowym efektem tych przemian jest pomniejszenie wartości historycznej, naukowej i artystycznej obiektu, tym samym ogólnej wartość zabytku.

 

Paweł Nowakowski

Tragiczny dzień 3 maja 1945 r.

Tragiczny dzień 3 maja 1945 r.

Postument  na iłżeckim mauzoleum  posiada  dwie mosiężne tablice wyliczające  23 nazwiska  osób zamordowanych przez Niemców podczas II wojny światowej. Choć nazwiska zostały utrwalone, wiedza o tych, którzy je nosili jest bardzo nikła. Tylko w przypadku kilku wymienionych osób możemy powiedzieć nieco więcej o ich życiu i śmierci.  Tablica poświęcona ofiarom obozów koncentracyjnych upamiętnia m.in. Antoniego Nobisa (ur. 30.12.1903 r. w Krępie Kościelnej, syn Jana i Tekli z Kozłów). Przed wybuchem II wojny światowej był nauczycielem w Elementarnej  Szkole Powszechnej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Iłży. Pracował tam wraz ze swoją żoną Leokadią. Podczas okupacji pierwszy raz został aresztowany 10.11.1939 r.  Niemcy zatrzymali wtedy grupę iłżeckich inteligentów w celu zapobieżenia ewentualnym obchodom Święta Niepodległości. Po pewnym czasie wrócił do domu. Ponownie został aresztowany 10.06.1940 r., prawdopodobnie  z powodu działalności  konspiracyjnej. Niemcy jednak nie dołączyli go do grupy 10 iłżan, zatrzymanych kilka dni wcześniej, których wkrótce rozstrzelano na Brzasku koło Skarżyska, lecz  wysłany został do obozu w Sachsenhausen-Oranienburg. Jeszcze w 1940 r. przekazany  został do drugiego obozu Hamburg-Neuengamme gdzie otrzymał nr 3249. Udało mu się przetrwać całą wojnę mimo tragicznych warunków bytowych, katorżniczej pracy i ciągłego zagrożenia życia. Kiedy do Hamburga zbliżyły się jednostki alianckie rozpoczęto ewakuację obozu. Od 18.04. więźniów z Neuengamme transportowano do Lubeki skąd przewożeni byli  na pokłady trzech  statków Cap Arcona, Thielbek i  Athen. W sumie na statkach znalazło się ok. 9.400 więźniów. Antoniego Nobisa przydzielono na największy z nich, dawny transatlantyk Cap Arcona.

Cap Arcona transatlantyk wybudowany w 1927 r., uważany za najpiękniejszy niemiecki statek pasażerski. W 1940 r. przejęty został przez Kriegsmarine w celach transportowych. W ostatnich tygodniach swojego istnienia był pływającym obozem koncentracyjnym. [fot. strona: https://www.warhistoryonline.com/]

02.05.1945 r. dowództwo alianckie wystosowało ultimatum do floty niemieckiej o treści – „Wzywamy wszystkie jednostki morskie pływające pod banderą III Rzeszy do natychmiastowego zawinięcia do portu. Wszystkie statki niemieckie spotkane na morzu po godz. 14.00 dnia 3 maja zostaną zbombardowane. Powtarzam….” Kapitanowie Cap Arcona i Thielbek choć zamierzali opuścić bandery i wejść do portu, pod presją dowództwa oddziałów wartowniczych, pozostali na wodach zatoki. Kapitan Athen nie uległ naciskom, opuścił banderę i wpłynął do portu ratując w ten sposób statek i więźniów. Zgodnie z zapowiedzią atak samolotów RAF-u rozpoczął się ok. 14:30. Cap Arcona i Thielbek zostały trafione przez kilkadziesiąt  rakiet, które wywołały zniszczenia i pożary. Atak lotniczy był jedynie pierwszym aktem w łańcuchu tragicznych zdarzeń. Część więźniów zdołała wydostać się na pokład z płonącej Cap Arcona. Tam zostali ostrzelani przez strażników próbujących opanować sytuację i chronić szalupy. Więźniowie skakali do lodowatej wody, niektórzy nie umiejąc pływać. Ten moment tragedii tak wspomina Zbigniew Foltyński:

Skoczyłem do wody. Musiałem najpierw walczyć w tej wodzie. Walczyć dlatego, że raz człowiek miał szczęście, jak nie wskoczył na innych będących w wodzie; i dwa – nie dać się innym utopić, bo każdy się ratował i chwytał się czego mógł. Więc jeszcze walczyłem w wodzie z innymi, żeby odpłynąć od okrętu i swobodnie płynąć do brzegu.

To nie koniec zagrożeń. Powróciły angielskie samoloty, które z broni pokładowej ostrzeliwały więźniów-rozbitków. Piloci posiadali informacje, że atakują transportowce wojskowe. Wkrótce na wodach zatoki pojawiły się niemieckie statki  ratownicze, ale wyławiały przede wszystkim ss-manów i członków załóg.  Ostatni akt tragedii  rozegrał się na plaży koło Neustadt. Wyziębieni, wycieńczeni i często poranieni rozbitkowie po dotarciu do brzegu byli ostrzeliwani przez  marynarzy, esesmanów oraz członków Hitlerjugend i Volkssturmu. W ten sposób zginęło ok. 700 więźniów. Resztkę rozbitków uratowali  żołnierz 5 brytyjskiego pułku rozpoznawczego, którzy  zlikwidowali oprawców.

Na dwóch zatopionych statkach zginęło ok. 7000 więźniów, ocalało ok. 500 w tym ok. 300 Polaków. Przez kilka następnych  tygodni morze ustawicznie wyrzucało na brzeg ciała ofiar tragedii.  Zostały one pochowane na kilkunastu cmentarzach rozsianych wzdłuż wybrzeża zatoki. Ofiary pochodziły z 24 krajów. Liczną grupę stanowili Polacy, wśród nich  uczestnicy pierwszego transportu do Auschwitz i więźniowie KL Stutthof.

Pomnik upamiętniający ofiary katastrofy z 3.05.1945 r., na cmentarzu w Neustadt in Holstein [fot.: wikipedia]

Niestety wśród ocalałych nie było Antoniego Nobisa. Nie wiemy, w którym momencie tragicznego ciągu wydarzeń stracił życie. Na procesie sądowym, który miał orzec o jego zgonie zeznawało  trzech świadków katastrofy Bronisław Abramczyk z Łodzi, Marian Przęda z Krakowa i Jan Karcz ze Skalbmierza. Żaden z nich nie znał osobiście Antoniego, choć nie wykluczali że mogli go kiedyś spotkać bo był on „starym więźniem”.  Jan Karcz jako jedyny podał pewne informacje związane bezpośrednio z Antonim Nobisem. Oto fragment jego zeznania złożonego  4 czerwca  1947 r. w Sądzie Grodzkim w Kazimierzu Dolnym.

Ocaleni Polacy zgrupowali się w porcie Neustadt, a po wkroczeniu wojsk kanadyjskich do tego portu – ocaleni Polacy utworzyli biuro rejestracyjne wszystkich uratowanych Polaków, oraz na podstawie różnych zeznań uratowanych sporządzono kartotekę zatopionych kolegów w morzu. Będąc na kuracji w Szwecji wraz z moim kolegą Stanisławem Osiką z Grybowa, który pełnił funkcję sekretarza biura rejestracyjnego w Neustadt, odpisałem od niego listę wszystkich uratowanych kolegów oraz wszystkich zaginionych, których nazwiska koledzy uratowani podali. Na liście zatopionych w morzu pod pozycją 173 figuruje Antoni Nobis, pochodzący z Iłży z zawodu nauczyciel, nr obozowy 3249, o czym ja zawiadomiłem rodzinę Nobisa w dniu 18 maja 1946 r. Na skutek napisania do mnie listu wnioskodawczyni [Leokadii, żony Antoniego] , która prawdopodobnie dowiedziała się o moim nazwisku z  prasy, która opisywała ważniejsze szczegóły o katastrofie na morzu. Ja osobiście Antoniego Nobisa nie znałem, choć możliwe jest, że go znałem, bo był starym więźniem , na co wskazuje jego numer. Ja z powodu dużej ilości więźniów i upływu długiego czasu, dzisiaj sobie tego nazwiska nie przypominam”.

Wrak Cap Arcona pocięty został na złom w 1949 r.

Śmierć sama w sobie jest tragicznym wydarzeniem. W przypadku Antoniego Nobisa i  innych, którzy 3 maja 1945 r. podzielili wspólny los, tragizm ten został spotęgowany  przez dwie okoliczności. Pierwsza z nich to czas wydarzenia, koniec wojny, a właściwe dzień wyzwolenia. Drugą okolicznością, która musiała goryczą napełniać serca bliskich ofiar, była rola jaką w tragedii odegrali angielscy piloci. Szwedzki Czerwony Krzyż przekazał wywiadowi brytyjskiemu informacje o „ładunku” statków w Zatoce Lubeckiej. Z nie wyjaśnionych przyczyn samoloty RAF-u nie zostały powstrzymane przed akcją. Dochodzenie prowadzone po wojnie, nie odpowiedziało na najważniejsze pytania, a dokumentacja dotycząca sprawy została utajniona do 2045 r.

Kadr z fabularnego filmu Człowiek z Cap Arcona z 1982 r. [fot.: https://eastgermancinema.com/]

Paweł Nowakowski

Jak Zenon Kiepas świętował Dzień Walki o Pokój

Jak Zenon Kiepas świętował Dzień Walki o Pokój

W okresie tworzenia zrębów PRL-u próbowano wykreować nowe święto państwowe – Międzynarodowy Dzień Walki o Pokój, które obchodzono 1 i 2 października.  Władze państwowe czyniły wiele starań by nadać mu rangę zbliżoną do 1 majowego Święta Pracy. Powoływano w tym celu Komitety Obrońców Pokoju na szczeblach administracji rządowej i samorządowej (ogólnopolski, wojewódzki, powiatowy, miejski i gminny).  Ówczesna prasa ukazuje rozmach przedsięwzięć w organizacji święta.

Będziemy nieugięcie walczyć o pokój, imponująca manifestacja społeczeństwa kieleckiego przed Domem Kultury i na ulicach miast. Sztafety i meldunki ze wszystkich powiatów. Gołąb pokoju nad 15 – tysięcznym tłumem Kielczan.

Ponad 15 – tysięczna rzesza społeczeństwa kieleckiego manifestowała wczoraj nieugiętą wolę polskich mas pracujących oddania wszystkich sił sprawie walki o Pokój. Na placu przed Domem Kultury Robotniczej ustawiono trybunę honorową. Dom Kultury bogato udekorowany  barwami narodowymi, czerwienią i portretami Marksa, Lenina, Stalina i Prezydenta Bieruta. Już od 16.00 ze wszystkich stron na plac wkraczają grupy i kolumny robotników, pracowników i młodzieży, niosących liczne transparenty i czerwone szturmówki. (…) Od strony stadionu wkracza barwna grupa sportowców.(…) Jako pierwsza przybiega pod trybunę witana burzą oklasków sztafeta Miejskiego Komitetu Obrońców Pokoju. Zobowiązania przyniesione przez nią przyrzekają wytężenie wszystkich sił dla polepszenia bytu kieleckich robotników …..

Zenon Kiepas, zdjęcie ze świadectwa dojrzałości -1949 r. [źródło: zbiory T. Pietrzykowskiego]

W 1949 r. w miastach powiatowych województwa kieleckiego odbywały się wielotysięczne pochody i wiece. W mniejszych ośrodkach ograniczono się do organizacji odczytów i akademii.  W Iłży 2 października  1949 r. obchody Dnia Walki o Pokój miały wyjątkowy i nieplanowany przebieg.  W remizie strażackiej o godzinie 10 rozpoczęła się uroczysta akademia, w której wzięło udział ok. 150 osób.  Odpowiedzialnym za uroczystość  był Feliks Kolbicz, przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej. Po przywitaniu zebranych i wprowadzeniu w ideę obchodzonego święta,  Kolbicz  przekazał głos Janowi Kowalskiemu, który wygłosił referat na temat walki o pokój. Kolejna mówczyni, p. Maria Ciepielewska, przedstawicielka Ligii Kobiet, odczytała odezwę skierowaną do kobiet. Następnie głos zabrał obywatel Kurzępa Władysław, który rzeczowo i gruntownie naświetlił obecne położenie państwa polskiego w orbicie polityki świata, określając znaczenie i zmiany struktury gospodarczej odrodzonej Polski oraz znaczenie pokoju dla Polski. Wywody niniejsze publiczność przyjęła oklaskami. Po tym wystąpieniu przewodniczący Kolbicz odczytał rezolucję, która także została nagrodzona oklaskami, a nawet wywołała (kontrolowany) entuzjazm  zebranych, którzy zaczęli wznosić okrzyki  – Chcemy pokoju, niech żyje pokój, precz z wojną.  W następnej części spotkania do głosu dopuszczono osoby z sali. Piasek Stanisław przypomniał swoje przeżycia wojenne. Kolejny mówca Zenon Kiepas, 21 letni iłżanin, wprawił w niemałą konsternację organizatorów  uroczystości i zebranych w sali. Mówił głośnym i zdecydowanym głosem o prawdziwej sytuacji w kraju.  – Co tu wiele mówić na temat pokoju na arenie międzynarodowej, kiedy u nas w Polsce nie ma pokoju. Strzela brat do brata i znęca się nad nim. W Polsce buduje się więzienia i obozy, w których osadza się ludzi niewinnych, a wtedy jak bat nad głową wisi, to wtedy chce się pokoju. Walczyliśmy wszyscy o Polskę Ludową, ale nie o taką jak jest obecnie – tylko na papierku. Gdyby była rzeczywiście Polska Ludowa to każdy by miał prawo swego głosu i wypowiedzi. Natomiast w tej demokracji każdy obawia się swojej wypowiedzi, bo  za to zaraz go zamkną do więzienia. Mówcie ludzie to co was boli, nie bójcie się nikogo.

To zaskakująco odważne wystąpienie Zenona Kiepasa wywołało oklaski  części zebranych. Jak najszybciej chciał je stłumić przewodniczący Kolbicz, odnosząc się krytycznie do wypowiedzi młodego mówcy.

Jak można było przewidzieć , wystąpienie Zenona miało dla niego przykre konsekwencje. Jeszcze tego samego dnia komendant posterunku MO w Iłży sierżant Szczepanek złożył pisemny meldunek do Komendy Powiatowej w Starachowicach. Przedstawił w nim nie tylko przebieg wydarzenia, ale także nakreślił sytuację rodziną i materialną występnego młodzieńca. Nie omieszkał wspomnieć, że obwiniony jest bratem zastępcy „Szarego” i nazwał „Krzyka” bandytą, który po wyzwoleniu zaginął bez wieści. W meldunku komendant prosi swojego przełożonego by skontaktował się z szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w celu wyciągnięcia konsekwencji wobec śmiałka. Ruszyła machina działająca według stalinowskiej zasady – dajcie mi człowieka a paragraf się znajdzie. Dwa dni później, tajny współpracownik „Leszcz” doniósł swoim przełożonym o wydarzeniu i otrzymał zadanie zbierania informacji o Zenonie  i echach jego  przemowy w środowisku robotniczym. Po paru dniach rozpoczęły się przesłuchania świadków. Przytaczali oni identyczny przebieg zdarzenia i podobną treść wypowiedzi Zenona. Byli  również skłaniani przez śledczych do oceny czynu i motywów winowajcy. Na pięciu świadków tylko jeden wyraźnie uniknął oceny mówcy oraz imputowania jego zamiarów. Pozostali świadkowie usłużnie spełnili intencje śledczych, a  jeden z nich oświadczył  –  Wypowiedzi te skierowane były przeciwko obecnemu ustrojowi w czym sposobem dwuznacznym Kiepas chciał oficjalnie wykazać, że Rząd nasz rządzi po dyktatorsku, że spycha niewinnych ludzi do więzień i obozów pracy, że obecna władza strzela do niewinnych osób, że Ameryka stanowi dla nas ten bat, którego się obawiamy. Mówiąc, że nie o taką demokrację walczyliśmy miał na myśli siebie i swych braci, którzy byli członkami AK i po wyzwoleniu jeszcze prowadzili wrogą robotę, za co zostali aresztowani i osadzeni. Sam on jest wrogiem obecnego ustroju, posiada orientację wrogą Polsce Ludowej i to skłoniło go do tych wypowiedzi . Chcę nadmienić, że pewna część osób przyjęła jego słowa za prawdziwe, co potwierdziło się w oddanych oklaskach po zakończeniu przezeń tych wypowiedzi. Tym sposobem Kiepas wykorzystując taką okazję, zebranych chciał wykorzystać to do swych niecnych planów. Zaszczepić spokojnej ludności jad nienawiści do Polski Ludowej i obniżyć powagę naczelnych organów i zmierzać do zmiany ustroju. Taki jest z mego punktu widzenia sens jego wypowiedzi.

Działania operacyjne polegały także na prześwietleniu rodziny  Zenona  – ojca  Stanisława, siostry Leokadii i trzech braci: Zygmunta, Kazimierza i Franciszka. Notatka wywiadowcza tak  charakteryzuje Kiepasów: Cała rodzina należała do AK. Franciszek należał do AK i AL.-u. Cała rodzina ustosunkowana do obecnego ustroju jest wrogo. Rzeczywiście wszystkie wymienione dzieci Stanisława,  włącznie z Zenonem „Małym” należały do AK.   

Po ponad roku od incydentu (21.10.1950 r.), Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Starachowicach wydał decyzję o tymczasowym zatrzymaniu podejrzanego Zenona Kiepasa oraz postanowienie o zarządzeniu rewizji  domowej i osobistej. O co był właściwie podejrzany Zenon ? Na pewno nie o to co powiedział bo było to faktem i pewnikiem, ale nie podlegającym sankcjom karnym. Postanowiono więc znaleźć odpowiedni paragraf. Zdecydowano się na zarzut nielegalnego posiadania broni.  Liczono być może na to, że w rodzinie partyzanckiej zawieruszył się gdzieś w obejściu  jakiś pistolet lub granat. Takie znalezisko  usprawiedliwiało by w pełni  działania UB. W dniu 22 października  1950 r., o  godz. 4:30 rano  do domu Kiepasów  weszli  towarzysze z grupy operacyjnej. Nie znaleziono jednak żadnej broni  i nie zatrzymano podejrzanego, który przebywał poza domem.   Zenon prawdopodobnie aresztowany został  jeszcze tego samego dnia  w miejscu pracy tj. w Górach Pińczowskich gdzie w Szkole Przysposobienia Rolniczego był nauczycielem zawodu. Według relacji rodziny przesiedział 3 miesiące, które odcisnęły na nim piętno. Była to dotkliwa kara. Władza ludowa dopięła swego, karząc za to, za co legalnie nie można było karać. Sprawę zamknięto dopiero w kwietniu 1955 r., kiedy  akta przesłano do archiwum.

Dokumenty Zenona Kiepasa: Patent nadania tytułu Weterana Walki o Wolność i Niepodległość Ojczyzny, Legitymacja Kombatancka, pośmiertne mianowanie na na stopień podporucznika [fot. ze zbiorów T. Pietrzykowskiego]

Pod koniec lat czterdziestych XX w. opór zbrojny grup niepodległościowych był już zdławiony. Komuniści tłumili także wszelkie przejawy oporu mentalnego. Krytykę swoich poczynań traktowali jako działalność wywrotową i reakcyjną. Bezwzględnie karcili tych, którzy łamali tę zasadę. Zenon Kiepas przekonał się osobiście co znaczy przeciwstawić się władzy ludowej. Na tle powszechnego tłamszenia i zakłamania, wyrażenie oczywistej prawdy wymagało odwagi, a niekiedy heroizmu. Jaka więc była przyczyna przełamanie strachu i odważnego wystąpienia młodego człowieka.  Można sądzić, że głównym powodem był sposób traktowania braci. Zygmunt „Krzyk” po ucieczce z obozu NKWD w Rembertowie musiał ukrywać się, podobny los dzielił Kazimierz „Oset” .  Kroplą, która przelała czarę goryczy było aresztowanie trzeciego z braci Franciszka. Wszyscy oni podczas wojny byli w konspiracji i walczyli z Niemcami. Zamiast należnego szacunku i wdzięczności stali się „bandytami”. Ta niesprawiedliwość zrodziła gorycz i gniew, które znalazły ujście w publicznym wystąpieniu.

Należy zauważyć, że pierwsze dni października były czasem przełomowym dla Zenona. Od 01.10.1949 r. rozpoczął pracę w Szkole Przysposobienia Rolniczego w Górach Pińczowskich, 02.10. wypowiedział się podczas Dnia Walki o Pokój, 03.10. odebrał  świadectwo dojrzałości w Liceum Gospodarstwa Wiejskiego w Wośnikach.  Okoliczności te pozwalały Zenonowi żywić nadzieję, że zmieniając miejsce zamieszkania, opuszczając Iłżę, sprawa jego wypowiedzi nie będzie miała poważniejszych reperkusji. Stało się jednak inaczej.

Świadectwo dojrzałości Zenona Kiepasa [żródło: zbiory T. Pietrzykowskiego]
Zenon odbiera świadectwo dojrzałości w Wośnikach, 03.10.1949 r. [fot. ze zbiorów T. Pietrzykowskiego]

                                                                                                            Paweł Nowakowski

W artykule wykorzystano materiały:

1. IPN, teczka o sygn. Ki 013/1807

2. Słowo Ludu, 2 października 1949 r.

3. dokumenty i zdjęci ze zbiorów Tomasza Pietrzykowskiego, któremu serdecznie dziękuję za udostępnienie.

Projekt „Zaślepianie”

Projekt „Zaślepianie”

Ochrona ruin zamków średniowiecznych jest zadaniem złożonym i trudnym. Każdy z nich niszczeje w specyficznych warunkach przyrodniczych i takie samo musi być też podejście konserwatorskie, dopasowane do konkretnych okoliczności i miejsc. Dla wielu osób ruiny nie mają większej wartości i są traktowane dosłownie jak „kupa gruzu”. Nie zasługują na ochronę, bo co właściwie w nich chronić? Właśnie główny problem tkwi w tym aby ruina poprzez konserwację nie rozleciała się, a została utrwalona. Po to też wymyślono termin ruiny trwałej. Obiekty zaklasyfikowane do tej grupy, chronione są zarówno przed całkowitym zniszczeniem jak i przed pokusą odbudowy.

Jaki ważny przymiot posiadają ruiny, że tak  stanowczo walczą o nie konserwatorzy, nie pozwalając na ich odbudowę, by nie stały się „nowymi zamkami”. Fundamentalną  wartością ruin zamków jest ich autentyczność – prawdziwość. Z niej z kolei wynikają wartości naukowe i historyczne, które stanowią, że dany obiekt możemy nazwać zabytkiem. Poza tym ruiny  są niepowtarzalnym układem estetycznym, tworzonym długie lata przez relacje człowieka i przyrody. Jest to dzieło sztuki jedyne w swojej formie i treści, które często staje się źródłem przeżyć emocjonalnych i artystycznych.

 Współczesne zasady ochrony ruin, poza działaniami ściśle konserwatorskimi, dopuszczają pewien zakres rekonstrukcji, ale zachowującej autentyzm ruin. Warunek ten jest spełniony jeżeli dobudowania zawierają się  w dawnej formie obiektu, są wykonane z takiego samego budulca wraz z zastosowaniem identycznych rozwiązań konstrukcyjnych i technologii jakie miała rekonstruowana architektura.  Autentyzm wyraża się również w zachowaniu albo odtwarzaniu układów funkcjonalnych, np. ciągów komunikacyjnych. Nowe elementy (dobudowane) nie powinny dominować nad starymi ani nadmiernie zmieniać krajobrazu. Pogodzenie wszystkich zasad ochrony ruin zamków wymaga nie tylko dużej wiedzy specjalistycznej, ale i wyczucia estetycznego. Dla zminimalizowania możliwość popełnienia błędów w projektowaniu przemian powinno powoływać się  kolegia opiniotwórcze, które lepiej i trafniej niż jedna osoba mogą ustalić skalę przekształceń ruin. Praktyka wydaje się jednak  inna, gdyż mamy wiele przykładów niewłaściwych działań konserwatorsko-rekonstrukcyjnych ruin zamków.  

Obecnie jesteśmy świadkami rozpoczęcia prac mających na celu odtworzenie i konserwację części murów zamku górnego. Każdy, komu leży na sercu dobro Zamku Iłża powinien odczuć ulgę, bo  wreszcie jego destrukcja zostanie powstrzymana. Entuzjazm jednak przygasa po dokładniejszym zapoznaniu się projektem. Można w nim dostrzec wiele błędów i braków, świadczących o niedostatecznym rozpoznaniu historycznej formy obiektu. Rzetelna kwerenda stanowi punkt wyjściowy prac projektowych i jest zalążkiem sukcesu. Im gruntowniejsza wiedza o obiekcie tym bardziej autentyczna rekonstrukcja. Zaznaczmy, że projekt jest wypadkową trójstronnych ustaleń: konserwatora, projektanta i inwestora. Najważniejszy i decydujący głos należy do urzędu konserwatorskiego, który ponosi odpowiedzialność za jakość projektu.

To już trzecia odbudowa murów zamku nie uwzględniająca otworów okiennych. Lokalizacja okien jest możliwa do ustalenia na podstawie  archiwalnej dokumentacji  inwentarzowej. „Zaślepianie”  zamku to już tradycja. W latach 2012-2013 w jednym z pomieszczeń nie zrekonstruowano okna, w innym nie odtworzono strzelnicy. W 2015 r. zapomniano o oknie w wieży głównej, które dopiero później zostało wykute. Obecny projekt pomija aż pięć otworów okiennych, które powinny znaleźć się w zaplanowanych rekonstrukcjach murów: elewacja 1-1 (okno w kuchni), elewacja 3-3 (okno w kredensie), elewacja 5-5 (okno w pomieszczeniu, w którym będą znajdować się schody na górę), elewacja zachodnia (okno klatki schodowej – mogło znajdować na obecnym zakończeniu schodów lub miedzy drugiego a trzecim spocznikiem), i ostatnie nie uwzględnione  okno (strzelnica ?) znajdowało się  w północnej fasadzie  wieży bramnej, odkryte podczas badań w 2015 r. Prawdopodobnie taki sam otwór znajdował się w południowej ścianie wieży. Nie możemy jednak potwierdzić tego domysłu ponieważ nie zachował się oryginalny mur, a inwentarze o tym milczą.   

Na czerwono zaznaczono okna, których nie uwzględniono w projekcie. [źródło: wykorzystano fragmenty planów z Projektu budowlanego opracowanego przez Biuro Inżynierskie Anny Gontarz-Bagińskiej]

W projekcie nie wykazano także wiedzy o specyficznej formie dwóch rekonstruowanych  otworów  drzwiowych. Jeżeli dokumentacja pozwala na to, a w tym wypadku pozwala, powinno się skrupulatnie wykorzystać wszelkie informacje, które konkretyzują odtwarzane przestrzenie.

O niedostatecznym rozpoznaniu obiektu świadczą również zaplanowane działania w obrębie pomieszczenia kredensu i bramy głównej. W pierwszym przypadku przewidziane jest położenie nowej posadzki, co stanie się  powodem zniszczenia oryginalnej  ceglanej posadzki istniejącej jeszcze w tym miejscu. Trzeba podkreślić, że jest to jedyne pomieszczenie  na zamku z oryginalnym pawimentem na całej powierzchni. Należy więc dołożyć wszelkich starań  aby  przeprowadzić renowację zabytkowej posadzki, a następnie wyeksponować ją. Zniszczenie tego oryginalnego elementu wyposażenia będzie wielką stratą dla autentycznej substancji zamku. 

W przypadku bramy głównej projekt ogólnie jest błędny. Koncepcja musi zostać wypracowana na bieżąco (oby po wnikliwym rozpoznaniu miejsca).  Planowana jest rekonstrukcja portalu bramy głównej. Jeżeli portal będzie zbyt nowy nie zintegruje się  estetycznie z resztą obiektu. Należy raczej skupić się na renowacji istniejącej kamieniarki i anastylozie. Przede wszystkim w portalu powinna znaleźć się odnowiona płycina kartuszowa, która obecnie rozczłonkowana leży na dziedzińcu dolnym.

W przejeździe bramnym zachowała się czeluść mostu zwodzonego, czego nie rejestruje projekt. Warto ją zachować w stanie niezasypanym.  

Charakter zwieńczenia murów. W przypadku nadbudowy ruin, zakończenie murów powinno być nieregularne, postrzępione  jako oznaczenie niekompletności. Postrzępione mury są naturalną cechą ruin i jeśli odbudowujemy je w niepełnej wysokości czy szerokości fakt ten powinien zostać oznaczony mniej lub więcej łamaną linią (np. strzępiami). Błąd równego muru popełniono  w 2012 r. przy odbudowie muru obwodowego od południa. Obecnie projekt konsekwentnie brnie w tym samym kierunku co doprowadzi do zubożenia formy ruin, ograniczając ich przebieg głównie do długich  linii poziomych i lekko skośnych.

Elewacja północno-zachodnia [źródło: Projekt budowlany opracowany przez Biuro Inżynierskie Anny Gontarz -Bagińskiej]

Słabość koncepcji projektu widoczna jest także przez pominięcie autentycznego układu komunikacyjnego, który można było z łatwością odtworzyć. Niezrozumiałe jest budowanie  schodów w pomieszczeniu lodowni, gdy obok biegną schody na wieżę. W przeszłości, właśnie nimi  wchodziło się także na piętro zamku skrzydła północnego. Podobnie sprawa przedstawia się ze schodami w skrzydle zachodnim. Zamiast zaprojektować je  w pomieszczeniu rejterady, w którym autentycznie było wejście na górę, zaplanowane zostały   w sąsiednim pomieszczeniu, które nie miało nigdy połączenia z piętrem. Innym dobrym i wydaje się oczywistym rozwiązaniem byłaby budowa drewnianych schodów, jako rekonstrukcja głównej klatki schodowej.  Niestety, nie skorzystano z tych rozwiązań, zarzucając w ten sposób możliwość odtworzenia autentycznych ciągów komunikacyjnych.    

Efekty rozpoczętych prac na zamku ukształtują jego formę prawdopodobnie na długie lata. Dlatego należy zakończyć z utrwalaniem w jego murach błędów rekonstrukcyjnych i niekompetencji zarządzających obiektem. Jest już dość negatywnych przykładów, począwszy od „parasolki” na wieży głównej, a skończywszy na ostatniej skandalicznej „konserwacji” muru kurtynowego nad kapliczką, budowaniu upiornych murków i wykładaniu skarp kamieniami eratycznymi wyniesionymi z dziedzińca (Czym teraz zostanie wyłożony dziedziniec?). Działania dotyczące zamku powinny być naprawdę dobrze przemyślane, w oparciu o gruntowną wiedzę o obiekcie i właściwe praktyki konserwatorskie. 

Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednej kwestii ważnej dla powodzenia renowacji. Wyrażę ją cytatem z artykułu pt. Opieka nad ruinami Zamku Iłża  ( https://www.ilzahistoria.pl/aktualnosci/opieka-i-konserwacja-zamku-ilza/ ): „Pomijając wady samych projektów,  przyczyna większości  popełnionych błędów leżała w braku rzeczywistego nadzoru budowlanego i konserwatorskiego”.  

Paweł Nowakowski

Wspomnienia o moim ojcu Adamie Szymańskim

Wspomnienia o moim ojcu Adamie Szymańskim

Adam Szymański [zdjęcie ze zbiorów Sz. Szymańskiego]

Urodził się w Iłży dnia 2 stycznia 1898 roku, jako syn Marcelego i Marii z Trześniewskich. Od siódmego roku życia uczęszczał do Szkoły Powszechnej w Iłży, po ukończeniu której zaczął naukę w gimnazjum w Radomiu. Tam też rozpoczął pracę społeczną w harcerstwie jako sekcyjny. W 1916 roku ukończywszy 4 klasy, zaczyna szukać pracy. 1 kwietnia 1917 roku – mając 19 lat, wstępuje w Iłży w szeregi tajnej organizacji POW – Polska Organizacja Wojskowa, Został do niej wprowadzony przez księdza Prospera Malinowskiego – pierwszego komendanta Obwodu Iłżeckiego oraz instruktora Maksymiliana Jakubowskiego. Przed nimi także składał przysięgę. Otrzymał przydział – lokalka Iłża, obwód 8 A, okręg VIII – Radom. W miesiącach letnich tegoż roku dostaje nominację na sekcyjnego drugiej sekcji, z którą kilkakrotnie brał udział w ćwiczeniach tak nocnych jak i dziennych. W okresie działalności w POW przechowywał w domu swego ojca broń i amunicję. Brał udział w organizowaniu przedstawień i innych imprez na rzecz POW. W końcu października 1917 roku, na wyraźne życzenie ojca, wyjeżdża do Seminarium Duchowego w Sandomierzu. Komendant Obwodu POW ps. „HALKA”, udziela mu bezterminowego urlopu z tym, że pozostaje w ewidencji w Iłży.  Przyjeżdżając  na święta i ferie, bierze udział w zebraniach i ćwiczeniach. We wrześniu 1919 roku występuje z Seminarium i 25 września tego roku jako ochotnik wstępuje do 1 pułku Wojsk Łączności w Warszawie. Po zwolnieniu w dniu 2 stycznia 1922 roku z wojska, wraca do Iłży. Otwiera sklep bławatno-galanteryjny. W miarę upływu lat rozszerza asortyment towarów o części rowerowe, zabawki, amunicję myśliwską, radia, gazety itp. Jednocześnie bierze czynny udział w życiu społeczno-kulturalnym miasta: w Klubie Sportowym POLONIA – wiceprezes i bibliotekarz (wydawanie książek odbywało się w niedziele w godz. 10-11), w Towarzystwie Śpiewaczym LUTNIA – prezes, a następnie członek Komisji Rewizyjnej, w Stowarzyszeniu Robotników Chrześcijańskich – członek Zarządu, w Ochotniczej Straży Pożarnej jako Naczelnik, a następnie jako Naczelnik Rejonowy, w 1929 roku współorganizuje Koło Związku Peowiaków i zostaje jego prezesem a po reorganizacji komendantem, jako radny miasta Iłży, w Lidze Obrony Powietrznej Państwa – członek Komitetu, w Lidze Morskiej i Kolonialnej, w Związku byłych Ochotników Armii Polskiej – komendant. Bierze także udział w wystawieniu przedstawień amatorskich, organizowaniu zabaw i zbiórek pieniężnych np. na cele dobroczynne. W 1926 roku żeni się  z Marią Radzimowską, córką Stanisława – właściciela młyna wodnego w Jedlance (Wesołówce). 21 października 1927 roku przychodzę na świat ja.

Janusz Szymański, autor wspomnień [fot. ze zbiorów Sz. Szymańskiego]

Jak daleko sięgam pamięcią, poza pracą w sklepie, widzę ojca w mundurze strażackim bojowym na zbiórkach i ćwiczeniach, które odbywały się w niedziele o godzinie 6 rano (chodziłem na nie od najmłodszych lat), wyjeżdżającego do pożaru lub dowodzącego akcjami gaśniczymi. Bylem obecny przy kilku pożarach. Pamiętam olbrzymi pożar szeregu domów przy ulicy „Przy murach”,  w którego gaszeniu brało udział aż 17 jednostek straży z całej okolicy. Widzę go także w mundurze paradnym, w błyszczącym hełmie z grzebieniem i oficerskim toporkiem przy boku. Prowadzącego defilady z udziałem orkiestry – oczywiście strażackiej z okazji świąt państwowych lub innych uroczystości np. wizyty wojewody kieleckiego (dożynki 1938). Pamiętam jak z latami zmieniało się wyposażenie straży.  Pompę ręczną ssącą wodę ze zbiornika lub beczkowozu i tłoczącą wężami do prądownic, zastąpiła motopompa. Konie częściowo zastąpił samochód strażacki. Został utworzony kobiecy oddział SAMARYTANEK, którego komendantką była p. Ciepielewska. Nigdy nie zapomnę widoków, gdy na glos syreny, strażacy – ochotnicy, rzucali pracę w polu lub domu, zrywali się w nocy, biegli, bo każda minuta była droga, zapinając po drodze mundur. Ba, nawet konie (gdy miał je jeszcze dziadek), wystarczyło odwiązać od żłobu, nałożyć uprząż i otworzyć bramę, a one same już galopowały do remizy. Strażacy wracali niesamowicie zmęczeni, brudni często przemoczeni, czasami poparzeni lub pokaleczeni. By zdobyć fundusze na swoją  działalność, urządzali „cudowne” loterie fantowe, na których można było wygrać od jajek (5 sztuk), do prosiaka. Fanty zbierali wśród mieszkańców miasta, chodząc od domu do domu. Każdy dawał co mógł lub miał na zbyciu. Podobnie rozprowadzali „Kalendarze Strażackie”, za które otrzymywali dobrowolny datek. Rano, w Wigilię

Iłżeccy strażacy ze swoim naczelnikiem (siedzi w środku) Adamem Szymańskim [fot. ze zbiorów MR w Iłży]

Bożego Narodzenia budziła mnie orkiestra strażacka. Grała pod oknem na podwórku z okazji imienin  mojego ojca Adama, a swojego  naczelnika. Ojciec był już ubrany bo zaraz przychodziła delegacja straży z życzeniami i skromnym upominkiem np.: pięknie  wykonaną laurką (jedną z nich posiadam). Potem przychodziły następne delegacje, przyjaciele, koledzy i znajomi, których nigdy me brakowało, no i oczywiście rodzina. Po życzeniach, siadano do skromnie zastawionego stołu (post). Dominowały śledzie w różnej postaci. Pamiętam ojca często wychodzącego na zebrania i spotkania licznych organizacji do których należał. Włączał się także we wszelkiego rodzaju akcje społeczne. W uznaniu zasług został odznaczony: Krzyżem Zasługi, Medalem Niepodległości, Medalem za Wojnę 1918-1921, Krzyżem Waleczności Powstań Narodowych, Medalem za Zasługi dla Pożarnictwa, Medalem X-lecia Odrodzenia Polski. Posiadał Krzyż Legionowy, odznakę pułkową, odznaki strażackie itp. Otrzymał także wiele dyplomów i dowodów uznania, między innymi od biskupa Kubickiego (w moim posiadaniu).

Stosunkowo dużo czasu poświęcał mnie. Do listopada 1938 roku, byłem jedynakiem (siostra zmarła w wieku 2- ch lat). Pamiętam częste rozmowy w „cztery oczy” wieczorem lub rano w łóżku, między innymi dotyczące planów naszych wspólnych wypadów Chcąc być więcej ze mną, zabierał mnie na wyżej wspomniane zbiórki strażackie i różne imprezy organizowane w mieście. Towarzyszyłem mu kilkakrotnie w wyjazdach do Warszawy po towar do sklepu. Wygospodarowany czas poświęcaliśmy na zwiedzanie muzeów i miasta. Bylem także z delegacjami Peowiaków w Wilnie, gdy na cmentarzu na „Rossie” składano serce Józefa Piłsudskiego w groble jego matki oraz w Krakowie na Sowińcu w 1935 roku z urną zawierającą ziemię z pól bitewnych i grobów, na sypanie kopca J. Piłsudskiego. Niewiele miał czasu na własne przyjemności. Jego pasją były książki których miał pokaźny księgozbiór, pamiątki z I wojny światowej, numizmatyka. Zbiory te prawie całkowicie zaginęły (w tym część książek) w czasie rabunków naszego mieszkania w 1939  i 1945 roku. Grał na mandolinie, od czasu do czasu wędkował w Jedlance lub polował.

Delegacja iłżeckich Peowiaków na zjeździe w Wilnie w 1937 r.; od lewej: NN, Jerzy Boguszewski, Helena z Szymańskich Spytkowska, Franciszek Gołębiowski, Adam Szymański, chłopiec – Janusz Szymański [fot. ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Iłży]

Z pierwszego chyba polowania z moim udziałem na dzikie kaczki w Jedlance, pamiętam takie zdarzenie. Ojciec z dubeltówki (2 naboje), wystrzelił  raz do kaczki, która spadła do sadzawki. Popłynął po nią pies. Ojciec postawił strzelbę opartą kolbą na bucie, z lufą odchyloną w bok. Czekaliśmy na aport psa. Podszedłem do dubeltówki i nacisnąłem spust. Śrut przeleciał ojcu obok ucha. Przez pewien czas źle na to ucho słyszał. Zmieszczenie tych wszystkich zajęć w ciągu dnia, było możliwe dzięki dobrej organizacji pracy tak zawodowej jak i społecznej, a przede wszystkim dzięki mojej mamie, która zajmowała się nie tylko dziećmi i domem ale także często zastępowała i pomagała ojcu w sklepie. Pracowała także społecznie. 1 września 1939 rok  wybucha II wojna światowa. Zgodnie z poleceniem władz, ojciec pakuje do skrzynek dubeltówkę, karabinek małokalibrowy (tzw.  flower, który był w zasadzie mój, a tylko na ojca pozwolenie) i amunicję by oddać na posterunek policji, ale już nie ma komu przekazać. Wojska niemieckie są już blisko. Ojciec zakopuje broń i bierze udział w pamiętnej  ucieczce „za Wisłę”(6 września?). Wraca po kilkunastu dniach, zmęczony, brudny i bez pieniędzy. W 1939 roku – prawdopodobnie w październiku – wstępuje do konspiracyjnej organizacji  wojskowej Związek Walki Zbrojnej – ZWZ. Ojciec był do lutego 1940 roku pierwszym komendantem podobwodu III  Iłża – kryptonim DOLINA (patrz W. Borzobohaty „JODŁA” wydanie PAX z 1984 r. str. 138). Ja w tym okresie kilka razy nosiłem tajne dokumenty do kpt. Kazimierza Starowicza, gdyż jako mały chłopak zwracałem mniejszą uwagę Niemców. Zgodnie z poleceniem władz niemieckich, ojciec oddaje odbiorniki radiowe, ale jeden ukrywa u adwokata i burmistrza miasta – Jan Grubskiego, mieszkającego wówczas w naszym domu. U niego słuchają wiadomości z „zachodu”. Prawdopodobnie od niego w końcu maja lub na początku czerwca 1940 r. dowiaduje się o mających się odbyć aresztowaniach. 3 czerwca przeprowadza ze mną dłuższą rozmowę. Mówi, że może lada dzień być aresztowany. Nie będzie się ukrywał, gdyż boi się represji w stosunku do rodziny, że zamiast niego mogą zabrać moją matkę. Spokojnie przekazuje mi co mam mówić i jak się zachować, gdyby mnie Niemcy wypytywali o broń, spotkania ojca, o znajomych itp. Wsiadamy na rower i jedziemy do Jedlanki do dziadka, gdzie przebywała moja mama wraz z młodszym bratem. 4 czerwca o świcie zostałem zbudzony przez ciotkę Reginę  Matacz, u której spałem na podłodze. Nade mną stał żandarm z karabinem wycelowanym we mnie. Kazał się ubrać i zaprowadził do pokoju stołowego dziadka, gdzie nocował ojciec. Przechodząc z jednego mieszkania do drugiego zauważyłem, że dom był obstawiony przez żandarmów. W pokoju ojciec ubierał się,  wyjmując z kieszeni posiadane przedmioty i układał je na stole, przy którym siedział  gestapowiec. Przed nim leżały dwa długie paski papieru. Na jednym z nich było imię i nazwisko mego ojca wraz z pełnymi danymi personalnymi,  a na drugim moje. Pewnie dlatego zostałem sprowadzony.  Przed wojną byłem w harcerstwie, a w pierwszych dniach wojny, na polecenie Komendy Hufca w Radomiu, zorganizowałem i dowodziłem harcerską akcją  kontrolowania napowietrznych linii telefonicznych oraz trzymania wart (z biało-czerwonymi opaskami) przy poczcie, szpitalu itp. Byłem niskiego wzrostu i szczupły. Wyglądałem na mniej niż 12 i pół roku życia. Dlatego pewnie – tak sobie tłumaczę – nie wzięli mnie, a aresztowali Jurka Zaborowskiego, który był ode mnie o rok starszy, o wiele potężniejszy i też był harcerzem. Rozpoczęło się moje przesłuchanie. Pytania po polsku dotyczyły ojca. Z kim się spotykał ? Gdzie chodził ? Kto przychodził do niego ? Gdzie broń ? Odpowiadałem zgodnie z ustaleniami poczynionymi z ojcem, lub – nie wiem. Wyprowadzając  ojca gestapowiec zwrócił się do mnie – „Nie chciałeś mówić, nie zobaczysz ojca więcej”.  Już przed domem zdążyła dobiec matka z bratem na ręku. Nocowali na piętrze u brata mamy.  Pożegnaliśmy się z ojcem. Powiedział: „Dbaj o matkę” i więcej go nie widzieliśmy.  Zaprowadzili ojca do samochodu, który stał kilkaset metrów dalej i odjechali. Razem z ojcem tej nocy w Iłży zostali aresztowani: Antoni Jabłoński l. 36, Karol Męciwoda l. 26, Bolesław Nosowski l. 42, Feliks Renner l. 39, Piotr Sępioł l. 49, Kazimierz Sionek l. 29, Kazimierz Starowicz l. 39, Karol Szlachetko l. 41, Józef Wasatko l. 52, Henryk Szymański l. 26, Jerzy Zaborowski l. 14. Aresztowanych wywieziono  do aresztu w Wierzbniku. Wcześniej został aresztowany Józef Zięba – peowiak.

Tablica z Mauzoleum w Iłży, upamiętniająca pomordowanych na Brzasku 29.06.1940 r. [fot. P.N.]

Wkrótce zwolniono Jurka Zaborowskiego i Henryka Szymańskiego – najmłodszego brata mego ojca. Pozostałych wywieziono do Skarżyska Kamiennej, gdzie byli przetrzymywani w szkole (przy zbiegu ul. Konarskiego i Krakowskiej) razem z aresztowanymi Z innych miejscowości. Ojciec z miejsca zatrzymania napisał kilka „listów” na urwanym z opakowania paczki papierze. Kserokopie części z nich są w posiadaniu Adama Bednarczyka (oryginały u mnie)..

Matka czyniła starania o uwolnienie ojca. Jeździła często do Wierzbnika i Skarżyska. Była także w Gestapo w Radomiu. Niestety bez skutku. 29 czerwca 1940 roku rano – w niedzielę, w Piotra i Pawła  ojciec został rozstrzelany w lesie „Brzask” koło Skarżyska Kamiennej.  Leży we wspólnej ponad 760 osobowej mogile. Na tym olbrzymim grobie został postawiony pomnik, a na nim tablica z napisem – „Przechodniu !  Powiedz Polsce, tu leżym  jej syny: posłuszni i wierni do ostatniej godziny”. Zginął w wieku 42 lat. O działalności ojca wspominają w swoich książkach: Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk – „Echa Puszczy Jodłowej, • Stefan Skwarek – „Ziemia niepokonana”, Wojciech Borzobohaty – „Jodla”, Marian Langer – „Lasy i ludzie”, Adam Bedanrczyk – „Polska Organizacja Wojskowa w Iłży”, „Polska Organizacja Wojskowa na Ziemi Iłżeckiej”, „Studia Sandomierskie t. V”, itp.

Tablica z pomnika na mogile w Brzasku [fot. P.N.]

Ojciec swoim życiem oraz niezapomnianymi rozmowami wywarł na mnie bardzo duży wpływ.  Odziedziczyłem po nim zamiłowanie do książek, które umiejętnie podsycał ofiarując z rożnych okazji wartościowe egzemplarze z własnoręczną  dedykacją . Kilka mam do dzisiaj. Po nim mam manię zwiedzania i kolekcjonowania, chęć  do pracy społecznej, sentyment do Ochotniczych Straży Pożarnych (przez parę lat bylem prezesem Zakładowej OSP) i wielu, wielu innych rzeczy, które traktuję jako swoje dodatnie cechy. Nie przejąłem natomiast zamiłowania do polowań i wędkarstwa. Traktował mnie zawsze jak dorosłego – jak swojego młodszego kolegę Mimo to miałem do ojca olbrzymi szacunek i czułem duży respekt. Uderzył mnie tylko raz – symbolicznie- za niewłaściwe zachowanie w stosunku do matki. Nigdy się go nie bałem. Wystarczyło mi jego spojrzenie. Nigdy świadomie nie chciałem zrobić mu przykrości, bo nie chciałem, by popsuła się choć trochę atmosfera między nami.  Zawsze mieliśmy dużo wspólnych tematów i nigdy jego osobą nie byłem znudzony.  Zawsze było mi go mało i dlatego jego śmierć tak bardzo przeżyłem. Przez całe życie gdy coś robiłem, zapytywałem siebie w duchu jakby On w tej sytuacji postąpił i całe życie żałowałem, że nie widział wyników mojej pracy zawodowej i Społecznej, bo może byłby czasami choć trochę ze mnie dumny.  Wyrastałem w atmosferze spokoju i rodzinnej miłości (jeśli były jakieś nieporozumienia, to poza mną), widząc  w każdym człowieku przyjaciela, w dużym podziwie i uznaniu dla marszałka Józefa Piłsudskiego. Ojciec nauczył mnie szacunku dla matki i starszych, punktualności, dotrzymywania słowa i pojęcia honoru, samodzielności i załatwiania spraw z kolegami we własnym zakresie. Przychodzenie ze skargą na kogoś nie było mile widziane. Chciał o moich przewinieniach wiedzieć pierwszy i ode mnie. Uczył mnie porządku zabawą w wojsko. Ubranie wieczorem było poskładane, buty wyczyszczone i postawione na baczność. Rano łóżko porządnie posłane i to bez krzyków nie mówiąc o biciu. Czy miał wady ? Na pewno tak.  Nie mnie je oceniać. Niech mi wybaczy. Niestety nie zrealizowałem w pełni wszystkich wymienionych jak i pozostałych życzeń. Oczywistym jest, że wpływ mojej mamy na mnie nie był mniejszy, a może nawet większy, była przecież ze mną na co dzień, a od aresztowania ojca, a więc od 12 roku życia miałem tylko Ją. On jednak był dla mnie, młodego chłopca tym niedoścignionym wzorem.

Łódź w maju 1994 roku.                                                     Janusz Szymański

Infuła w heraldyce iłżeckiej

Infuła w heraldyce iłżeckiej

Odrys pierwszego znanego herbu Iłży z 1500 r. [rys. P.N.]

Od jesieni 2019 r. władze Iłży rozpoczęły prace nad stworzeniem nowej stylizacji herbu miasta, zgodnego z regułami heraldyki miejskiej i możliwego do akceptacji przez Komisję Heraldyczną. Do realizacji tego zadania zatrudniono specjalistów zajmujących się zawodowo tworzeniem herbów i ich legalizacją.  Projekt herbu przedstawiono mieszkańcom w październiku 2020 r., ostatnio został zaakceptowany przez Radnych i wkrótce ma być przedłożony Komisji Heraldycznej do zaopiniowania. Zbliżamy się więc do końca procesu, który został tak zaaranżowany by nie sprawiać problemów zarówno lokalnym decydentom jak i heraldykom wykonującym zlecenie. Formowanie herbu powinno odbywać się jawnie, przez żywą wymianę argumentów, poglądów i ścieranie się koncepcji. Tego wszystkiego zabrakło. Powstał jeden projekt, formalnie zgodny z regułami sztuki heraldycznej, ale to tylko podstawowy warunek jaki powinien spełniać. Oprócz tego powinien czynić zadość naszej tradycji heraldycznej, być symboliczną kwintesencją dziejów miejsca wyrażoną graficznie, oddawać ducha naszej tożsamości i być zaakceptowany przez lokalną społeczność.

Odcisk pieczęci jaką posługiwano się w XVIII i XIX w. [fot. P.N.]

Skupiono się przede wszystkim na poprawności heraldycznej, która w standardowym podejściu nie może uwzględniać specyfiki iłżeckiego przypadku. Z tego powodu w projekcie odrzucono najważniejsze znamię miejscowej  tradycji heraldycznej, którym jest zestawienie dwóch elementów – tarczy z godłem Trzy  Korony (Aron) oraz biskupiej infuły, umieszczonej nad nią . Należy z mocą podkreślić, że nie istnieje grafika  historycznego herbu Iłży  przedstawiająca  jedynie tarczę z trzema koronami. Zawsze tarczy towarzyszył element związany z biskupstwem. W pierwszym znanym herbie z 1500 r. była to postać biskupa, a w kolejnych stylizacjach sylwetkę  hierarchy zastąpiła na stałe infuła.  Można powiedzieć, że zawsze posługiwaliśmy się herbem wielkim. W ten sposób wyrażano przynależność Iłży do mensy biskupów krakowskich, która była głównym determinantem  jej rozwoju, zasadniczym  czynnikiem  miastotwórczym i dziejotwórczym. 

Herb Archidiecezji Krakowskiej zaprojektowany przez B. Widłak

Infuła w heraldyce jest najpopularniejszym symbolem określającym godność biskupią. Używana jest powszechnie od XI w. Papież Innocenty III (1198-1216) określił  znaczenie poszczególnych jej elementów: .. rogi to dwa Testamenty, taśmy zaś to duch i litera, złoty pas dookoła głowy wskazuje na biskupa jako uczonego w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare.  Biskupi posiadali przywilej dodawania  infuły  do znaków rodowych oraz do herbów posiadłości, które były ich uposażeniem. Ten zwyczaj ukształtował herb Iłży. Połączenie znaku krakowskiej kapituły katedralnej z infułą biskupią określało dwie najważniejsze instytucje kierujące kościołem diecezjalnym. Doskonałość tej kompozycji, wzbogacona o pastorał i krzyż patriarchalny, wykorzystana została współcześnie do stworzenia  herbu Archidiecezji Krakowskiej. Liczne przykłady łączenia herbu własnego z infułą odnajdziemy w iłżeckim kościele. Jest tam dziewięć herbów Ostoja biskupa Marcina Szyszkowskiego i Nowina biskupa Filipa Padniewskiego. Infuła umieszczona nad herbami jednorodnymi spełniała  funkcję identyfikacyjną.  Dzięki temu możemy odróżnić Ostoje biskupa Marcina  od znaków jego krewnych Jana i Piotra.  Osobliwością iłżeckiego kościoła jest obecność w nim  dwóch rodzajów herbów Marcina Szyszkowskiego. Jedne powstały w dobie jego proboszczowania drugie gdy pełnił funkcję biskupa krakowskiego.

Infuła była i jest  identyfikatorem  herbów Iłży i Pabianic.  Rezygnacja  z tej dystynkcji w herbie Iłży sprawi, że znaki obu miast będą trudne do rozróżnienia dla przeciętnego obserwatora. Pabianice zostały założone przez kapitułę krakowską i stanowiły jej własność, Iłża natomiast należała do uposażenia biskupów krakowskich. Ta istotna różnica własnościowa znalazła odbicie w historycznym herbie.

Po prawej herb Ostoja bp. M. Szyszkowskiego z naczółka portalu drzwi głównych kościoła parafialnego w Iłży; w środku – herb Pabianic; po prawej – procedowany projekt herbu Iłży
Projekt herbu Iłży z 1869 r. [źródło: heraldicum.ru]

Infuła w iłżeckim znaku nie była jedynie ozdobą heraldyczną.  W pewnym okresie przejęła pierwszoplanową rolę, stając się elementem godła. Prawdopodobnie po wyłączeniu Iłży  z dóbr kościelnych nastąpiła zmiana jej  herbu, polegająca na zastąpieniu koron infułami. W ten sposób  trzy infuły stały się znakiem Iłży. Pierwsza informacja o takim herbie pochodzi z 1824 r., z  jednoczesną adnotacją, że jest już nieaktualny – Miasto Iłża pieczętowało się dawniej trzema infułami biskupimi (Regestr pomiaru realności do Miasta Narodowego Iłża należących). Drugi herb z trzema infułami i elementami architektonicznymi powstał w drugiej ćwierci pierwszej połowy XIX w. Jego wizerunek, w błękitnym polu wyszczerbiona srebrna wieża z takimiż murami i nad nią w półkole trzy srebrne infuły obrzeżone złotem, został utrwalony przez Teodora Chrząńskiego w Albumie Heroldii Królestwa Polskiego. Reforma administracyjna w 1869 r. przyniosła zmiany w znakach ziemskich i miejskich. Zaprojektowano nowy herb miasta, w którym pozostawiono mury i wieżę, usunięto infuły, a w prawym górnym rogu umieszczono mały herb Guberni Radomskiej. Projekt nie wszedł w życie gdyż w następnym roku Iłża zrezygnowała z praw miejskich i stała się osadą. Mimo utraty statusu miasta pozostała nadal siedzibą władz powiatowych i gminnych. Kontynuowano miejską tradycję heraldyczną. Gmina Iłża przyjęła za herb trzy infuły (bez elementów architektonicznych). Znaku tego używano  aż do 1925 r., czyli do momentu odzyskania praw miejskich. Odrodzone miasto powróciło do herbu z okresu przynależności do biskupstwa – Aron z infułą, wzorując się na pieczęci z 1564 r.

Herb miasta wyszczerbiona wieża z trzema infułami znamy dzięki M. Gumowskiemu, który wykonał jego odrys z Albumu Heroldii Królestwa Polskiego, zniszczonego w 1944 r. [rys. i koloryzacja P.N.] Po prawej – odcisk pieczęci z trzema infułami na czerwonym polu, używanej od lat 70 XIX w. do 1925 r.

Odcisk pieczęci z orłem i wpisanymi w niego trzema infułami z dokument z 1918 r. [fot.P.N.]
Odcisk pieczęci z herbem miasta obowiązującym od 1925 r.
Herb na blasze wykonany przez Władysława Jastalskiego [frag. zdjęcia z 1980 r.]

Prymat herbu z infułą  utrzymał się nawet  w  okresie PRL-u, kiedy z powodów ideologicznych unikano wskazywania na jego religijną proweniencję. Mimo niesprzyjających okoliczności herby z infułą pojawiały się na drukach okolicznościowych, proporczykach,  odznakach itp. Trudno wskazać na czas powstania pierwszego herbu z infułą w tarczy. Wydaje się, że inspiracją do takiej innowacji był owalny znak z „Magistratu”, zamówiony z okazji odzyskania praw miejskich. Ze względów estetycznych jego twórca umieścił infułę częściowo na tarczy. Dało to asumpt do zupełnego przeniesienia jej na tarczę w kolejnych transformacjach. Pod koniec lat 70 ubiegłego wieku, prawdopodobnie z okazji obchodów 740 lecia istnienia miasta (1979 r.) duży herb na blasze wykonał dh Władysław Jastalski. Na tarczy, oprócz trzech koron w nietypowym położeniu, znalazła się czerwona infuła i data 1239. Emblemat wykorzystywano głównie podczas zlotów i obozów z udziałem iłżeckich harcerzy. W kolejnej modyfikacji herbu zmieniono górną krawędź tarczy, aby lepiej komponowała się z ostro zakończoną infułą. Na początku lat 90 herb w tej formie stał się oficjalnym znakiem miasta, zatwierdzonym uchwałą Rady Miejskiej. Choć obarczony jest błędami heraldycznymi, to jednak utrzymuje się w nurcie tradycji.  

Ewolucja współczesnego herbu Iłży: 1 – herb z 1564, przyjęty za wzorzec dla znaku miasta po odzyskaniu praw miejskich w 1925 r.; 2 – herb z Urzędu Miejskiego; 3 – herb na blasze z końca lat siedemdziesiątych wykonany przez Wł. Jastalskiego [źródło: Kronika 107 Drużyny Męskiej] ; 4 – herb z proporczyka okolicznościowego z 1989 r.; 5 – aktualny herb miasta.

Czy wobec tak licznych i istotnych ról, które odgrywała infuła w heraldyce iłżeckiej  można ją pominąć w symbolice nowego herbu?  Według projektantów  jest to  zabieg konieczny, aby zachować regułę mówiącą, że herbem jest tylko to co znajduje się w tarczy. Przyjęcie takiej opcji w oczywisty sposób będzie łamać inną regułę, która stanowi o konieczności zachowania tradycji przy tworzeniu nowych znaków.  Specyfika iłżeckiego przypadku wymaga rozwiązań niestandardowych, respektujących zarówno literę prawa jak i ducha tradycji. Według opinii autora odrzucenie infuły to pewny  sposób pozbawienia przyszłego oficjalnego herbu istotnego działu  dziedzictwa przeszłości i indywidualizmu. W konsekwencji powstanie tworu fasadowego, zdeterminowanego przez wymóg unifikacji, oderwanego w połowie od tradycji i na pewno w znacznym stopniu nie akceptowanego przez mieszkańców. Doświadczenia minionych lat wskazują, że herb pozbawiony infuły, nigdy nie będzie dla iłżan znakiem pierwszoplanowym. Zostanie skazany na funkcjonowanie w wąskiej przestrzeni oficjalno-urzędniczej. Sfera osobista pozostanie domeną herbu z infułą.

Projekt herbu Norberta Jastalskiego.

Stworzenie nowego herbu jest zadaniem trudnym i odpowiedzialnym. Choć mamy do dyspozycji specjalistów sami nie powinniśmy pozostać w ignorancji. Niniejszy artykuł powstał z myślą o udostępnieniu informacji dotyczących miejsca i znaczenia infuły w heraldyce iłżeckiej. Dedykowany jest szczególnie osobom biorącym udział w procesie ustanawiania nowego herbu. Autor liczy, że przedstawione fakty i opinie wpłyną korzystnie na trafność w podejmowaniu decyzji.

Ostatnią grafiką w artykule jest herb Iłży zaprojektowany przez Norberta Jastalskiego. Wskazuje on na kierunek w jakim powinno się podążać w poszukiwaniu nowej formy, ale wyrastającej z tradycji.

Paweł Nowakowski