Jak Zenon Kiepas świętował Dzień Walki o Pokój

Jak Zenon Kiepas świętował Dzień Walki o Pokój

W okresie tworzenia zrębów PRL-u próbowano wykreować nowe święto państwowe – Międzynarodowy Dzień Walki o Pokój, które obchodzono 1 i 2 października.  Władze państwowe czyniły wiele starań by nadać mu rangę zbliżoną do 1 majowego Święta Pracy. Powoływano w tym celu Komitety Obrońców Pokoju na szczeblach administracji rządowej i samorządowej (ogólnopolski, wojewódzki, powiatowy, miejski i gminny).  Ówczesna prasa ukazuje rozmach przedsięwzięć w organizacji święta.

Będziemy nieugięcie walczyć o pokój, imponująca manifestacja społeczeństwa kieleckiego przed Domem Kultury i na ulicach miast. Sztafety i meldunki ze wszystkich powiatów. Gołąb pokoju nad 15 – tysięcznym tłumem Kielczan.

Ponad 15 – tysięczna rzesza społeczeństwa kieleckiego manifestowała wczoraj nieugiętą wolę polskich mas pracujących oddania wszystkich sił sprawie walki o Pokój. Na placu przed Domem Kultury Robotniczej ustawiono trybunę honorową. Dom Kultury bogato udekorowany  barwami narodowymi, czerwienią i portretami Marksa, Lenina, Stalina i Prezydenta Bieruta. Już od 16.00 ze wszystkich stron na plac wkraczają grupy i kolumny robotników, pracowników i młodzieży, niosących liczne transparenty i czerwone szturmówki. (…) Od strony stadionu wkracza barwna grupa sportowców.(…) Jako pierwsza przybiega pod trybunę witana burzą oklasków sztafeta Miejskiego Komitetu Obrońców Pokoju. Zobowiązania przyniesione przez nią przyrzekają wytężenie wszystkich sił dla polepszenia bytu kieleckich robotników …..

Zenon Kiepas, zdjęcie ze świadectwa dojrzałości -1949 r. [źródło: zbiory T. Pietrzykowskiego]

W 1949 r. w miastach powiatowych województwa kieleckiego odbywały się wielotysięczne pochody i wiece. W mniejszych ośrodkach ograniczono się do organizacji odczytów i akademii.  W Iłży 2 października  1949 r. obchody Dnia Walki o Pokój miały wyjątkowy i nieplanowany przebieg.  W remizie strażackiej o godzinie 10 rozpoczęła się uroczysta akademia, w której wzięło udział ok. 150 osób.  Odpowiedzialnym za uroczystość  był Feliks Kolbicz, przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej. Po przywitaniu zebranych i wprowadzeniu w ideę obchodzonego święta,  Kolbicz  przekazał głos Janowi Kowalskiemu, który wygłosił referat na temat walki o pokój. Kolejna mówczyni, p. Maria Ciepielewska, przedstawicielka Ligii Kobiet, odczytała odezwę skierowaną do kobiet. Następnie głos zabrał obywatel Kurzępa Władysław, który rzeczowo i gruntownie naświetlił obecne położenie państwa polskiego w orbicie polityki świata, określając znaczenie i zmiany struktury gospodarczej odrodzonej Polski oraz znaczenie pokoju dla Polski. Wywody niniejsze publiczność przyjęła oklaskami. Po tym wystąpieniu przewodniczący Kolbicz odczytał rezolucję, która także została nagrodzona oklaskami, a nawet wywołała (kontrolowany) entuzjazm  zebranych, którzy zaczęli wznosić okrzyki  – Chcemy pokoju, niech żyje pokój, precz z wojną.  W następnej części spotkania do głosu dopuszczono osoby z sali. Piasek Stanisław przypomniał swoje przeżycia wojenne. Kolejny mówca Zenon Kiepas, 21 letni iłżanin, wprawił w niemałą konsternację organizatorów  uroczystości i zebranych w sali. Mówił głośnym i zdecydowanym głosem o prawdziwej sytuacji w kraju.  – Co tu wiele mówić na temat pokoju na arenie międzynarodowej, kiedy u nas w Polsce nie ma pokoju. Strzela brat do brata i znęca się nad nim. W Polsce buduje się więzienia i obozy, w których osadza się ludzi niewinnych, a wtedy jak bat nad głową wisi, to wtedy chce się pokoju. Walczyliśmy wszyscy o Polskę Ludową, ale nie o taką jak jest obecnie – tylko na papierku. Gdyby była rzeczywiście Polska Ludowa to każdy by miał prawo swego głosu i wypowiedzi. Natomiast w tej demokracji każdy obawia się swojej wypowiedzi, bo  za to zaraz go zamkną do więzienia. Mówcie ludzie to co was boli, nie bójcie się nikogo.

To zaskakująco odważne wystąpienie Zenona Kiepasa wywołało oklaski  części zebranych. Jak najszybciej chciał je stłumić przewodniczący Kolbicz, odnosząc się krytycznie do wypowiedzi młodego mówcy.

Jak można było przewidzieć , wystąpienie Zenona miało dla niego przykre konsekwencje. Jeszcze tego samego dnia komendant posterunku MO w Iłży sierżant Szczepanek złożył pisemny meldunek do Komendy Powiatowej w Starachowicach. Przedstawił w nim nie tylko przebieg wydarzenia, ale także nakreślił sytuację rodziną i materialną występnego młodzieńca. Nie omieszkał wspomnieć, że obwiniony jest bratem zastępcy „Szarego” i nazwał „Krzyka” bandytą, który po wyzwoleniu zaginął bez wieści. W meldunku komendant prosi swojego przełożonego by skontaktował się z szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w celu wyciągnięcia konsekwencji wobec śmiałka. Ruszyła machina działająca według stalinowskiej zasady – dajcie mi człowieka a paragraf się znajdzie. Dwa dni później, tajny współpracownik „Leszcz” doniósł swoim przełożonym o wydarzeniu i otrzymał zadanie zbierania informacji o Zenonie  i echach jego  przemowy w środowisku robotniczym. Po paru dniach rozpoczęły się przesłuchania świadków. Przytaczali oni identyczny przebieg zdarzenia i podobną treść wypowiedzi Zenona. Byli  również skłaniani przez śledczych do oceny czynu i motywów winowajcy. Na pięciu świadków tylko jeden wyraźnie uniknął oceny mówcy oraz imputowania jego zamiarów. Pozostali świadkowie usłużnie spełnili intencje śledczych, a  jeden z nich oświadczył  –  Wypowiedzi te skierowane były przeciwko obecnemu ustrojowi w czym sposobem dwuznacznym Kiepas chciał oficjalnie wykazać, że Rząd nasz rządzi po dyktatorsku, że spycha niewinnych ludzi do więzień i obozów pracy, że obecna władza strzela do niewinnych osób, że Ameryka stanowi dla nas ten bat, którego się obawiamy. Mówiąc, że nie o taką demokrację walczyliśmy miał na myśli siebie i swych braci, którzy byli członkami AK i po wyzwoleniu jeszcze prowadzili wrogą robotę, za co zostali aresztowani i osadzeni. Sam on jest wrogiem obecnego ustroju, posiada orientację wrogą Polsce Ludowej i to skłoniło go do tych wypowiedzi . Chcę nadmienić, że pewna część osób przyjęła jego słowa za prawdziwe, co potwierdziło się w oddanych oklaskach po zakończeniu przezeń tych wypowiedzi. Tym sposobem Kiepas wykorzystując taką okazję, zebranych chciał wykorzystać to do swych niecnych planów. Zaszczepić spokojnej ludności jad nienawiści do Polski Ludowej i obniżyć powagę naczelnych organów i zmierzać do zmiany ustroju. Taki jest z mego punktu widzenia sens jego wypowiedzi.

Działania operacyjne polegały także na prześwietleniu rodziny  Zenona  – ojca  Stanisława, siostry Leokadii i trzech braci: Zygmunta, Kazimierza i Franciszka. Notatka wywiadowcza tak  charakteryzuje Kiepasów: Cała rodzina należała do AK. Franciszek należał do AK i AL.-u. Cała rodzina ustosunkowana do obecnego ustroju jest wrogo. Rzeczywiście wszystkie wymienione dzieci Stanisława,  włącznie z Zenonem „Małym” należały do AK.   

Po ponad roku od incydentu (21.10.1950 r.), Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Starachowicach wydał decyzję o tymczasowym zatrzymaniu podejrzanego Zenona Kiepasa oraz postanowienie o zarządzeniu rewizji  domowej i osobistej. O co był właściwie podejrzany Zenon ? Na pewno nie o to co powiedział bo było to faktem i pewnikiem, ale nie podlegającym sankcjom karnym. Postanowiono więc znaleźć odpowiedni paragraf. Zdecydowano się na zarzut nielegalnego posiadania broni.  Liczono być może na to, że w rodzinie partyzanckiej zawieruszył się gdzieś w obejściu  jakiś pistolet lub granat. Takie znalezisko  usprawiedliwiało by w pełni  działania UB. W dniu 22 października  1950 r., o  godz. 4:30 rano  do domu Kiepasów  weszli  towarzysze z grupy operacyjnej. Nie znaleziono jednak żadnej broni  i nie zatrzymano podejrzanego, który przebywał poza domem.   Zenon prawdopodobnie aresztowany został  jeszcze tego samego dnia  w miejscu pracy tj. w Górach Pińczowskich gdzie w Szkole Przysposobienia Rolniczego był nauczycielem zawodu. Według relacji rodziny przesiedział 3 miesiące, które odcisnęły na nim piętno. Była to dotkliwa kara. Władza ludowa dopięła swego, karząc za to, za co legalnie nie można było karać. Sprawę zamknięto dopiero w kwietniu 1955 r., kiedy  akta przesłano do archiwum.

Dokumenty Zenona Kiepasa: Patent nadania tytułu Weterana Walki o Wolność i Niepodległość Ojczyzny, Legitymacja Kombatancka, pośmiertne mianowanie na na stopień podporucznika [fot. ze zbiorów T. Pietrzykowskiego]

Pod koniec lat czterdziestych XX w. opór zbrojny grup niepodległościowych był już zdławiony. Komuniści tłumili także wszelkie przejawy oporu mentalnego. Krytykę swoich poczynań traktowali jako działalność wywrotową i reakcyjną. Bezwzględnie karcili tych, którzy łamali tę zasadę. Zenon Kiepas przekonał się osobiście co znaczy przeciwstawić się władzy ludowej. Na tle powszechnego tłamszenia i zakłamania, wyrażenie oczywistej prawdy wymagało odwagi, a niekiedy heroizmu. Jaka więc była przyczyna przełamanie strachu i odważnego wystąpienia młodego człowieka.  Można sądzić, że głównym powodem był sposób traktowania braci. Zygmunt „Krzyk” po ucieczce z obozu NKWD w Rembertowie musiał ukrywać się, podobny los dzielił Kazimierz „Oset” .  Kroplą, która przelała czarę goryczy było aresztowanie trzeciego z braci Franciszka. Wszyscy oni podczas wojny byli w konspiracji i walczyli z Niemcami. Zamiast należnego szacunku i wdzięczności stali się „bandytami”. Ta niesprawiedliwość zrodziła gorycz i gniew, które znalazły ujście w publicznym wystąpieniu.

Należy zauważyć, że pierwsze dni października były czasem przełomowym dla Zenona. Od 01.10.1949 r. rozpoczął pracę w Szkole Przysposobienia Rolniczego w Górach Pińczowskich, 02.10. wypowiedział się podczas Dnia Walki o Pokój, 03.10. odebrał  świadectwo dojrzałości w Liceum Gospodarstwa Wiejskiego w Wośnikach.  Okoliczności te pozwalały Zenonowi żywić nadzieję, że zmieniając miejsce zamieszkania, opuszczając Iłżę, sprawa jego wypowiedzi nie będzie miała poważniejszych reperkusji. Stało się jednak inaczej.

Świadectwo dojrzałości Zenona Kiepasa [żródło: zbiory T. Pietrzykowskiego]
Zenon odbiera świadectwo dojrzałości w Wośnikach, 03.10.1949 r. [fot. ze zbiorów T. Pietrzykowskiego]

                                                                                                            Paweł Nowakowski

W artykule wykorzystano materiały:

1. IPN, teczka o sygn. Ki 013/1807

2. Słowo Ludu, 2 października 1949 r.

3. dokumenty i zdjęci ze zbiorów Tomasza Pietrzykowskiego, któremu serdecznie dziękuję za udostępnienie.

Iłżanin zostanie upamiętniony w Gdańsku

Iłżanin zostanie upamiętniony w Gdańsku

Zygmunt Kiepas ps. „Róg”, „Krzyk” vel Józef Wróbel vel Zygmunt Kwieciński ur. 02.04.1917 r. w Iłży, zm. 29.01.1989 r. w Gdańsku. Syn Ziemi Iłżeckiej, harcerz – drużynowy i instruktor, strażak, żołnierz, konspirator, dowódca partyzancki, nauczyciel z powołania, kombatant, inwalida wojenny. W swoim życiu kilkukrotnie więziony, torturowany przez Gestapo, NKWD i UB. „Posługiwał się wieloma nazwiskami. Na Jego piersi przypięto najwyższe odznaczenia wojskowe: Srebrny Order Virtuti Militari, Krzyż Walecznych, Medal Zwycięstwa i Wolności. Był ciężko ranny – stracił jedno oko. Walczył za Polskę i za Nią siedział w Polskim Więzieniu”. Tak pisano o Nim niegdyś w jednej z gazet.[1]

Fot. 1 Szary i Krzyk podczas okupacji

W latach okupacji był najbliższym współpracownikiem i przyjacielem Antoniego Hedy „Szarego”. Sukcesy oddziału partyzanckiego, którym razem dowodzili były Ich wspólnym osiągnięciem. Wieloma działaniami tej grupy leśnej Kiepas dowodził osobiście często zastępując Hedę. A jednak w przeciwieństwie do „Szarego” nie wybudowano Mu pomnika, Jego nazwiskiem nie nazwano: ronda, ulicy, izby pamięci, szkoły itp. Mimo swoich zasług przez wiele lat nie został w żaden sposób indywidualnie, imiennie, należycie uhonorowany, zarówno w Jego rodzinnej Iłży, jak i w żadnej innej miejscowości, w której walczył ramię w ramię z legendarnym dziś „Szarym”.

Fot. 2 Antoni Heda i Zygmunt Kiepas w trakcie uroczystości kombatanckich.

Ten stan rzeczy postanowiło zmienić społeczeństwo jednej z dzielnic Gdańska, z którą iłżecki bohater związał się po wojnie, fundując Mu pamiątkową tablicę. W Oruni – Świętym Wojciechu – Lipcach, Zygmunt Kiepas dał się poznać przede wszystkim jako nauczyciel  i wychowawca młodzieży. Ukrywając się przed komunistyczną władzą pod fałszywym nazwiskiem – Wróbel Józef, w 1945 r. osiedlił się na przedmieściach Gdańska gdzie wraz z nauczycielami pochodzącymi z Wilna współorganizował i tworzył Szkołę Podstawą nr 40, która istnieje do dzisiaj. W szkole tej uczył do 1953 r., do momentu gdy został aresztowany za działalność w Armii Krajowej. W trakcie pokazowego procesu sądowego został skazany na 3 lata wiezienia. Po wyjściu na wolność powrócił do prawdziwego nazwiska. Początkowo nie mógł wykonywać zawodu nauczyciela ze względu na swoją przeszłość. W 1956 r. po ogłoszeniu kolejnej amnestii przez sejm PRL, kara sądowa Kiepasa została mu darowana w całości. Dzięki temu, w 1957 r. mógł powrócić do pracy w szkolnictwie. W Gdańsku pracował w Szkole Podstawowej nr 10, Szkole Podstawowej nr 40 i Szkole Podstawowej nr 41. Dnia 1 września 1977 r. przeszedł na zasłużoną emeryturę.

Fot. 3 Tablica upamiętniająca Zygmunta Kiepasa na budynku dawnej Szkoły Podstawowej nr 10 przy ul Gościnnej.

Z pewnością wielu z Jego podopiecznych siedząc w szkolnej ławie nie znało  wojennych dokonań swojego nauczyciela. Niechętnie wracał on pamięcią do lat wojny i okupacji. Był skromny. Pomimo tego iż w 1939 r. bronił Warszawy, a w kolejnych latach okupacji został partyzanckim dowódcą, nigdy nie lubił się wywyższać. Nie chciał też by Go wywyższano. Jednak wraz z upływem lat Jego podopieczni poznali kim był naprawdę. Dziś z pewnością mają pełną świadomość tego, iż uczył ich prawdziwy bohater, który swoim życiem udowodnił co znaczy hasło „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Kiepas zwykł mawiać „Twarde życie wychowuje twardego człowieka”. Z pewnością nikt bardziej niż On sam nie poznał znaczenia tej sentencji. Wielokrotnie patrzył śmierci prosto w oczy. Epizodami jego życiowych, często tragicznych doświadczeń, można by obdzielić dziesiątki osób. Z pewnością jako „belfer” zajmuje szczególne miejsce w sercach i pamięci wychowanków skoro zostanie upamiętniony na budynku dawnej Szkoły Podstawowej nr 10, w której uczył i pracował. Sama data odsłonięcia tablicy również nie jest przypadkowa ponieważ poprzedzi Dzień Edukacji Narodowej – Święto Nauczyciela. Inicjatorem i pomysłodawcą stworzenia pamiątkowej płyty jest mieszkaniec Oruni Krzysztof Kosik – regionalista i miłośnik tej dzielnicy Gdańska, były radny miasta Gdańska i oczywiście w dzieciństwie uczeń Zygmunta Kiepasa. Środki na ufundowanie tablicy pomogła zorganizować Rada Dzielnicy Orunia – Św. Wojciech – Lipce.

Tak lata szkolne i swojego nauczyciela wspomina Krzysztof Kosik: „Pan Zygmunt uczył mnie i mego starszego brata w latach 60-tych w Szkole Podstawowej nr. 10 w Oruni. Uczył matematyki, fizyki i tzw. prac ręcznych. Dał się poznać jako nauczyciel z wielkim autorytetem, był surowym ale sprawiedliwym wychowawcą. Spokojny, opanowany, dla oruńskich „chuliganów” miał ojcowskie podejście. Jak nic nie skutkowało sięgał po argument, który niejednego wyprostował przy całkowitej aprobacie rodziców. Dziś to by było nie do pomyślenia. Uczył mnie i kolegów na zajęciach technicznych sztuki introligatorskiej. Uważał, że mężczyzna oprócz wykształcenia ogólnego powinien posiadać umiejętności techniczne, które w trudnych nawet czasach pozwolą na uczciwe zarobienie na chleb. Łagodniejszy, ale tak samo sprawiedliwy stosunek miał do dziewczyn. Klasy gdzie był wychowawcą stały za Nim murem. Przykład – uczeń z klasy niższej pozwolił sobie na drwiny z wojennej kontuzji Pana Zygmunta zza drzwi krzyczał: „Pirat, pirat”. Paru uczniów dorwało delikwenta, na klatce schodowej. Kara była mocna i zasłużona, odechciało się mu głupich zachowań. Był to człowiek szanowany również przez rodziców uczniów, kolegów i koleżanki z pracy. Nie spotkałem nigdy osoby, która niechętnie wyrażałaby się o nauczycielu Zygmuncie Kiepasie. Taki był. Po latach poznałem dramatyczną a zarazem heroiczną biografię Pana Kiepasa i uznałem iż jego postać zasługuje na upamiętnienie. Raz, że mamy taki obowiązek moralny jako uczniowie, dwa mamy obowiązek jako mieszkańcy Oruni”.

Uroczyste odsłonięcie tablicy nastąpi 13 października 2021 r. o godzinie 11.00 w dzielnicy Gdańsk – Orunia, przy ulicy Gościnnej 17, na budynku dawnej Szkoły Podstawowej nr 10. Organizatorzy zapraszają poczty sztandarowe i środowiska kombatanckie. (Spotkanie organizacyjne oficjeli i pocztów sztandarowych o godz. 10.15 pod wyżej wskazanym adresem).

Jest mi niezwykle miło przypomnieć, iż biogram Zygmunta Kiepasa publikowany był na stronie Iłżeckiego Towarzystwa Historyczno-Naukowego, w setną rocznicę urodzin „Krzyka”, w 2017 r. Była to pierwsza internetowa odsłona przedstawiająca całościowo Jego życie. Dla osób zainteresowanych Jego biografią dołączam link do wspomnianego artykułu:

 https://www.ilzahistoria.pl/aktualnosci/100-lecie-urodzin-zygmunta-kiepasa-krzyka/

W latach kolejnych życiorys „Krzyka” publikowany był również na stronie AK Okręg Kielce:

http://www.akokregkielce.pl/kiepas-zygmunt-krzyk.html oraz na stronie Ośrodka Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej (OMPiO Dawne Więzienie w Kielcach):

http://ompio.pl/wiezniowie/kiepas-zygmunt/

W latach ubiegłych powstało również kilka innych publikacji internetowych bezpośrednio związanych z Zygmuntem Kiepasem. ITHN opublikował artykuł dotyczący potyczki w Edwardowie 26 lutego 1944 r., podczas której „Krzyk” został ciężko ranny: https://www.ilzahistoria.pl/?s=edward%C3%B3w

Jeden z artykułów publikowany był na portalach w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Dotyczył jednego z ostatnich żyjących przyjaciół i towarzyszy broni „Krzyka” – Sergiusza Paplińskiego „Kawki”. Jest to prawdopodobnie ostatni żołnierz wyklęty, który wciąż żyje w Anglii:

http://ponury-nurt.blogspot.com/2020/06/ojcowska-przyjazn-zygmunta-kiepasa.html

                                                                                   Tomasz Pietrzykowski 


[1] C. Mączka: Nieuchwytni. „Wieczór Wybrzeża” 1988/89, nr 254 (943), s. 4

W artykule wykorzystano:

1. Mączka C., Nieuchwytni, „Wieczór z Wybrzeża” 1989, nr 254 (9453), s.4.

2. Pietrzykowski T. Cień „Szarego” Zygmunt Kiepas ps. „Krzyk”, (obszerny maszynopis w trakcie opracowywania w posiadaniu autora).

3. Portal mojaorunia.pl, Był więziony przez hitlerowców i prześladowany przez komunistów. Nauczyciel z Oruni i Św. Wojciecha doczekał się upamiętnienia. P. Olejarczyk, [on-line], 20.09.2021, http://mojaorunia.pl/index.php?option=com_orunia&Itemid=24&task=artykul&id=14696&fbclid=IwAR2MF9HHnu6_33lc9XHi7JyfyykcawE3AuHqJjfk0AJPkyYz02WQLJnKa4M

Nieznany Bohater

Nieznany Bohater

Ppor. Wacław Wojciechowski ps. „Wacek” urodził się 24.08.1923 roku w Seredzicach koło Iłży. Był synem Józefa i Franciszki z domu Kiepas. Uczęszczał do szkoły powszechnej w Seredzicach,  a następnie do gimnazjum w Iłży. Dalszą naukę kontynuował w Technikum Mechanicznym  w Radomiu gdzie zdał maturę w 1942 r. Do konspiracji wstąpił już w 1940 r. Jako „Gryz” trafił do oddziału NOW/AK (Narodowa Organizacja Wojskowa/Armia Krajowa) „Filip” dowodzonego przez ppor. Jana Kaima, działacza Stronnictwa Narodowego. Członkowie grupy pochodzili głównie z okolic Iłży, a także z Radomia i Starachowic. Oddział „Filip” wykonywał zadania  dywersyjno – rekwizycyjne,  oraz szkoleniowe (kursy podchorążych). Zdobywaną w ten sposób broń, żywność i pieniędze przeznaczano na potrzeby organizacji. Żołnierze oddziału często w niemieckich mundurach dokonywali ekspropriacji w fabrykach, magazynach i bankach. Działali na terenie całej Generalnej Guberni. Przeprowadzili wiele brawurowych akcji. Zdobytą przez nich broń wykorzystano później  w Powstaniu Warszawskim do uzbrojenia oddziałów NOW/AK. W 1943 roku grupę przeniesiono do Warszawy gdzie przyjęła nazwę „Wiktor”. Oddział został plutonem specjalnym przy Komendancie Głównym NOW/AK. Sprawował funkcję  ochrony Komendy, a także kontynuował dawną działalność. Wacław Wojciechowski teraz jako „Kosiński” został dowódcą sekcji, której zadaniem było zdobywanie środków finansowych dla centralnego kierownictwa Stronnictwa Narodowego. Na początku 1944 r. ukończył konspiracyjną Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty Agricola i został mianowany na stopień kaprala podchorążego. Uczęszczał także na tajne komplety Politechniki Warszawskiej na kierunku architektura. 1 sierpnia 1944 r. „Wacek” – nowy pseudonim Wojciechowskiego, wraz ze swoim oddziałem znajdował się w Warszawie. Całe Powstanie walczył na pierwszej linii, należąc do Plutonu Specjalnego  „Juliusz” – „Tygrysy Woli” z batalionu „Gustaw”. Był zastępcą dowódcy plutonu, a przez pewien czas także jego dowódcą.  Przeszedł morderczy szlak bojowy: Wola – Stare Miasto – kanały – Śródmieście Północ. Rozkazem Komendanta Głównego AK gen. Tadeusza Bora‐Komorowskiego za heroizm i odwagę otrzymał Krzyż Walecznych i mianowany został na stopień podporucznika.  

Jan Kaim
Jan Kaim „Filip”,”Wiktor”

Po powstaniu osadzony został w niemieckim obozie. Wyzwolony przez wojska angielskie pozostał na zachodzie. Nie godzi się z narzuconym ustrojem i zniewoleniem ukochanej Ojczyzny. Podejmuje walkę przeciw sowieckiej okupacji. Jako kurier Stronnictwa Narodowego kilkukrotnie przez zieloną granicę przedziera się do Polski. Organizuje tu struktury konspiracyjne walczące z nowym ustrojem. Ścigany przez służby bezpieczeństwa ucieka z kraju, ale nawet w Niemczech musiał ukrywać się przed komunistycznymi siepaczami. Był silnie związany z emigracją polską w Londynie. Współpracował między innymi ze znanymi działaczami Stronnictwa Narodowego Adamem Mireckim i Władysławem Lisieckim. Wacław Wojciechowski zajmował się zagadnieniami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi Polski okupowanej przez Sowietów. Uzyskiwane przez niego wiadomości bez ingerencji cenzury służyły do opracowań i artykułów prasowych zamieszczanych w periodykach emigracyjnych. Współpracował także z Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa. Jego relacje wielokrotnie były tam wykorzystywane. Tymczasem w kraju komuniści podejmują represje wobec rodziny Wacława. Brat Marian zostaje skazany na karę śmierci, jego żona Krystyna otrzymała wyrok 8 lat więzienia, a najmłodszy brat, a mój ojciec Mieczysław, skazany został na 12 lat. Rodzice zostali aresztowani i byli przetrzymywani w UB w Starachowicach.

Po tym jak prysły ostatnie nadzieje na odzyskanie niepodległości, ze względu na brak możliwości  powrotu do kraju, Wacław decyduje się na pozostanie na emigracji. W 1957 roku wyjechał do USA.  „Nagrodami” jaką otrzymał od nowej Polski były kara śmierci, banicja i list gończy, który obowiązywał aż do 1992 roku.

Obecnie staram się, aby jak najwięcej rodaków poznało historię tego bohaterskiego żołnierza, mojego stryja. Dzięki takim ludziom jak Wacław Wojciechowski Polska jest dzisiaj niepodległym i demokratycznym krajem. W tym roku [2020 r.] z pomocą płk. Demediuka z Urzędu d/s Kombatantów złożyliśmy wniosek do Prezydenta RP o odznaczenie Wacława Wojciechowskiego. W dniu 16.07 2020 r. otrzymałem potwierdzenie z Kancelarii Prezydenta RP o nadaniu ppor. Wacławowi Wojciechowskiemu Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta. Niestety podporucznik Wacław Wojciechowski nie doczekał uroczystej dekoracji która miał się odbyć 2.10.2020 r. w Chicago. Odszedł od nas na wieczną wartę 23.09.2020 r.

Cześć Jego pamięci!!! Niech trwa pamięć o tym niezłomnym żołnierzu.

Wacław Wojciechowski [fot. ze zbiorów autora]

Ważnym epizodem w wojennych przeżyciach Wacława Wojciechowskiego był udział w Powstaniu Warszawskim. Poniżej przedstawiam kilka wspomnień, które zebrałem od stryja.

” Dnia 3 sierpnia 1944r pluton specjalny 1908, którym tego dnia dowodziłem zajął stanowiska w budynku Ubezpieczalni Społecznych na rogu ul. Wolskiej i ul. Działdowskiej. Znaleźliśmy się za liniami wroga. Za nami barykadę na ul. Młynarskiej zajmował batalion „Zośka”, a obok nich pozycje zajmowała kompania „Anna” z naszego batalionu. Nagle ok. godz. 9 od strony ul. Leszno zobaczyliśmy zbliżających się Niemców. Był to konwój złożony z dwóch czołgów i dwóch ciężarówek pełnych żołnierzy niemieckich. Myśmy weszli na drugie piętro budynku i otworzyli do nich ogień. Ten drugi czołg uszkodziłem granatem, który rzuciłem i spadł pod nim. To był straszny wybuch. Miałem przygotowany węgierski granat. Włożyłem go w puszkę po konserwie i owinąłem 0.5 kg plastiku, dorzuciłem tam jeszcze różne śrubki i to wszystko zadrutowałem. Drugi czołg podpalili moi chłopcy butelkami z benzyną. Uszkodzone czołgi dojechały jeszcze do barykady „Zośki” i tam się poddały. Straty wśród Niemców były wielkie, nieznane. Jeden czołg został użyty przez batalion „Zośka” do wyzwolenia Gęsiówki. „

„Tygrysy Woli” [fot. ze zbiorów autora]

Wszędzie w relacjach z Powstania podaje się, że czołg zdobyli żołnierze „Zośki”, a całkowicie pomija się zasługi plutonu 1908, którym wtedy dowodził „Wacek”. Od tego dnia pluton zyskał nazwę „Tygrysy Woli”. Istnieje także wersja, że nazwali ich tak mieszkańcy Woli, gdyż jako pierwszy powstańczy oddział umundurował się w niemieckie panterki zdobyte w magazynach na Stawkach.

Potyczka na Placu Bankowym 9 sierpnia 1944 r. Tego dnia pluton „Tygrysy Woli” zajmował pozycje obronne w okolicach Placu Bankowego. Ok. godz. 15 jeden z żołnierzy oddziału melduje dowódcy ppor. „Juliuszowi” (Urbanyi Zygfryd), że dwa autobusy wypełnione żołnierzami niemieckimi i wóz pancerny wjechały na plac od strony pałacu Brüchla. Wjechali wprost na placówki plutonu nie przypuszczając, że mogą tu natknąć się na ogień powstańców. Pluton „Tygrysy Woli” ze swoich pozycji otworzył bardzo silny ogień, który zmusił autobusy do zatrzymania się, a Niemcy powyskakiwali z nich i ukryli się w zaroślach na środku placu. Ppor. „Juliusz” daje rozkaz aby natychmiast ściągnąć CKM. Pluton rozpoczął ostrzał w kierunku ukrytych Niemców. CKM sieje spustoszenie siekając zarośla i Niemców tam ukrytych. Po tym ostrzale ppor. „Juliusz” z okrzykiem hura podrywa do ataku pluton. Biegnie na czele z pistoletem w ręku, a ramię w ramię z nim biegnie jego zastępca „Wacek”,  strzelając do Niemców z karabinu maszynowego. Po tym ataku na placu pozostaje 30 zabitych żołnierzy niemieckich. Zdobyto 2 autobusy i sporą ilość broni. Nagle zza drzew Ogrodu Saskiego wyjeżdża samochód pancerny, a za nim osobowy. Pod silnym ostrzałem powstańców samochody zatrzymują się, a jadący w nich Niemcy wyskakują na plac i próbują się wycofać. „Wacek” podbiega do samochodu osobowego i serią z karabinu maszynowego

Herbert Hummel zastępca L. Fishera zastrzelony przez „Wacka” na Placu Bankowym [fot. Wikipedia]

zabija kierowcę i jednego z pasażerów. Siedzący z tyłu mężczyzna zostaje ranny, ale udaje mu się uciec w kierunku pozycji niemieckich. Tym drugim pasażerem według relacji „Wacka” i żołnierzy plutonu był gubernator Warszawy Ludwig Fischer. Za akcję na placu bankowym dowódca plutonu ppor. „Juliusz” napisał wniosek o odznaczenia  Wacława Wojciechowskiego Krzyżem Walecznych. Następnego dnia ginie „ Juliusz” i wniosek nie dociera do sztabu dowództwa. Nikt też już nie może  potwierdzić tego faktu. Wacław Wojciechowski twierdzi, że rozmawiał później z ppłk. Wachnowskim (Karol Ziemski, dowódca obrony Starego Miasta), który stwierdził, że tego dnia wysłana do „Juliusza” łączniczka zaginęła, a wraz z nią rozkazy. Od dnia 9 do 12 sierpnia „Tygrysy Woli” bronią barykad na ul. Leszno, Pasta, Tłomacka i Rymarska, zamykających Niemcom dostęp do Placu Bankowego. Mimo bardzo silnego ostrzału artyleryjskiego i naporu Niemców z brygady Drilewangera, złożonej z kryminalistów, mimo ciężkich strat, wytrwali na powierzonych im pozycjach. Przez cztery dni bohatersko bronili swoich barykad umożliwiając innym oddziałom umocnienie się na Starym Mieście.

„O świcie 12 sierpnia 1944 r. rozpoczął się huraganowy koncert artylerii , moździerzy, ciężkich karabinów maszynowych. Ogień nieprzyjaciela koncentrował się na Lesznie, Rymarskiej i Pałacu Mostowskich. Dowódcą pododcinka był mjr „ Zawisza”. Barykady na Lesznie, Rymarskiej,  Pastę, Tłomacką bronił Oddział Specjalny „Juliusz”-„Tygrysy Woli”, którego byłem tymczasowym dowódcą. To nie był nasz chrzest bojowy. Zamiast ginąć w piekle ognia jak głodne wilki byliśmy gotowi rzucić się do ataku. Widząc chwiejącego się od wybuch granatu na Lesznie mjr. „Zawiszę” zameldowałem: Panie Majorze opuszczamy barykadę – Nie opuści pan barykady, krzyknął. – Ale Panie Majorze chcemy przejść do kontrataku!!! Nie dał mi dokończyć. – Do historii przejdzie Pan jako bohater albo zmieszany z błotem okryje się pan wieczna hańbą. Nie mogłem wydać głosu i po chwili ryknąłem:  – Rozkaz Panie Majorze! Pozycje utrzymaliśmy poprzez wysunięcie dwóch silnych patroli do ul. Orlej, wbrew rozkazowi nieustraszonego legionisty.”

Inna relacja już z końcowego okresu Powstania, w której Wacław Wojciechowski opisuje patrol na Czerniaków.

Dnia 17.09.1944 pluton Specjalny „Juliusz”, którego byłem z-cą dowódcy zajmował pozycje na Śródmieściu Północ. Broniliśmy barykad na linii ulic Mazowiecka ‐ Świętokrzyska – plac Napoleona.    W dniu 16.09 dowiedzieliśmy się, że na Czerniakowie w nocy z 15 na 16.09. wylądowali żołnierze z 1 Armii Wojska Polskiego. Powróciły nadzieje, że jeszcze możemy to powstanie wygrać i wspólnie z nimi pokonać Niemców. Niestety Czerniaków na którym lądowali żołnierze Berlinga jak ich wtedy nazywano był odcięty od reszty Warszawy. Po południu 17.09 do mojego plutonu dociera łączniczka od płk. „Radwana” (Franciszek Pfeiffer) dowódcy grupy Śródmieście-Północ, z rozkazem, że nasz pluton ma wyznaczyć patrol, który podejmie próbę dotarcia na Czerniaków i zbadania możliwości przebicia się większych oddziałów powstańczych i ewentualne połączenie ponownie ze Śródmieściem. Do zadania tego zgłosiłem się na ochotnika i wyznaczono mnie na dowódcę patrolu. Do patrolu wyznaczyłem dwóch żołnierzy, moich dobrych kolegów: plut. pchor. „Marka” (Andrzej Kowalew) i plut. pchor. „Staśka” (Stanisław Kunicki). Dwaj bardzo doświadczeni i odważni żołnierze, z którymi byłem w konspiracji od dwóch lat i w wielu akcjach walczyliśmy ramię w ramię. Postanowiłem, że przedostaniemy się na Śródmieście Południowe i stamtąd od północnej strony Instytutu Głuchoniemych spróbujemy przebić się na Czerniaków idąc równolegle do ulicy Książęcej. Aby dostać się na Śródmieście Południowe należało przejść przez al. Sikorskiego (dziś Al. Jerozolimskie) w jedynym możliwym miejscu kontrolowanym przez powstańców. Był to płytki przekop w poprzek ulicy osłonięty płytami chodnikowymi i ziemią. Przekop chronił przed ostrzałem ciężkich karabinów maszynowych i snajperów niemieckich od strony Dworca Głównego. Przejścia tego strzegli żołnierze z plutonu żandarmerii AK i tylko ze specjalną przepustką można było przedostać się na drugą stronę. Z rozkazu płk. „Radwana”,  który mieliśmy przy sobie, dowódca plutonu żandarmerii wydał nam przepustkę upoważniającą do przejścia na drugą stronę.

Przepustka, która upoważniała do przejścia przez aleje Sikorskiego (Al. Jerozolimskie) [fot. ze zbiorów autora]

Było już ciemno ok. 21.00 przekroczyliśmy al. Sikorskiego. Na razie wszystko szło zgodnie z planem ale najgorsze było dopiero przed nami. Po przekroczeniu naszych pozycji obronnych znaleźliśmy się na ziemi niczyjej. Przed nami pozycje Niemców. Były marne szanse aby się przebić lub przejść niepostrzeżenie. Postanowiłem, że będziemy udawać patrol niemiecki. Ubrani byliśmy w mundury niemiecki zdobyte w pierwszych dniach powstania z magazynów na Stawkach. Zdjęliśmy z ramion opaski biało ‐ czerwone a hełmy zakryliśmy pokrowcami maskującymi. Na akcję wzięliśmy broń niemiecką. Każdy z nas dysponował pistoletem maszynowym MP40 – Shmeisser, a ja miałem jeszcze pistolet parabellum. Wyglądaliśmy jak prawdziwy patrol niemiecki. Mówiłem trochę po niemiecku. Nie była to moja pierwsza akcja gdzie musiałem udawać Niemca. Przed powstaniem wielokrotnie brałem udział w atakach na niemieckie magazyny, zakłady produkcyjne, banki i różne placówki także przebrany w mundur niemiecki. Było to bardzo ryzykowne, ale jak do tej pory bardzo skuteczne. Była już późna noc. Szliśmy wcześniej wyznaczoną trasą wzdłuż ul. Książęcej. Niedaleko od nas na południu w kierunku Poselstwa Chińskiego duże oddziały powstańcze, nie wiem z jakich batalionów, próbowały przebić się tak jak my na Czerniaków. Słuchać było ciężki ostrzał z karabinów maszynowych i odgłosy walki. Cała uwaga i siła ognia Niemców była skupiona na oddziałach przebijających się w kierunku Czerniakowa. Jak później dowiedzieliśmy się natarcie okupione dużymi stratami w oddziałach powstańczych załamało się. Powstańcy musieli wycofać się na Śródmieście, nam udało się przejść bezpiecznie. Mimo, że po drodze mijaliśmy wielokrotnie pozycje niemieckie nikt nas nie zatrzymał. Zachowywaliśmy się bardzo swobodnie i Niemcom nawet do głowy nie przyszło, że jesteśmy patrolem powstańczym. Po jakimś czasie dotarliśmy szczęśliwie do ul. Czerniakowskiej a za nią do pozycji zajmowanych przez batalion „Parasol” ze zgrupowania „Radosław”. Dalej udaliśmy się już przez teren zajmowany przez powstańców. Dotarliśmy do dużej grupy garaży znajdujących się za jakimś kościołem. Następnie skierowałem mój patrol na południe równolegle do Wisły. Nad rzekę dotarliśmy na wysokości ulicy Przemysłowej. Niestety nie spotkaliśmy na naszej drodze żołnierzy z 1 Armii Wojska Polskiego i postanowiliśmy wracać. Już teraz zdałem sobie sprawę, że przebicie się większych oddziałów jest niemożliwe. Tuż nad Wisłą chłopcy znaleźli duże drewniane wrota z jakiegoś garażu. W związku z tym, że powrót był bardzo ryzykowny i było duże prawdopodobieństwo, że nie zdołamy przejść ponownie i zginiemy, chłopcy wpadli na pomysł aby wykorzystać bramę jako tratwę i próbować przepłynąć Wisłę. Przez chwilę i mnie spodobał się ten pomysł, sytuacja Powstania była dramatyczna i marne były szans na zwycięstwo. Jednak to ja byłem dowódcą patrolu i ja decydowałem co robić dalej. Dotarło do mnie ,że nie możemy tego

Krzyż Walecznych ppor. Wacława Wojciechowskiego

zrobić gdyż w mojej ocenie była by to dezercja. Nie mogłem zostawić swojego oddziału i towarzyszy broni z którymi tyle przeszedłem dlatego wydałem rozkaz powrotu. Wracaliśmy tą samą drogą i dzięki Bogu bez większych problemów udało nam się przejść przez pozycje niemieckie. Mieliśmy naprawdę niesamowite szczęście. Już zaczęło świtać kiedy dotarliśmy ponownie do przejścia przez al. Sikorskiego i już bez przygód do swojego oddziału. Rano zdałem raport z mojego patrolu i potwierdziłem to co już wiedziało dowództwo, że przebicie i połączenie się z Czerniakowem jest niemożliwe. Natarcie nie ma szans powodzenia i spowoduje tylko olbrzymie straty w oddziałach powstańczych. Z tego co dowiedziałem się później niestety desant Berlingowców skończył się klęską i ponosząc ciężkie straty wycofali się po kilku dniach za Wisłę. Prysły wszelkie nadzieje na zwycięstwo powstania. Mimo to do końca broniliśmy naszych barykad i nie wpuściliśmy Niemców na Śródmieście. To było nasze małe zwycięstwo. Mogliśmy z podniesionymi głowami opuścić nasze pozycje i Warszawę.

Rozkazem z 20.09.1944 roku generał Bór-Komorowski, dowódca Armii Krajowej, przyznał ppor. Wacławowi Wojciechowskiemu Krzyż Walecznych.

Grzegorz Wojciechowski

Tajemnicze zaginięcie portretu z epitafium ks. Józefa Rogalli

Tajemnicze zaginięcie portretu z epitafium ks. Józefa Rogalli

28 kwietnia 1980 roku w trakcie prac inwentaryzacyjnych w kościele p.w. Wniebowzięcia NMP w Iłży, prowadzonych przez

Miejsce, w którym znajdował się portret ks. Rogalli (fot. zasoby IPN)

pracowników Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Radomiu, zauważono brak portretu epitafijnego ks. Józefa Rogalli. Dotychczas znajdował się on na marmurowej tablicy po lewej stronie od wejścia do zakrystii. Olejny portret na blasze         w kształcie owalnym, został wyjęty z obramowania po odgięciu czterech gwoździ blokujących i skradziony. Zaraz po zauważeniu braku wizerunku ks. Rogalli,  ksiądz Dziadowicz (ówczesny proboszcz) poinformował wiernych o kradzieży i zaapelował jednoczenie, aby osoby, które coś wiedzą o zniknięciu obrazu zgłosiły się do niego. Natomiast Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej (KWMO) w Radomiu została powiadomiona o kradzieży dopiero we wrześniu 1980 roku przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Radomiu.

Sprawę zniknięcia obrazu z iłżeckiego kościoła funkcjonariusze z KWMO powiązali z zaginięciem nagrobka na cmentarzu żydowskim w Przytyku. Ustaleniem sprawców kradzieży zajęli się milicjanci z Wydziału Śledczego przy wsparciu funkcjonariuszy SB Wydziału IV, zajmującego się głównie zwalczaniem działalności kościoła i innych związków wyznaniowych.

W czasie oględzin miejsca zdarzenia nie odnaleziono żadnych śladów, co nie jest dziwne biorąc pod uwagę fakt, że od kradzieży minęło pół roku. W notatce sporządzonej z rozmowy z ks. Dziadowiczem ustalono, że obraz mógł zaginąć miedzy 27 a 28 kwietnia 1980 r. ponieważ ostatni raz ksiądz widział portret 26 lub 27 kwietnia.

W kręgu podejrzanych znalazł się sam ks. Józef Dziadowicz ponieważ od dłuższego czasu był kolekcjonerem dzieł sztuki, które przechowywał na plebani oraz u swojej siostry  w Sandomierzu. Co więcej SB posiadło informacje, że w 1977 roku zarysował się konflikt miedzy iłżeckim proboszczem a biskupem Wójcikiem, który zarzucał mu nieuczciwość  w prowadzeniu inwentaryzacji obrazów znajdujących się w kościołach na terenie parafii oraz handel tymi obrazami. Trudno teraz stwierdzić skąd funkcjonariusze posiadali takie informacje o księdzu i na ile były one wiarygodne.

9 grudnia 1980 r. wiceprokurator Zofia Gołębiowska z Prokuratury Wojewódzkiej  w Radomiu wszczęła śledztwo w sprawie kradzieży portretu ks. Rogalli. Prokurator przesłuchała ponownie ks. Dziadowicza, który zeznał, że kradzież obrazu zauważył podczas inwentaryzacji zabytków wraz z pracownikami z WKZ z Radomia. Ponadto stwierdził, że było to pierwsze tego typu zdarzenie w parafii, a sam kościół jest dobrze zabezpieczony założonymi  w 1979 r. kratami w głównym wejściu.

W trakcie prowadzonego dochodzenia Wydział Śledczy KWMO w Radomiu zwrócił się również do komisariatu w Iłży by ten wytypował osoby mogące mieć związek z kradzieżą.

Epitafium ks. Józefa Rogalii (fot. zasoby IPN)

By zapobiec sprzedaży obrazu do muzeów lub wywiezienia za granicę,       o kradzieży został poinformowany Zarząd Muzeów i Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz Szef Wywiadu Ewidencji i Technik Operacyjnej Zwiadu WOP w Warszawie. O tym że Graniczne Punkty Kontroli (GPK) zostały poinformowane o kradzieży przekonał się sam     ks. Dziadowicz podczas wylotu do Hiszpanii w czerwcu 1982 r. kiedy to doszło do bardzo dokładnego sprawdzenia bagażu na Granicznym Punkcie Kontroli na lotnisku Warszawa –Okęcie. Podczas rewizji                   i przeszukania nie odnaleziono skradzionego epitafium.

W toku prowadzonego śledztwa przesłuchano organistę, byłego kościelnego, księży oraz inne osoby. Wydział Śledczy KWMO                         w Radomiu wobec nie wykrycia sprawców postanowił 9 marca 1981 roku umorzyć dochodzenie. Mimo oficjalnego zamknięcia sprawy funkcjonariusze na polecenie Komendanta Wojewódzkiego MO dalej kontynuowali prace w celu wykrycia sprawców kradzieży.

Prokuratura Wojewódzka w Radomiu umorzyła śledztwo w dniu 24 marca 1981 r. ponieważ podczas oględzin miejsca kradzieży nie znaleziono żadnych śladów działania narzędzi ani śladów linii papilarnych. Najdłużej sprawą zajmował się Wydział IV SB. Dopiero w listopadzie 1982 r. poinformowano naczelnika Wydziału Śledczego, że dotychczasowe działania operacyjne zmierzające do wykrycia sprawców kradzieży nie dały pożądanych rezultatów, ponieważ SB nie posiada głębokiego rozpoznania operacyjnego w środowisku księży posługujących w iłżeckiej parafii.  Po ponad dwóch latach od kradzieży, tzn. w styczniu 1983 roku, ksiądz Dziadowicz otrzymał paczkę, nadaną z Warszawy przez niejakiego Manteufla. Ksiądz po rozpakowaniu starannie zabezpieczonej przesyłki ujrzał skradziony portret oraz małą karteczkę     z napisem  „Z racji jubileuszu 600-lecia Matki Bożej Częstochowskiej”. Ks. Dziadowicz nie poinformował prawdopodobnie milicji     o odlezieniu obrazu. Komenda Wojewódzka MO  o tym fakcie  dowiedziała się dopiera od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków  w Radomiu, który  pismem  z 17.06.1983  r. zwracał się do śledczych z prośbą o zwrot do kościoła w Iłży materiału dowodowego w postaci metalowych ćwieków, stanowiących oryginalne zamontowanie portretu epitafijnego ks. Rogalli.

Epitafium z portretem (fot. zasoby IPN)

Wydział Śledczy na wieść o odnalezieniu portretu, dzięki pomocy pracowników poczty ustalił skąd i przez kogo została nadana paczka. Niestety A. Manteufel nie mieszkał pod wskazanym adresem, mało tego nie figurował w stołecznym biurze ewidencji ludności.

Wobec odnalezienia obrazu i nie wykrycia sprawców Wydział Śledczy Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Radomiu     w października 1983 r. złożył cała sprawę do archiwum.

Na podstawie zachowanych akt można przypuszczać, że kradzież była elementem gry operacyjnej SB,  mającej na celu lepsze rozpoznanie lub pozyskanie do współpracy księży z iłżeckiej parafii. Świadczy o tym także zachowanie „złodzieja”, który z bliżej nieznanych powodów zwrócił cenny łup prawowitemu właścicielowi.

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                 Jarosław Ładak

 

Powyższy artykuł napisany został na podstawie dwóch jednostek archiwalnych z Archiwum Delegatury Instytutu Pamięci Narodowej w Radomiu:

-AIPN Ra, 04/126, Akta kontrolne postępowania przygotowawczego w sprawie kradzieży portretu epitafijnego z kościoła             p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Iłży w dniu 28-04-1980, tj. przestępstwo z art. 201 kodeksu karnego,

-AIPN Ra, 04/235, Akta główne postępowania przygotowawczego w sprawie kradzieży portretu epitafijnego z kościoła                  p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Iłży w dniu 28-04-1980, tj. przestępstwo z art. 201 kodeksu karnego.

 

Piotrowe Pole – zapomniana historia

Piotrowe Pole – zapomniana historia

 

 

Krzyż za którym odnaleziono szczątki Antoniego Mazurka (fot. http://swietokrzyskiewloczegi.blogspot.com/2014/10/uciek-nam-autobus-i.html

Piotrowe Pole to dziś mało znana osada leśna leżąca przy ważnym trakcie zwanym „Gościńcem Ostrowieckim”. Zawsze była gościnna podróżnym i szukającym schronienia w Puszczy Iłżeckiej Obrońcom Ojczyzny. Tu znajdowali schronienie Powstańcy Styczniowi, tu również gromadzili się we wrześniu 1939 r. żołnierze polscy po bitwie pod Iłżą 8-9 IX,  zepchnięci w lasy w nierównej walce z pancernymi zagonami niemieckiego agresora. Tutaj, po wspomnianej bitwie, gen. Stanisław Skwarczyński, dowódca Południowego Zgrupowania Armii „Prusy” rozkazem rozwiązał Zgrupowanie, zlecając przedzieranie się przez nieprzyjacielskie pozycje małymi grupami w celu dalszej walki. Teren wokół Piotrowego Pola był miejscem gdzie pierwsi konspiratorzy gromadzili broń po wrześniowych żołnierzach. Tę historię większość już zna. Była ona bowiem tematem wielu obszernych i ciekawych publikacji, które są szeroko dostępne dla zainteresowanych.
Historia, którą zamierzam przedstawić,  dla mnie zaczęła się ponad ćwierć wieku temu. Wówczas jako student II roku historii, zapalony harcerz wraz kolegą nauczycielem organizowaliśmy tygodniowy biwak harcerski dla młodzieży szkolnej Szkoły Podstawowej w Jasieńcu Iłżeckim. Teren wydawał na się ciekawy, tajemniczy a więc przygoda na nas czekała nie było na co czekać. Pieszo wyruszyliśmy z Jasieńca przez pola, dukty leśne wypatrując celu, który czekał na nas gdzieś tam daleko w lesie. Po kilkugodzinnym marszu zaczęła w oddali wyłaniać się wielka polana, i wszyscy coraz częściej, głośniej i radośniej zaczęli podnosić głowy i wzrok szeptając „ jest”, to Piotrowe Pole. Z leżni leśnej zwanej „Ciętą” skręciliśmy w prawo na „Ostrowiecki Gościniec” aby na skraju polany skręcić w lewo na drogę wzdłuż której widać było nieliczne zabudowania wiejskie. Na skrzyżowaniu tej drogi z Gościńcem Ostrowieckim, po lewej stronie zauważyłem duży krzyż otoczony płotkiem. Za tym krzyżem widać było mały kopczyk a obok leżący stary, zmurszały krzyż. Od razu pomyślałem – stara mogiła.

Gdy dotarliśmy na wschodni skraj wsi, naprzeciw chaty mieszkającego tam wówczas starszego, samotnego człowieka zaczęliśmy rozbijać namioty i urządzać całe obozowisko. Gdy nasze prace zbliżały się do końca, zauważyłem tego gospodarza, że z zaciekawieniem przygląda się nam z sieni swojej drewnianej chatki. Z kolegą podeszliśmy do furtki jego zagrody zachęcając tym i jego do podejścia. Przywitaliśmy się, przedstawili i zapytali czy będzie możliwość skorzystać z jego studni na korbę bo wiadomo wody będzie dużo potrzeba dla nas wszystkich. Zgodził się bez wahania a my ucieszyliśmy się, że będziemy mieć przychylnego „sąsiada” i gospodarza. Dziś pamiętam, że ten miły pan nazywał się Klepacz i trudnił się wyrobem klepek na beczki i inne wiejskie naczynia – był bednarzem. Na jego podwórku widać było zgromadzony surowiec do tej produkcji. Po wieczornej kolacji i apelu wszyscy położyliśmy się spać w naszych namiotach oczywiście nad wszystkim czuwała warta, która zgodnie z planem zmieniała się co godzinę. Cały biwak był dobrze zaplanowany bo oprócz rutynowych czynności takich jak pobudki, zaprawy poranne, apele i zajęcia służb dyżurnych poznawaliśmy także najbliższą okolicę – oczywiście las. W czasie wspólnych rozmów przy ognisku na wiele różnych tematów dotyczących głównie historii i wsi Piotrowe Pole zapytałem „naszego” gospodarza o historię mogiły za krzyżem. Pamiętam, że powiedział  „… tam leży…….(podał nazwisko które wkrótce zapomniałem)”. Któregoś dnia podczas tego biwaku zebrałem chętnych na „wyprawę” aby zrobić nowy krzyż na tej mogile i uporządkować teren przy krzyżu. Siekierą ścięliśmy brzózkę i starym znalezionym gwoździem zbiliśmy i wkopaliśmy krzyż. Teraz mogiłka prezentowała się o wiele lepiej. Biwak zakończył się wszyscy byli rozradowani po tygodniowym pobycie w lesie. Było żal żegnać się z obozowiskiem  i „naszym” panem Klepaczem. Biwaki jeszcze organizowaliśmy czterokrotnie starając się za każdym razem aby miejsca były ciekawe i dobre do wypoczynku dla nas wszystkich. Piotrowe Pole i pana Klepacza odwiedziliśmy jeszcze raz z biwakiem następnego roku ale wówczas zachorował i rodzina zabrała go do szpitala. Po zakończeniu wyprawy i powrocie do domów dowiedzieliśmy się, że pan Klepacz zmarł. Zawsze kiedy odwiedzam  rodzinne groby na nowym cmentarzu w Iłży zatrzymuję się przy nagrobku p. Klepacza, który jest widoczny w bocznej alejce prowadzącej do wejścia na nowy cmentarz od strony drogi do Pakosławia. Piotrowe Pole odwiedzałem wielokrotnie przy różnych okazjach i zauważyłem, że „nasz” brzozowy krzyż został zastąpiony metalowym. A więc ktoś się zainteresował i zamienił na bardziej trwały.

Wydawać by się mogło, że to będzie już koniec mojej „przygody” z tą mogiłą. Jest krzyż, ktoś nawet zapala znicze bo są wypalone szklane miseczki a więc jest i czyjaś pamięć. Ale jednak los szykował mi kolejną niespodziankę a zarazem przygodę z tą nieznaną, leśną mogiłą przy Piotrowym Polu.

Minęły lata,  jesienią 2017 roku wraz z grupą przyjaciół i znajomych tj. Tomkiem Glińskim, Pawłem Nowakowskim i Krzysztofem Wicikiem zaczęliśmy coraz silniej myśleć o projekcie uporządkowania mogił żołnierzy poległych w Bitwie o Iłżę we wrześniu 1939 roku. Oczywiście główne ekshumacje były przeprowadzane w latach 40-tych i 60-tych w wyniku których powstał w 1969 roku cmentarz-mauzoleum w Iłży i zbiorowa mogiła żołnierska w Grabowcu. Jednak w dalszym ciągu budziły się wielkie wątpliwości czy naprawdę ekshumowano wszystkie mogiły? Dochodziły bowiem do nas sygnały, że w lesie rzechowskim – miejscu pierwotnej mogiły żołnierzy polskich poległych w porannym ataku 9 września 1939 roku, nadal pod leśną ściółką „walają się” ludzkie szczątki. Sprawę tą dość dokładnie zbadaliśmy utwierdzając się w przekonaniu, że rzeczywiście tak jest i coś należy z tym zrobić. Spotkałem się z Pawłem  Nowakowskim i przekazałem mu całą swoją wiedzę o mogile w lesie rzechowskim. Na podstawie tych informacji został zredagowany list do Instytutu Pamięci Narodowej z prośbą o przeprowadzenie ekshumacji. Odpowiedź przyszła zadziwiająco szybko, telefonicznie umówiliśmy się na spotkanie z przedstawicielem  IPN  – Piotrem Kedziorą-Babińskim. Do spotkania doszło w pewną niedzielę w miejscu równie ciekawym bo w „Malinowym Chruśniaku” Leśmiana gdzie na ławeczkach omawialiśmy kolejne kroki jakie powinniśmy wykonać aby realizować nasz projekt. Nie czas w tym miejscu na opisywanie długiej kwerendy akt PCK, listy poległych, ksiąg parafialnych, protokołów ekshumacyjnych itp., bo to temat na osobny artykuł i o wiele większe opracowanie.

Mogiła żołnierzy września okazała się pusta. (fot. P.N.)

Niemniej jednak przeglądając w/w dokumenty natrafiliśmy na informację z grudnia 1939 roku,  z której wynikało, że koło wsi Piotrowe Pole znajduje się mogiła dwóch nieznanych żołnierzy wojska polskiego. Nieznana mogiła obok krzyża sama wpisywała się na listę poszukiwań. Po ekshumacjach w lasku rzechowskim i obok Strażowej przy wsi Zawały przyszedł czas aby zająć się tą nieznaną mogiłą przy Piotrowym Polu. Pech chciał, że zepsuła się koparka i roboty ziemne musieliśmy wykonywać ręcznie łopatami co nie było rzeczą łatwą zważając na gęste korzenie .

Tym razem mogiła okazała się pusta. Zdarza się i tak, pomyśleliśmy wszyscy i zrezygnowani zamierzaliśmy opuścić to miejsce gdy wtem usłyszeliśmy znany nam warkot koparki. Naprawiony sprzęt był gotów do akcji, ale po co, przecież pod żelaznym krzyżem nic nie było. Archeolodzy zaproponowali aby zebrać ziemię bliżej tego dużego krzyża tuż obok płotka. Mieli rację po usunięciu wierzchniej warstwy ukazała się ciemna plama przypominająca ślad pochówkowy.  Na głębokości około 1,5 metra ukazał się czubek buta.

Pierwszą warstwę ziemi delikatnie zdejmowano koparką (fot. P.N.)

Sterczący czubek buta był pierwszym zwiastunem, że tu ktoś leży (fot. P.N.)

Zarys jamy grobowej (fot. P.N.)

Scyzoryk (fot. P.N.)

 

A więc jest żołnierz pomyśleli wszyscy widząc, że buty mają cholewy. Maszyna stop i archeolodzy delikatnie i dokładnie zaczęli odsłaniać cienkie warstwy piachu odsłaniając kości .Na wysokości miednicy szkieletu znaleźli duże dwa scyzoryki, może to zwiadowca? Ktoś skomentował ale dalsze prace odsłoniły skurzany portfel, w którym były …..carskie kopiejki. A więc Rosjanin. No cóż w I wojnie światowej też ginęli żołnierze i trafił się Rosjanin. Jednak medalik, który pokazał się na koniec prac obalił wszystkie dotychczasowe hipotezy dotyczące osoby, którą ekshumowano.

Pozostałości portmonetki (fot. P.N.)

Rosyjskie monety (fot. P.N.)

Medalik, pamiątka misji świętych głoszonych w Iłży w 1906 r. Napis wokół wizerunku Maryi „Królowo Korony Polskiej módl się za nami” (fot. P.N.)

Medalik okazał się być pamiątką misji  przeprowadzonych w Iłży z 1906 roku.  A więc to nasz krajan, tylko kto? Wówczas przypomniałem sobie opowieść p. Klepacza sprzed lat ale nazwiska, które on wspominał nijak nie mogłem sobie przypomnieć. Pytałem starsze osoby, które mogły coś na ten temat powiedzieć ale nic nie wnosiło to do naszej sprawy ustalenia personaliów tego człowieka, którego szczątki złożono do trumienki drewnianej i zamierzano pochować wraz z wrześniowymi żołnierzami na cmentarzu w Grabowcu. Przez przypadek w targowy poniedziałek spotkałem pana Stanisława Ziewieckiego z Kotlarki, który nie raz służył nam pomocą opowiadając znane mu fakty z dziejów naszej okolicy i kiedy z jego ust padło nazwisko …. Mazurek… runęła we mnie blokada, która nie pozwalała przypomnieć sobie nazwisko, które wymieniał kiedyś p. Klepacz, opowiadając kto jest koło krzyża pochowany. A więc, mamy nazwisko Mazurek. Kiedy za parę dni odwiedził mnie p. Ziewiecki i oznajmił, że to są szczątki Antoniego Mazurka, który został tam pochowany podczas Wielkiej Wojny.  Kolejne puzle układanki dołożył Paweł Nowakowski odnajdując jego akt zgonu. O śmierci  Mazurka, która

Księga zmarłych z aktem zgonu Antoniego Mazurka. (fot. P.N.)

miała miejsce  28 lipca  1915 r. świadczyło przed  iłżeckim proboszczem  dwóch mieszkańców Błazin, Franciszek Kempiński i Antoni Kosakowski. Dokument nie zawiera informacji o okolicznościach śmierci. O tych dowiedziałem się od p. Ziewieckiego.

Mazurek został zastrzelony przez austriackiego żołnierza. Być może nie usłyszał komend w obcym języku bądź ich nie rozumiał? Zginął niosąc wodę z jedynej wówczas studni na Piotrowym Polu, z obejścia p. Kiepasa. Mazurek wraz z rodziną i dobytkiem uciekł z Błazin i schronił  się w lesie w pobliżu  Piotrowego Pola przed działaniami wojennymi. Miał 53 lata. Przybliżony  wiek określił  również antropolog badający kości podczas ekshumacji. Dodał, że zmarły musiał nosić, ze względu na odkształcenia na kościach,  znaczne ciężary.

No tak ale co dalej ze szczątkami zastrzelonego przez austriackiego wartownika? Odnalazłem   współczesnych potomków Mazurka.  Niestety nie przejawiają zainteresowania swoim przodkiem.  Można go pochować w Grabowcu, ale wydaje się, że odpowiedniejszym miejscem  będzie rodzinna ziemia. Postanowiliśmy skontaktować się z księdzem Edwardem Skorupą proboszczem parafii w Koszarach.  Z tą myślą udaliśmy się z Pawłem Nowakowskim do kościoła w Koszarach aby porozmawiać z ks. proboszczem. I kolejna niespodzianka. Oczekując na spotkaniem przed wejściem do kościoła, zauważyliśmy tablicę poświęconą ofiarom wojny. O dziwo na dodanej do niej małej tablicy wraz z innymi nazwiskami zauważyliśmy napis    …  Antoni Mazurek lat 53 zastrzelony przez Austriaków 28.VII.1915 roku we wsi Piotrowe Pole.

Tablica na kościele w Koszarach (fot. S. Kurek)

A więc historii zatoczyła koło. Ksiądz Edward słuchając naszej opowieści bez wahania zgodził się na pochówek „naszego” Mazurka, który jako że jest ofiarą wojny będzie miał nagrobek, na koszt państwa tak oznajmił przedstawiciel IPN Piotr Kędziora-Babiński. Konkretny termin pochówku zostanie ustalony po przejęciu szczątków Antoniego Mazurka od proboszcza parafii w Grabowcu ks. kan. Zbigniewa Wypchło i podany do ogólnej wiadomości.

Sławomir Kurek

  

Stan muru kurtyny zachodniej

Stan muru kurtyny zachodniej

W związki z zawiadomieniem burmistrza Iłży i Rady Miejskiej o złym stanie technicznym fragmentu kurtyny zachodniej, znajdującym się nad domostwami przy ul. Podzamcze 18, 20, 22, 24 zamieszczamy na naszym portalu zdjęcia przedstawiające problem. Fotografie pochodzą ze strony fb Zamek Iłża.

 

Paweł Nowakowski